Jakże byliśmy naiwni i pełni wiary, że wszystko, co nas łączyło podczas studiów w krakowskiej Alma Mater pozostanie w nas na zawsze. Mieliśmy wszelkie szanse, aby wzajemnie się inspirować. Życie zredukowało ideały do minimum. C'est la vie!
Miałem szczęście, (bowiem największym szczęściem i bogactwem jest spotkanie w życiu wartościowych ludzi) obcować z tymi, którzy nigdy razem spotkać się nie mogą . Mój mistrz, nauczyciel rzemiosła filmowego, Andrzej Brzozowski, zamierzał nawet w filmie doprowadzić do wirtualnej rozmowy zaprzysięgłych adwersarzy używając znanego już tricku z nakładaniem dwóch ujęć w jednym kadrze. Spróbuję to zrobić przywołując ich młodzieńcze wspomnienia.
Mianowany prezesem publicznej telewizji Bronek Wildstein chadzał, jak ja i moi głodni koledzy,
na spotkania i obfite poczęstunki, do dominikańskiej „Beczki”, gdzie bywał Leszek Maleszka, ale też aktorka Teatru Stu i wielu awangardowych trup teatralnych, Ela Majewska, przyjeżdżająca do Polski na święta aż z dalekiego Chile. To jej pasja teatralna i szacunek do Grotowskiego musiał się udzielić Bronkowi. Jeździliśmy do Wrocławia na inspirowaną przez Mistrza akcję „Drzewo”, a wiecznie poszukująca odmiany losu Elżbieta przesiadywała godziny w klatce z szympansami tworząc magiczną sytuację obserwowania ludzi przez ludzi w zoo. Po ulicach cesarsko-królewskiego miasta stołecznego Krakowa Bronek paradował we fryzurze „afro” wygłaszając wszem i wobec pochwałę anarchizmu. Zwolniony z telewizji dyrektor Wojciech Kabarowski nałogowo wagarował z lekcji w Lotniczych Zakładach Naukowych z jednym wszelako wyjątkiem. Nie opuścił ani jednej lekcji uczennicy Stefana Banacha „babci” Lukasowej, której zawdzięcza swoją naukową karierę, tytuł doktora nauk ekonomicznych oraz zagraniczne stypendia i studia na renomowanych uniwersytetach za Oceanem.
O paradoksie, raz byliśmy razem i osobno na „Ziemi Obiecanej” pokazywanej na krakowskich Konfrontacjach filmowych. Wojtek przyjechał na ten jeden, jedyny seans aż z Wrocławia, bo tak pragnął uczestniczyć w tym niezwykłym wydarzeniu. Bronek też nie opuszczał tego rodzaju imprez kulturalnych i zawsze znalazł sposób, żeby się na nie dostać. Moi rówieśnicy pamiętają płomienne recytacje Krzysztofa Lisowskiego, Jacka Bunscha i krytyczne, bezwzględne wobec nich wystąpienia Bronka w czasie inspirowanych przez SB, prowadzonych przez Staszka Stabro, posiedzeń Wolnej Trybuny Literackiej.
Bronek studiów w krakowskiej Pholologiae Alma Mater nie ukończył, podobnie, jak ja szczęśliwie, po trzech nieudanych próbach przyjęty do łódzkiej szkoły filmowej. Tam dowiedziałem się od Jerzego Kołata o zawiązaniu Studenckiego Komitetu Solidarności po śmierci Staszka Pyjasa – chłopca mojej koleżanki, Urszuli Gałońskiej. To właśnie jej śladem podążyłem do Krakowa po maturze w LZN na podwrocławskim Psim Polu.
Razem z Wojtkiem Kabarowskim, Witkiem Knychalskim uprawialiśmy sport, współzawodniczyliśmy na bieżni, boisku zaprawiając ciało i ducha do prawdziwych zawodów jakie nas czekają. Pamiętam, jak przed biegiem na 400 metrów Wojtek szeptał mi do ucha: „... Nie możesz się wycofać! Zrób wszystko, żeby skończyć bieg, obojętnie, na której pozycji... Możesz umrzeć, ale musisz dobiec na metę!” Pozostało mi to w pamięci na całe życie. Tak postępowałem tworząc mimo braku funduszy Teatr Wędrujący wraz z Leszkiem Wosiewiczem. Wybraliśmy „Bramy Raju” Andrzejewskiego na premierowy pokaz w Rotundzie. Obecny na premierze Bronek scenicznym szeptem zwrócił się nagle do Bogdana Bieli z uwagą: „Popatrz, ona ma czarne majtki!”...
Musiało to mieć wpływ na pozostałych widzów sztuki, a przynajmniej najbliższe otoczenie.
Staszek Pyjas zdążył jeszcze obejrzeć ten spektakl na scenie Rotundy zarządzanej wówczas przez późniejszego menedżera warszawskiej telewizji, dyrektora Skoczka. Byliśmy wtedy wszyscy młodzi, pełni wiary... Wiek niewinności minął, jak chwila. Nikomu z nas, biednych jak kościelne myszy, studentów polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, nie przyszłoby do głowy, że wkrótce odejdziemy od siebie tak daleko, a przede wszystkim nie do pomyślenia było to, że jeden drugiemu dzisiaj nawet nie poda ręki. Dzisiaj tak przecież nakazuje kanon, taktyka i polityczna poprawność. C'est la vie!