Pozycja materiału w rankingach:
Pojechałem w Bieszczady z zamiarem odnalezienia zimy. Znalazłem coś cenniejszego. Pod jej skrzydłami schowała się tu magia, której nie ma nigdzie indziej w Polsce. Z naszym przewodnikiem poznawaliśmy dzikość, którą trzeba... pielęgnować.
Otworzyłem oczy i przetarłem poturbowaną przez szybę twarz. Z Rzeszowa wyjechaliśmy gdy świtało. Wszystko idzie zgodnie z planem. Na horyzoncie pokazały się niewielkie góry. Mijamy ogromny San. Czyli wita Lesko. Brama w Bieszczady.
Miasteczko
spało jeszcze dziwnym mglistym snem, pierwszą, otwartą kawiarnię znaleźliśmy po
kilkunastominutowym poszukiwaniu. Kawa nie była wyborna. Poza tym pita była
duszkiem, bo za oknem pojawił się nasz przewodnik, gospodarz tej wyprawy.
Samochód ma dobre kilkanaście lat. Janik, bo tak od tej chwili będziemy do
niego mówić, dostał go niejako w spadku po Wojsku Polskim, które kiedyś –
wiadomo – gęściej stacjonowało w Bieszczadach.
– Kiedyś myślałem o rajdach
samochodowych dolinami rzeki, górami. Jednak gdy rozszerzył się park narodowy,
wszystko to bardzo się utrudniło – mówi.
Grzegorz Sitko to Bieszczadnik z krwi i kości. Pochodzi z rodziny łemkowskiej. Tutejszej z dziada pradziada. W dodatku
człowiek – orkiestra. Jest pracownikiem Bieszczadzkiego Parku Narodowego i
jednocześnie koordynatorem międzynawowego projektu PAN "Parks dla Bieszczadów".
Oprócz tego jest również właścicielem firmy
„Dzika Przyroda”
organizującej
przez cały rok niezwykłe i intrygujące wyprawy w Bieszczady. Jest to coraz
popularniejsza forma wypoczynku, głównie dla turystów z krajów zachodnich.
Holendrów,
Belgów, Anglików.
– Oni przecież prawie nawet nie mają lasów,
a co dopiero góry z połoninami. Potrafią wyłożyć spore pieniądze, aby spędzić
tydzień w Bieszczadach. Ekoturystyka to przyszłość turystyki.
Tam zetknął się z dużą firmą Bird Service, organizującą turystykę aktywną i
wycieczki z obserwacją ptaków.
–
Wciąż nie widać śniegu, zacząłem się martwić. – Tu zginął gen. Świerczewski – Pokazał nam Grzegorz zakole obok Sanu. – Sprawa do dziś jest niejednoznaczna. Niby UPA, choć są też teorie o wewnętrznych porachunkach w armii, a zabójstwo to stało się tylko wygodnym pretekstem dla akcji „Wisła”.
Z przełęczy będziemy wspinać się na Rawki. Bliźniacze szczyty w paśmie granicznym Bieszczadów. Z samochodu wyciągamy rakiety śnieżne z rakami, ochraniacze na nogi, kijki skiturowe. Przygotowujemy się do wyruszenia w bajkowej scenerii. Przy idealnie czystym niebie panorama powala z nóg. Siodło Tarnicy czy Połonina Waryńska są jak świeżo malowane. Wyruszamy. W śnieg mimo, że prawie metrowy, nie zapadamy się. A poza tym powierzchnia jest mocno zmrożona. Raki wczepiają się w nią. Idzie się komfortowo.
Bieszczady są pod tym względem wyjątkowe, bo leżą na
trójstyku granic, a cywilizacja nie jest w sumie od nas aż tak daleko.
Niedawno byłem we wszystkich parkach narodowych polskich Beskidów i co najbardziej mnie uderzyło? Śmieci, rozdeptane szlaki, erozja wzdłuż ścieżek, mrowisko turystów. Przecież nie w tym rzecz.
– Racja – Grzegorz zgodził się z moimi wywodami. – Ale w Bieszczadzkim Parku Narodowym mimo wszystko też są już z tym problemy, jednak oczywiście, na szczęście, nie na taką skalę jak np. w Tatrach czy Pieninach. Głównie dzięki powierzchni tych gór. To jednak są ogromne przestrzenie.
– Większość teorii tłumaczy to sporym wpływem południowych mas powietrza z ciepłej Kotliny Węgierskiej – mówi nasz przewodnik. – Jednak spójrzcie tam – pokazał nam stoki Połoniny Wetlińskiej. – To tereny gdzie naturalnych lasów wbrew pozorom jest mało. Większość to sztuczne nasadzenia po rabunkowej gospodarce leśnej okresu PRL, a przede wszystkim przedwojennego. Byłem w szoku.
Na małą Rawkę wchodzimy po trzech godzinach. Z pleców ścieka nam wodospad potu. Świecące non stop słońce robi swoje. Chowamy twarze przed ewentualnymi zgubnymi promieniami UV. Otwieramy termos z gorącą herbatą. Bezcenne. Na szczycie hula mroźny wiatr, podziwiamy jego rzeźbiarskie talenty, oglądając różne dziwaczne formy wymrożone w kikutach roślin. – Śliczniejsze niż kryształy – zauważa Ania, swoim kobiecym, wrażliwym okiem. W kierunku południowym ciągnie się garb na Wielką Rawkę. Zacieniony stok północno–wschodni tego szczytu, to uśpiony potencjalny morderca. Całkowicie goły, mocno jak na Bieszczady nachylony. Co roku schodzi tędy kilkanaście lawin. Tak, tak – lawin. Kto by przypuszczał. W Bieszczadach? Dwa lata temu snowboardzista–samotnik podciął płaty śniegu. Lawina przykryła go dwoma, trzema metrami zmrożonego śniegu. Przeżył, bo utknął w szczelinie bogatej w tlen i udało mu się zdzwonić po pomoc. Historia już kultowa we wszystkich górskich kręgach, omawiana na wielu szkoleniach dla goprowców.
Schodziło się dwa razy szybciej niż wchodziło. Na przełęczy
czekał Janik i jego wóz. Już zmierzchało i zachód słońca odbijał się od
zachodnich stoków połonin, pytając jak księżniczka lustereczko" „który zachód jest
najpiękniejszy na świecie”. Oczywiście bieszczadzki, bez dwóch zdań.
– W Bieszczadach 30-40 km to jak rzut kamieniem. Tyle się do sklepu jeździ. Ja z racji zawodu jestem bardzo mobilny. Ciągle się przemieszczam. Dziennie często robię 300-400 km. Taka praca – mówi Grzegorz. Noc była cudowna, bezchmurna. Jak dzień, który się skończył.
– Dziś wyruszamy
tropić żubry – informuje nas, po czym wyciąga mapę i wskazuje: – W zimie zazwyczaj
większość dzikiej zwierzyny schodzi w doliny, nie zajmuje połonin i wyższych
partii. Powód jest prosty – brak żerowisk.
Stąd najczęściej niemiłe historie z
wilkami występują zimą.
Idziemy w kierunku masywu - tutaj można przy odrobinie
szczęścia spotkać grupę bieszczadzkich żubrów. To jedyne miejsce w Polsce, gdzie
żubry żyją na wolności.
– Jak to? A Puszcza Białowieska? – chodzę jej brutalnie
w zdanie. – Owszem, Białowieża jest najsłynniejsza, ale tam żubry żyją w
rezerwatach lub ogrodzonych, wytyczonych kwartałach leśnych. Poza tym
białowieskie żubry, to odmiana nizinna tego gatunku, natomiast tutaj, żyje
bardziej dzika odmiana kaukaska tego olbrzyma.
Ola, Grzegorz, Ania i ja kierujemy się w stronę lasu. Już
po kilkunastu minutach natrafiamy na pierwsze ślady. Odtąd oczy nasze będą
coraz sprawniejsze.
– Spójrzcie na to – nasza przewodniczka wskazuje
kilkanaście wytopionych plam na śniegu. – Pewnie się tego nie spodziewacie, ale
to pozostałości po śladach żubra. Stare, mają kilka dni albo nawet tydzień. Na
dowód tego pokazuje poobgryzane pędy jeżyn i podszytu, w którym żerowały
zwierzęta.
Po chwili sami
potrafimy już znaleźć trop żubra. Najciekawszym znaleziskiem z pewnością jest
tzw „stołówka”. Pobojowisko. Miejsce rozgrzebanych korzeni, wytopionego śniegu,
odkopanych pędów i połamanych drzew. – Prawdopodobnie ucztowało tu kilkanaście
żubrów. Zarówno krów jak i byków. Byki demonstrują swoją siłę między sobą
poprzez łamanie okolicznych drzew. Podchodzę do powalonego
świerka.
– Ale on miał chyba z 30
centymetrów średnicy – wołam.
– Nie szkodzi. Dorodny żubr ma za to 700
kg żywej wagi – woła nasza
przewodniczka.
Czy ekoturystyka jest ekskluzywna? Grzegorz Sitko zapewnia,
że niezupełnie, choć przyznaje, że jest ona w jakiś sposób jednak ograniczona,
zawężona.
– Zawężenie to wynika m.in. ze struktury turystyki w
Bieszczadach, gdyż zdecydowaną jej większość stanowią turyści polscy. Wachlarz
oczekiwań jest szeroki. Na przykład dwa lata temu przyjechało małżeństwo ze
Stanów Zjednoczonych. Spędzili trzy dni w Bieszczadach tylko po to, aby
utrwalić w obiektywie jedną sowę. I to był specyficzny klient. Są też i tacy,
którzy najpierw deklarowali, że chcą podziwiać przyrodę, a w trakcie ich pobytu
okazało się, że są nią mało zainteresowani. Na wilka popatrzyli jak na psa,
krzycząc „Oh yes, Wolf”. Tymczasem zobaczyć wilka wcale nie jest łatwo. Wręcz
bardzo trudno. Zwłaszcza jak się idzie więcej niż we dwie osoby. Zwierze się boi.
Choć nie zawsze. – A jak to jest z wilkami zabójcami owiec? – pytam.
– Zależy od czasu. Owszem, słyszy się różne historie. Również te o wilkach zjadających psy razem z łańcuchami. Przede wszystkim należy zauważyć, że to nie one są intruzami we wsiach, tylko człowiek już dawno temu stał się intruzem na ich terenie. Oczywiście wygłodniały basior to zjawisko niezwykle niebezpieczne. Słyszałem o grupie geologów, którzy w sąsiednim Beskidzie Niskim na jednej z odkrywek spotkali watahę wilków. Ta otoczyła ich pierścieniem, głowy w dół, kły na wierzch. Powoli zaczęli się wycofywać. Po kilkunastu minutach powolnego tuptania dotarli do samochodu, wsiedli i odjechali. Okazało się, że znajdowała się tam nora wilków i szczenięta.
Po chwili Ola dodała: – Całkiem niedawno natomiast pod
Smerkiem zauważyłam główkę wystającą z małej szczeliny. To był
niedźwiadek. W kilka sekund zdałam sobie sprawę, że mały niedźwiedź to i
niedaleko matka. Serce miałam w gardle. W kilka sekund przebiegłam chyba ze sto
metrów.
– A jeśli teraz spotkamy się z niedźwiedziem – pytam zaintrygowany? – Bardzo trudno. W Bieszczadach jest ich ponad 50 - to więcej niż w Tatrach, ale przypominam o powierzchni. Samice w zimie śpią, ich organizm przygotowuje się do wiosennego porodu. Samce natomiast rzadko. Bajki dla dzieci trochę kłamią. Jeśli spotkamy misia najlepiej uciekać stokiem w dół. Niedźwiedź z powodu o wiele krótszych przednich łap bardzo ślamazarnie porusza się po sporych nachyleniach terenu. Jeśli natomiast uciekałbyś pod górę, pazury misia będą na twoich plecach po kilku, kilkunastu sekundach.
Wracamy. Niestety w czasie kilkugodzinnej wędrówki nie zobaczyliśmy ani wilka, ani żubra i na szczęście niedźwiedzia też nie. Niebo staje się bardziej pochmurne. – Ten wczorajszy dzień trafił się wam niebywale – zaznacza Grzegorz. – Chyba jedyny w tym roku bezchmurny. Ola potwierdza.
Zainteresowanie tego typu
wypoczynkiem jest wśród Polaków wciąż znikome. Oczywiście mogę się zająć
masówkami, grupa 50 uczniów, chodzenie, chodzenie i chodzenie. Ale ja chciałbym
pokazać coś innego. Wiem, że szansa tych gór pojawi się w zależności od tego, czy sprawnie i umiejętnie pokierujemy rozwojem turystyki tutaj, czym ja się zajmuję. I wiem też, że zapotrzebowanie na to na zachodzie Europy jest. Grzegorz dobrze wiedział co mówi, bo był gościem na wielu konferencjach i
targach turystycznych na całym świecie. Zwiedził również Park Narodowy
Yellowstone w USA i wie jak przenieść swoją wiedzę na bieszczadzkie ziemie.
W czasie gdy wyjeżdżamy, przyjeżdża właśnie kolejna grupa
Holendrów. Grzegorz ma dla nich skrupulatnie przygotowany plan pobytu na całe 7
dni. – Myślę, że im się spodoba – mówi.
Po moich doświadczeniach i zdaniu, które sobie wyrobiłem na temat działalności Grzegorza, wiem, że im się spodoba. Grzegorz obiecuje, ze wyśle mi nagrane przez siebie odgłosy prawie wszystkich dzikich ptaków żyjących w Bieszczadach.
Witam się z zagranicznymi turystami. Są niezwykle skupieni, posągowe postacie studiują mapy i przewodniki. Ania słusznie zauważa, że wydają się być spięci. A może podekscytowani? Bardzo jestem ciekaw co myślą, co przewidują. Jak są nastawienie do naszych najdzikszych skarbów. Życzę im dobrego pobytu, zapewniam, że nie będą żałowali. Po chwili dorzucam jeszcze życzenia dobrej pogody, po czym kątem oka zerkam za okno. Nie. Chmurzy się. Nic to. Widocznie dobrą pogodę przywieźliśmy my i my musimy ją ze sobą zabrać… Ale w Bieszczady wrócimy. Bo poznaliśmy człowieka, który zna się na ich magii.
Więcej zdjęć (niestety niezbyt dobrej jakości) z pierwszego
dnia wyprawy znajdziecie w
tej fotogalerii
. Reportaż powstał przypadkiem. Wyjazd miał być nagrodą National Geographic i Travel Polska, jednak działalność Grzegorza, jego determinacja, pasja i jego życie tak mnie urzekły, że grzechem byłoby nie starać się pokazać tego innym. Najzwyklejsze połączenie przyjemnego z pożytecznym.
Zobacz także:
Artykuły
(120)
Galerie
(30)
Średnia ocen
(4.82)
Wiek: 62 | Miejscowość: Zabrze | Katowice | Kraj: Polska
O mnie: Dziennikarz prasowy i telewizyjny. Jednak wciąż OBYWATELSKI i LOKALNY... Najważniejsze kochać, co się czyni. Iść jak burza wśród marzeń. Dużo czytać, oglądać, pamiętać, zdobywać szczyty po to, by dojrzeć wyższe.
Ostatnie artykuły autora:
Pozycja autora w rankingach:
Sortuj komentarze:
Agata Pańczyk 04.09.2007 22:09
+ w Bieszczadach byłam tylko raz, ale niezatarte wspomnienia znad Soliny pozostały ;)
Zdzisław Kwasek 14.03.2007 09:17
Mnie na drodze z Zatwarnicy do Suchych Rzek, na grani towarzyszyła wataha wilków. Takie są właśnie Bieszczady
Marcin Rachel 26.02.2007 21:49
aż strach pomyśleć, że i tam wkroczy cywilizacja (czytaj: zabudowa)... i nie mam na myśli polepszenia standardów życia i turystyki.
Marcin Nowak 26.02.2007 12:55
Dziękuję kochani. Trochę żałuje jednak, że tekst nie wywarł większego wydźwięku :| Zapraszam w Bieszczady! :D:D
Piotr Hildebrandt 26.02.2007 00:27
Kurde, za takie teksty to tylko plusami atakować :)
Aleksandra Solarewicz 25.02.2007 19:51
Ech... No szczęka spada. Co materiał, to lepszy.
Festiwal Przyjaciół zdrowia w Samsonowie. Zdjęcia
(odsłon: +361)