Sprawa jest bardzo delikatna i trudna. W jaki sposób przedstawić prawdę, aby dodatkowo na tym nie ucierpieć? Nad tym zastanawia się wielu. Równie wielu nie radzi sobie z sytuacją, brnąc jeszcze bardziej.
Urodziłem się w czasach, kiedy komunizm ostatecznie konał. Przypomina mi się często wypowiedź “pani z telewizji” o tym, że komunizm właśnie się skończył, później nieśmiały uśmiech - wydawałoby się, że teraz wszystko już będzie dobrze. Zamknęliśmy pewien rozdział naszej historii. Niestety drzwi do owego rozdziału nie zostały wystarczająco domknięte. Coraz częściej uchylają się, pokazując mi, jak wielkie było to bagno. Sieć powiązań, niezręcznych zachowań, błędy przeszłości. A wszystko to nadal wystarczająco świeże, by oburzać.
Sprawa wygląda jeszcze groźniej, kiedy dotyczy Kościoła, tak mocno zakorzenionego w naszej historii, kulturze. Od księży wymagamy przede wszystkim prawdy, szczerości, dobroci, działania na korzyść wiernych i całych kościelnych struktur. Doniesienia o agenturalnej przeszłości abp Wielgusa pokazują, że nie zawsze nasze oczekiwania względem duchownych, spotykają się z prawidłowym odzewem. Bywało i tak, że to właśnie ksiądz szkodził. Różne źródła mówią o tym, że agent w sutannie “Adam Wysocki” (”Grey”) robił to systematycznie przez ponad 20 lat. Z mojego punktu widzenia jest to oczywiście sytuacja kompromitująca. Jako osobę, która SB zna głównie z archiwów telewizyjnych i prasowych, razi coś zupełnie innego. Chodzi o prawdę, a raczej stanowcze jej zaprzeczanie. Kiedy pogłoski na temat “Greya” nasiliły się, arcybiskup wypowiadał się w tonie niesłusznie oskarżonego, poszkodowanego. Negował wszystkie publikacje na ten temat. Kiedy jednak komisja świecka, a później kościelna, jednoznacznie przedstawiły dowody, nazywając księdza aktywnym, tajnym agentem SB - arcybiskup okazuje skruchę.
W opublikowanym niedawno oświadczeniu
pisze – Nie chcę się usprawiedliwiać. Wiem, że nie powinienem
utrzymywać żadnych relacji ze służbami PRL. Żałuję tego bardzo, że w
ogóle podjąłem wyjazdy zagraniczne, które te kontakty spowodowały.
Wydawało mi się jednak wówczas, że moim obowiązkiem jest prowadzenie
wartościowych badań naukowych i kształcenie się dla dobra Kościoła.
Brzmi to co najmniej dziwnie, w sytuacji kiedy jeszcze kilka dni temu stanowczo negował wszelkie doniesienia. W pewnym momencie jawnie skłamał, z czego chyba wszyscy zdają sobie sprawę. I z tego właśnie wynika główna niezręczność. Duchowni sami przyznają, że abp Wielgus dopuścił się zdrady i kłamstwa. To na pewno bardzo trudna sytuacja dla całego Kościoła. Księża postawieni przed faktami, muszą jasno nazwać całe to zamieszanie. Jak wiadomo, nie jest to już kaczka dziennikarska, ale żywa historia. Fakt za faktem, kolejne twarde dowody, druzgocące wyniki prac komisji zajmujących się zagadnieniem.
Abp Wielgus dwa dni temu obejmuje stanowisko, ingres przygotowano na dzisiejszą niedzielę. Przed południem okazuje się, że metropolita złożył na ręce Benedykta XVI rezygnację. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby tego uniknąć i stanowiska w ogóle nie przyjmować. Dzisiejsza uroczystość zamieniła się w festiwal dziwnych zdarzeń. Wierni wygwizdali decyzję duchownego, przed archikatedrą rozjuszeni zwolennicy arcybiskupa nie przebierali w słowach, doszło nawet do rękoczynów. Odnoszę wrażenie, że jedyne brawa, jakie dało się dzisiaj słyszeć, to nieśmiałe oklaski prezydenta Kaczyńskiego.
Relacje telewizyjne nie pozostawiają wątpliwości. Wielu zagorzałych katolików pod wpływem emocji jest w stanie zrobić dosłownie wszystko. Wyrywanie reporterom aparatów i kamer, łamanie nieprzychylnych transparentów, stwierdzenia że Kościół jest niszczony przez Żydów i masonów. Mam nadzieję, że nikt z Was nie utożsamia się z taką “religijnością". Szkoda tylko, że do tego wszystkiego doszło i teraz cały świat podziwia podobne wybryki w lokalnych serwisach informacyjnych. Zła sława.
W sytuacji, kiedy nikt nie kwapi się do rozwiązywania swoich problemów na własną rękę, media przejmują rolę organu lustracyjnego. Oczywiście nie bezpośrednio, ale to dzięki ich reakcji, wyjaśnionych zostaje wiele spraw. Z jednej strony przykro, że ludzie uwikłani w agenturalną sieć starają się o ważne stanowiska, a z drugiej - szkoda, że to nie sam Kościół próbuje się z tym uporać.
I cóż mi pozostaje po ostatnich wydarzeniach? Ogromny niesmak.
Ksiądz agentem, który przyznaje się do wszystkiego dopiero po
druzgocących dowodach. Prymas Glemp podważający rolę
Instytutu Pamięci Narodowej, mówiąc przy okazji coś o nic nie wartych "świstkach powielonych trzykrotnie".
“Wierni” pełni nienawiści, z niewybrednymi
określeniami na ustach. Jedyna nadzieja, to fakt, że może przybliży nas
to do całkowitego oczyszczenia życia publicznego. Nie warto czekać na
kolejne publikacje, aby potem świecić oczami. Lepiej późno niż wcale.
Minęło wiele czasu, a kolejne pokolenia muszą się z tym mierzyć. Szkoda, że trwa to już tyle lat.


Tomaszewski nie rozmawiał z prezesem PiS?
Stankiewicz odwróciła uwagę od słów Kaczyńskiego?