Facebook Google+ Twitter

3 miliony zł na ochronę. Ktoś straszył byłego prezesa KGHM

  • Źródło: Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
  • Data dodania: 2006-10-23 12:38

W biały dzień, za żoną Mariana K. pędziły ponoć po Warszawie zbiry z siekierą... Ktoś miał grozić porwaniem ich dziecka, a do teściowej dzwonić w środku nocy, mówiąc: „Twój wnusiu nie żyje” - zeznają przed sądem oskarżeni o niegospodarność.

Biura zarządu firmy, fot. KGHM Marian K. i Marek S. – prezesi KGHM lat 1999-2001 – oskarżeni są o niegospodarność. Przed lubińskim sądem dowodzą, że prawie 3 mln zł, które wydali na ochronę siebie i swoich rodzin, nie było fanaberią, a ich najbliższym groziło realne niebezpieczeństwo. Przede wszystkim ze względu na Kongo, gdzie Polska Miedź miała zbudować kopalnię. Wokół tej inwestycji kręciły się podejrzane osoby i grupy powiązane ze służbami specjalnymi. W ubiegłym tygodniu zeznawała w sądzie żona b. prezesa Małgorzata K.

Pościg z siekierką?

Twierdzi, że natychmiast po powołaniu męża do zarządu zaczęła odbierać głuche telefony. Zauważyła też samochód z przyciemnionymi szybami, który jeździł za nią po Warszawie, a potem zaparkował naprzeciwko domu w Podkowie Leśnej. Męski głos zapytał przez słuchawkę: „Jak tam synciu, pani prezesowo?” Odtąd z Małgorzatą K. i jej 6-letnim synem zamieszkał ochroniarz. – Mówiliśmy na niego Pan Łysy – mówi Małgorzata K. Ale zagrożenie nie minęło. W 1999 roku jechała przez Warszawę samochodem. Usłyszała z tyłu klakson i zobaczyła auto z dwoma, krótko ostrzyżonymi mężczyznami. Jeden z nich wymachiwał siekierą. – Gdy sięgnął nią za okno, wpadłam w panikę – opowiada przed sądem żona Mariana K. – Próbowałam uciekać, zmieniając pasy ruchu. Uratował ją radiowóz drogówki stojący na jednej z ulic. Gdy łysi zauważyli, że skręca w stronę policji, natychmiast odjechali.

"Wnusiu nie żyje"

W maju 1999 roku okazało się, że dom K. w Podkowie Leśnej był podsłuchiwany. Potem w Lubinie ktoś napadł na kierowcę prezesa i włamał się do służbowego samochodu. Małgorzata wraz z synem w tajemnicy wyjechała z Podkowy Leśnej i przez dwa miesiące ukrywała się w klasztorze ojców dominikanów. Z mężem kontaktowała się przez specjalny telefon: – Syn chował się pod stół, gdy słyszał nieznane głosy. Bał się obcych. Po powrocie do Podkowy Leśnej ktoś znowu ich nachodził. Walił w drzwi: „Otwórz! Otwórz!”. Między 1999 a 2002 rokiem teściowa Mariana K. odebrała czterdzieści telefonów z groźbami. Męski głos pytał: „Jak się ma wnusiu?” albo „Jak się ma twój zięciu?”. Kiedyś w środku nocy zakomunikował „Twój wnusiu nie żyje”. Innym razem: „Twój zięciu zginie w samochodzie”. Prześladowcy nie dawali jej spokoju nawet w wigilię. – Zasypiałam na prochach. Wyłączałam na noc telefon – opowiada pani Ewa. – Gdy mąż poszedł zgłosić przestępstwo na komendę, zadzwonili „Jużeś był, skurwysynie, na policji.”. Więc baliśmy się złożyć zeznania i sprawę umorzono.
Piotr Kanikowski

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.