Facebook Google+ Twitter

11. PLANETE + DOC wystartował

Rozpoczęty w Warszawie w czwartek wieczorem festiwal Planete + Doc kursuje pełną parą. W tym roku obecne są chyba dokumenty ze wszystkich możliwych dziedzin: muzyczne, sportowe, polityczne, ekonomiczne, a nawet animowane.

materiały organizatora / Fot. Planete +Bohater tegorocznej retrospektywy, Michel Gondry jest autorem filmu „Czy Noam Chomsky jest wysoki, czy szczęśliwy?”. To rozmowa tytułowego, światowego speca od lingwistyki ze słabo mówiącym po angielsku Gondry’m, który jest jednak specjalistą od języka... filmu. Gondry, autor "Dziewczyny z lilią" i "Zakochanego bez pamięci" posługiwał się do tej pory charakterystyczną estetyką, która mogła być rozpoznawana na odległość, zarówno w fabułach, teledyskach (Radiohead, Bjork, czy White Stripes), jak i teraz, w przypadku dokumentu. Gondry, znany ze swojego specyficznego poczucia humoru i przypominającego Wesa Andersona naiwnego i sympatycznego, acz pokręconego sposobu przedstawiania swoich bohaterów w przypadku wywiadu z poważnym amerykańskim naukowcem był w kropce. Z jednej strony forma jaką sobie obrał - animacja odbierała rozmówcy nadmierny patos i głoszenie dialogów ex cathedra, z drugiej - dwa światy, naukowca i filmowca na płaszczyźnie ludzkiej jednak się nie spotkały: Chomsky mówi swoje, Gondry (produkuje) swoje.

Mimo takiego paradoksu - że jest rozmowa, ale nie ma dialogu - z dokumentu i tak sporo można się dowiedzieć (obiektywnie), poznać fenomen samego Chomksiego, a także - uśmiać się ze zwariowanych pomysłów Francuza - ale jak pokazuje mój wlasny przykład oglądając bez większej wnikliwości niewiele się finalnie zapamiętuje.

„Badjao. Duchy z morza” Elizy Kubarskiej to pięknie sfilmowany i dobrze zapowiadający się film o zapomnianej społeczności wyspiarzy, którzy żyją sobie od setek lat na wyspach Archipelagu Malajskiego, a cywilizacja potrzebna im jest tylko do używania produktów z odzysku.

Gdy używane jest sformułowanie o filmie, że dobrze się zapowiada, to znaczy, że później pewnie nie spełnia oczekiwań. Faktycznie, po genialnym wstępie – urzekającej scence, w której wuj i siostrzeniec, nurkowie robią sobie potrawę przy użyciu garnka zaimprowizowanego z jakiegoś hełmu - nie ma już podobnych "obietnic", zatem ta pierwsza - jest bez pokrycia. Niemniej jednak warta do obejrzenia sama w sobie.

To, czy przytoczony hełm należał do jakiegoś żołnierza i co on robił on na wyspach - ile lat temu tam stacjonował i czy w czasach pokoju, czy na wojnie - nie ma dla rybaków żadnego znaczenia - Tak samo w "Bestiach z południowych krain" niewiele znaczył pick-up, skoro używany był przez podróżującą przez zniszczony świat jako prowizoryczna łódź.

Jest to bardziej międzyfilmowe skojarzenie niż szczególny atut "Badjao", ale podobieństw do wskazanych "Bestii" jest więcej - oba filmy opowiadają o problemach współczesnego świata w sposób prosty i oddziałują bardziej na emocje i wyobraźnię niż na intelekt. Domy zbudowane na palach tuż przy morskim brzegu, niemożliwe do zwizytowania bez łodzi, nurkowanie przy pomocy długiej, wystającej na powierzchnię i niezbyt starannie zabezpieczonej rurki, proste potrawy - wszystkie te starannie zestawione cechy - zderzone z opowieściami ludu Badjao o ludziach-syrenach robią wrażenie. Kubarska odżegnuje się jednak od ukazywania biedy i wyzysku zapomnianego ludu. Ten żyje sobie skromnie, nie mieszając się do polityki, nie lgnie fala do niego, ani on do fali, a jednak i tu, na wyspach pojawiają się turyści - którzy dla chłopca mogą być wizją innego życia niż wybierają starsi członkowie rodziny.

Innym, egzotycznym światem ukazanym w zderzeniu z wizytującym go człowiekiem zachodu jest Jamajka w dokumencie "W drodze do Jah" Noëla Dernescha i Moritza Springera. To jednak film, w którym polityka wchodzi na scenę, może nie na pierwszy plan, jako że jest to film muzyczny, ale na tyle sugestywnie, żeby to przeanalizować. "W drodze..." tyczy się materii wykluczenia i muzyki pełniącej funkcję służebną wobec ludzkiego pragnienia jakim jest wyzwolenie dusz.

Film opowiada o reggae i muzyce z Jamajki. Kto uważa tę muzykę za graną na jedno kopyto i twierdzi, że odsłuchać jednego kawałka to tak jak odsłuchać wszystkich, ten… może mieć częściowo rację i pewnie odpuści sobie ten dokument na starcie. Ja podszedłem do filmu sceptycznie – jednak dostarczył mi pewnej pożywki umysłowej. Najważniejszym aspektem, który poruszają jego twórcy jest wydobywanie polityczności współczesnej wersji tej muzyki, polityczności, która znika zupełnie w tekstach adaptowanych do reggae europejskiego. Generalnie dokument ogląda się o tyle ciekawie, że zbudowany jest na kontraście. Dwaj muzycy z Europy, Tilman Otto (Gentleman) i Alberto D'Ascola zakochują się w reggae i przyjeżdżają na Jamajkę na stałe, także do tutejszych kobiet.

Biali, Włoch i Niemiec, jakkolwiek w niesamowity sposób opanowują rytm, język reggae - w mojej opinii - za nic nie są w stanie przyswoić ducha reggae, posiłkują się tylko komercyjnym i ogranymi metodami śpiewania o Jah-Jah (Jahwe), Babilonie i innych banałach, podczas, gdy istotą opisywanego tu stylu reggae jest nieprzyzwolenie, niezgoda na zastaną rzeczywistość, rzeczywistość bardzo okrutną; muzycy połykają wnioski, zachłystują się luzem i wyzwoleniem poprzez muzykę, ale nie wgłębiają się w wywód, w przesłankę i argumenty – w tym kontekście, bez wywodu - ich prawdy objawione muszą brzmieć banalnie. O jakim wykluczeniu mogą mówić w swoim przypadku oni - a o jakim Jamajczycy - to już nie kwestia dysproporcji, ale przyzwoitości.

Skoro jednak Jamajczycy przyjmują ich ciepło, zbyt surowe Europejczyków ocenianie nie ma chyba sensu. Najwięcej celności osobiście dopatruję się jednak w komentarzach samych Jamajczyków, którzy albo śmieją się momentami z przesłania własnej przecież filozofii i religii rasta, albo patrzą na nią naukowo. Co w cudzych ustach brzmiałoby jak faszyzm - jako autokrytyka nie razi. Prawdą jest też, że łatwiej mi identyfikować się w dzisiejszych czasach z ludźmi niezadowolonymi ze swojego kraju (jak reggae-raperka, która śpiewa, że wolałaby być prostytutką, niż żyć w codziennej nędzy Jamajki) niż z tymi, którzy go podejrzanie sławią. Po „W drodze do Jah” nabieram respektu do Jamajki i reggae i to chyba główna siła filmu, którym się pozytywnie rozczarowałem.

Na 11. Planete + warto ostrzyć sobie zęby na kambodżańską "figurkową" animację, tegoroczną oscarowa nominację za film zagraniczny, "Brakujące zdjęcie" .

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.