
Urodził się w Starogardzie Szczecińskim. Wychowywał się w tradycyjnej rodzinie katolickiej. Jako dorosły człowiek poznał dziewczynę z Olsztyna i właśnie wtedy zaczęła się jego praca na rzecz drugiego człowieka.
— Byłem normalnym, przeciętnym facetem — mówi o sobie Andrzej Różański. — Pracowałem kilka lat w Szwecji jako kierowca. Dobrze zarabiałem. W wieku 29. lat miałem wszystko, o czym marzy młody człowiek: żonę, dwóch synów, mieszkanie, samochód. Nie byłem ideałem, paliłem a nawet przeklinałem. Taka zwyczajna norma.
Jednak lata 90. i przemiany społeczne, które dokonywały się w tym czasie w Polsce przyczyniły się do zmiany jego życia. Wrócił do kraju, szukał pracy. Nie znalazł zajęcia, nie widział perspektyw na przyszłość, wszystko zaczęło go przygniatać. Na szczęście obok była żona. Wiesława — uczestniczka Olimpiady w Moskwie w 1980 roku w gimnastyce sportowej. — Żona bardzo modliła się w tym czasie o pomyślność dla naszej rodziny — opowiada pastor. — Czasami nawet byłem na nią zły, krzyczałem, że „odstawia cyrki”. Przez trzy lata żona namawiała mnie do wzięcia udziału w odbywającej się w Olsztynie ewangelizacji namiotowej. Nigdy nie byłem jakoś wyjątkowo religijny, chociaż czytałem Biblię i starałem się żyć według jej wskazówek. Moim życiowym marzeniem było zostanie przedsiębiorcą. Niestety, nigdy nie zrobiłem wielkiego biznesu, a dziś sam głoszę Słowo Boże.
Pomógł nam zbór z Wielkiej Brytanii— Podczas namiotowej ewangelizacji doświadczyłem duchowego odrodzenia — opowiada Andrzej Różański. — Poczułem wielką potrzebę służenia Bogu. Jednak nie da się służyć Bogu, nie służąc człowiekowi.
Przyłączył się do olsztyńskiego zboru, ukończył Okręgową Szkołę Biblijną w Szczytnie i rozpoczął pracę duszpasterską w schronisku dla bezdomnych i areszcie śledczym w Olsztynie. Od 1993 roku dwa razy w tygodniu przyjeżdżał do Morąga, by prowadzić pracę misyjną. Rok później zarejestrował Zbór Kościoła Zielonoświątkowego Sylone w Morągu, przy którym jednocześnie powstało stowarzyszenie działające na rzecz bezdomnych. Potrzebna była jeszcze siedziba. — Nadarzyła się okazja kupna parteru budynku i możliwość utworzenia większej liczby miejsc noclegowych dla potrzebujących — opowiada Różański. — Ale potrzebne były pieniądze. Część pożyczyłem od kolegi z Olsztyna. Resztę funduszy na spłatę kolejnych rat pożyczki zarobiliśmy organizując Ogólnopolskie Zloty Młodzieży. Pomógł nam zaprzyjaźniony zbór z Wielkiej Brytanii. Prowadziliśmy prace adaptacyjne.
Obok sali nabożeństw powstały pokoje dla bezdomnych, w których mogły zamieszkać 3-4 osoby. To było ciągle niewiele. Postanowili dokupić resztę budynku. Żeby zdobyć pieniądze na inwestycję, Andrzej i Wiesława Różańscy zdecydowali się sprzedać swój dotychczasowy dom na ulicy Chodkiewicza w Morągu — który kupili za sprzedane mieszkanie w Olsztynie — i zamieszkać przy zborze.
Dziś przy zborze działa przytulisko: sześć pokoi dla bezdomnych, dwa małe odrębne mieszkania, w których mieszkają matki samotnie wychowujące dzieci, świetlica terapeutyczna oraz pomieszczenie, w którym prowadzone są prace chałupnicze. Każdy, kto cierpi na brak pieniędzy, może tu przyjść i dorobić, skręcając uchwyty do rur miedzianych i plastykowych. Działające przy zborze stowarzyszenie rozdaje żywność we współpracy z Bankiem Żywności w Olsztynie.
Nie w śmietniku, czy altanie— Aby świat mógł być prawie „idealny” wystarczy, aby ludzie pamiętali o drugim przykazaniu miłości: będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego. Ono jest mottem mojego życia. — zapewnia Andrzej Różański. — Jestem pastorem, służę Bogu. Ale z tej służby wynikają obowiązki. Moją pracą jest nie tylko budowanie instytucji, ale działanie, aby ten kościół był żywy. Ludzie często nie wierzą w to, że można coś zrobić bezinteresownie dla innych. Bezdomność jest ogromnym problemem. Naszym obowiązkiem jest takim osobom podać rękę, nie pozwolić, aby ludzie mieszkali przy śmietnikach, w altankach, piwnicach czy na ulicy.
Jedną z takich osób jest 67-letni Kazimierz z Morąga, który mieszka w przytulisku z przerwami od czterech lat.
— Trafiłem tutaj po rozwodzie z żoną — mówi Kazimierz. — W kłopoty wpędził mnie alkohol, dziś nie mam gdzie pójść. Mieszkałem trochę w schronisku w Olsztynie, ale to już nie na moje lata. Tam było chuligaństwo, tu jest spokojniej i wygodniej.
Jednak wielu ludzi nie chce dać sobie pomóc. Zwłaszcza mężczyźni szukają schronienia przed zimą, jednak gdy przychodzi wiosna, wolą odejść. Przytulisko jest jak dworzec i szpital w jednym. Potrzebujący przychodzą, leczą choroby, nabierają sił i odchodzą, aby za jakiś czas znowu pojawić się i szukać dachu nad głową.
— W chwilach, kiedy odchodzą często tracimy nadzieję — mówią zgodnie małżonkowie. — W wielu przypadkach jest to tylko pomoc doraźna.
Życie w dwóch reklamówkachMagda z Olsztyna znalazła w morąskim zborze miejsce do życia dla siebie i dwojga dzieci: 6 i 11 lat.
— Po rozwodzie musiałam wyprowadzić się z domu męża i jego rodziny. Początkowo trafiłam do domu matki i dziecka w Olsztynie prowadzonego przez Caritas. Jednak tam oferują pomoc tylko przez pół roku. Nie wiedziałam, co mam robić, ale na szczęście opieka społeczna dała mi adres zboru. Przyszłam tutaj z dwojgiem małych dzieci i dorobkiem życia, który zmieścił się w dwóch reklamówkach. Na szczęście, było wolne miejsce.
Dziś Magda mieszka w oddzielnym mieszkaniu, przyuczyła się do zawodu szwaczki, znalazła pracę. Wie, że dopóki nie stanie samodzielnie na nogi, może tu mieszkać. Złożyła już podanie o mieszkanie socjalne.
— Myślę, że to tylko kwestia czasu, jak przestanę być osobą bezdomną — mówi Magda. — Jestem bardzo szczęśliwa, że właśnie tutaj udało mi się trafić.
Coraz więcej kobiet z dziećmi szuka tutaj dachu nad głową. Schronisko nie może pomóc wszystkim potrzebującym. Morąski pastor ma tylko jedno marzenie: żeby żadnemu potrzebującemu nie musiał odmówić pomocy.