Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

10401 miejsce

1600 złotych za godzinę pracy? Tylko w Urzędzie Miasta Legnica

Czy na pracy w urzędzie miasta można zbijać kokosy? Wydaje się, że nie jest to praca z zarobkami, o których marzyłby niemal każdy. Okazuje się jednak, że w Legnicy wszystko jest możliwe.

 / Fot. Stefan Fussan/CC 3.0,2.5,2.0Piotr Osowski z portalu Legnica.net.pl wystąpił do Urzędu Miasta Legnica o udostępnienie mu informacji dotyczących sposobu naliczania stawek za wywóz odpadów (w tym faktur i umów podpisanych ze zwycięzcą przetargu). Magistrat uznał, że przekształcenie dokumentów w formę wskazaną przez wnioskodawcę wiąże się z powstaniem dodatkowych kosztów (rzeczywiście w ustawie o dostępie do informacji publicznej jest o tym mowa).

Załączniki do oferty, o jakie wystąpił dziennikarz, obejmują 363 strony. Przekształcenie ich w formę elektroniczną ma kosztować 263,70 zł.

Osowski wystosował do urzędu pytanie o sposób naliczenia tej kwoty. W odpowiedzi przeczytał, że w skład opłaty zalicza się czas potrzebny do zeskanowania dokumentów (poza godzinami pracy) oraz wynagrodzenie jednego pracownika (stawka brutto).

Publicysta nie dowiedział się ile czasu zajęło przetwarzanie informacji. Wiedząc jednak jakim sprzętem dysponują pracownicy Urzędu Miasta (skaner Fujitsu Fi-6230; wydajność 40 stron na minutę), obliczył, że na zeskanowanie 363 potrzeba mniej niż 10 minut.

A z tego wynika, że za tak krótki czas pracy urzędnik otrzymywałby 263,70 złotych, co daje prawie 1600 złotych za godzinę. Istnieje jeszcze druga opcja, o której nie wspomniał Osowski. Jeżeli przyjmiemy, że urzędnik zarabia 25 złotych za godzinę (dane z GUS dla województwa dolnośląskiego), to wyjdzie, że pracownik skanowałby te dokumenty przez ponad 11 godzin.

Oba warianty są absurdalne. I choćby dlatego Osowski ma prawo podejrzewać, że Urząd Miasta w Legnicy celowo utrudnia mu dostęp do informacji publicznej. A dostęp ten jest prawnie gwarantowany każdemu obywatelowi.

Równie absurdalne wydaje się to, że pracownik magistratu miałby tę pracę wykonać "po godzinach". Dostęp do informacji publicznej przysługuje każdemu obywatelowi, a urzędnicy zobowiązani są do udostępniania dokumentów.

Czytaj o perypetiach Roberta Osowskiego w serwisie legnica.net.pl.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (10):

Sortuj komentarze:

Potem może być jeszcze awaria aparatury, choroba urzędnika, promieniowanie kosmiczne i inne takie aż się dziennikarzowi po prostu odechce

Komentarz został ukrytyrozwiń

Uważam że cena poniżej 1 zł za stronę dokumentu nawet w wersji elektronicznej jest wyjątkowo niska można rzec , że wręcz dumpingowa. Nie obejmuje ona np. ceny wypitej kawy w czasie wielogodzinnego studiowania przez "sztab kryzysowy" zawiłości języka prawników jakim sformułowane są wyżej wymienione umowy.
Strach pomyśleć co by się stało jak by niepowołane informacje dostały się do opinii publicznej.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Są definicje prawne i jest język naturalny.
Informacja jest "jawna", "niejawna", "publiczna".
Dla mnie naturalnym jest to, że informacja może być jawna, choć jest fizycznie w szafie, ale publiczna staje się z chwilą upublicznienia.
Fakt, mniejsza o nazewnictwa... sama informacja jest istotna tutaj.

Komentarz został ukrytyrozwiń

W tym "publiczna" chodzi chyba tylko o to, że dotyczy "publicznych pieniędzy i instytucji". Więc de facto każda informacja dotycząca urzędów, ich wydatków, działań, zatrudnianych osób, umów, faktur, etc. jest publiczna, nawet kiedy ta "publika" jej nie ujrzała.

W każdym razie, niech to się nazywa jakkolwiek, byle by sprawnie to działało. Zeskanowanie kilku kartek to jest mniej niż minuta pracy (a w ogóle to wiele dokumentów od razu jest digitalizowanych, więc jeszcze to upraszcza sprawę). A tak często są z tym problemy. Naprawdę bardzo rzadko NSA orzeka na korzyść samorządów czy ministerstw, więc mogą one jedynie odwlec wydanie dokumentu w czasie (chyba, że właśnie o to chodzi?).

Z budżetem to rzeczywiście komedia. We Wrocławiu do rozporządzenia przekazano 3 miliony... rzeczywiście ponad 600 tys. mieszkańców może za to poszaleć. No ale tak jak piszesz, wydźwięk propagandowy jest.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Przy okazji: dla mnie tak zwane "budżety obywatelskie" - to klasyczne odwracacze uwagi.
Rzucić 1/500 budżetu do "zabawy" ludziom - ma być o tym głośno - a z drugiej strony blokować info o 499/500 wydatków. Genialne.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dla mnie samo sformułowanie: "dostęp do informacji publicznej" - jest dziwaczne.
Informacja nabiera charakteru informacji "publicznej" z chwilą udostępnienia, nie wcześniej.
Powinno być raczej o transformacji informacji w informację publiczną.
A w dzisiejszych czasach można to zrobić w ogromnym zakresie powszechnie, automatycznie, a tam gdzie nie można - automatycznie jej udzielać na wniosek zainteresowanych, przy z góry ustalonych, minimalnych kosztach.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jasne, po to właśnie są BIP-y. Ale one obumierają, tylko na nielicznych można znaleźć konkretne informacje. Prezydenci, starości czy burmistrzowie wolą tworzyć własne strony, bo tam będą siebie promować, oprócz suchych zawiadomień, można sobie wypisać laurkę... (rękami urzędnika albo "dziennikarza").

Mogłoby zostać tak jak jest, tylko trzeba realizować ustawy: aktualizować BIP-y, realizować wnioski obywateli o DIP.

Obecnie, gdy wielu ludzi interesuje się tymi sprawami, mamy mnóstwo instytucji i stowarzyszeń typu watchdog, można realnie władzy patrzeć na ręce. Ale ta jak widać, próbuje zakładać rękawiczki, szukając wszelkich możliwych sposobów, by wniosku nie zrealizować. A tak działają tylko ludzie, którzy mają coś do ukrycia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tam chodzi o upublicznienie informacji w tym sensie, żeby wisiała na stałe w BIP-ie.
I paradoks polega na tym, że żeby to osiągnąć, to najpierw trzeba mieć w ręku taką informację. Udzieloną komukolwiek, na przykład osobie prywatnej.
Jak już masz to info, to nie mogą się wyprzeć, bo już jej udzielili.
Brzmi jak paragraf 22, ale taka jest praktyka. A chodzi o to, żeby ujednolicić sposób prezentacji danych, być może centralnie określić koszty i przede wszystkim o to, żeby informacje były publikowane z założenia, a nie "udostępniane" na wniosek.

Długa batalia...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dzięki za ten link:) Podobnymi sprawami zajmuje się w moim województwie już jakiś czas: http://wolnoscmediow.org/

Ta sprawa jest po prostu komiczna... przy okazji przypomniała mi się inna: http://wolnoscmediow.org/dolnoslaskie/farsa-przy-uzyskaniu-informacji-publicznej-w-olesnicy/
Prezes lotniska udzielał informacji tylko przez rzecznika prasowego. Problem w tym, że go nie posiadał...

Urzędy na potęgę nie udzielają informacji, potem sprawa trafia do SKO, następnie do WSA, jest wyrok i urząd płaci... oczywiście z naszych pieniędzy. Więc co im tam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dobre :)
No jeszcze trzeba do kosztu doliczyć koszt pojawienia się w podajniku skanera odpowiedniego pliku papierów. A kto wie, gdzie one wszystkie są i w jakiej postaci ;)

To jest wojna z urzędnikami "państwa prawa".
Warszawa publikuje rejestr zawartych umów dopiero po wyroku Sądu Najwyższego.
Opór "materii" jest wielki. To jednocześnie świetny przykład na to, że niewiele jest dane "obywatelowi" na dzień dobry. I jak wiele można uzyskać, gdy się chce. Ten opór nie wynika tylko z lenistwa. Także, a może przede wszystkim z tego, że w tych papierach kryją się interesy i interesiki. A czasem grube "przewały" na miliony.

Na tej stronie jest stan walki z ministerstwami. I wzorzec postępowania w walce o dostęp do informacji publicznej. Ciekawa lektura:

http://dostep.jawnosc.tk/doku.php?id=dip%3Awnioski%3Aministerstwa-o-rejestry-umow

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.