Anna Głogowska z „Tańca z gwiazdami”: - Jestem rozpoznawalna. Ludzie okazują mi teraz wiele sympatii. Są dla mnie życzliwi, uśmiechają się, puszczają „oczko”...
- Już pod koniec trzeciej edycji „Tańca z gwiazdami” powiedziała pani,
że nie zdecyduje się na kolejną. Czy dziś nie żałuje pani swojej
decyzji? 10 września rusza kolejna odsłona show...
- Mam mieszane
uczucia. Nie da się ukryć, że uzależniłam się od tego programu. Przez
tyle czasu żyłam w kosmosie, czyli w „Tańcu z gwiazdami”, a teraz
wróciłam na ziemię. Muszę sama zabiegać o pracę, zarabiać pieniądze,
wrócić do rzeczywistości. Z drugiej strony gratuluję sobie decyzji o
odejściu. Wszystko co miałam najlepszego - już pokazałam w trzech
poprzednich edycjach. Nie dałabym rady robić jeszcze raz tego samego, a
wszystko już było - figury, kroki. Myślę, że to dobrze, że pojawili się
nowe osoby. Dzięki „świeżej krwi” i ogromnemu zapałowi nowych tancerzy
to będzie fantastyczna edycja.
- Razem z Witoldem Pasztem zatańczy pani 4 września w „Finale finałów” w Sopocie. Jak idą treningi?
- Doskonale, choć początki nie były łatwe. Zaczęliśmy treningi dość
późno, bo ja wróciłam z obozów tanecznych dopiero 12 sierpnia. Witek
też mi się przyznał, że przez te półtora roku, które minęły od
pierwszej edycji, właściwie nie trenował. Więc oboje byliśmy mocno
zdenerwowani. Ale już podczas pierwszego treningu okazało się, że z
tańcem jest jak z jazdą na rowerze. Wychodzi się trochę z wprawy, ale
się nie zapomina. Można powiedzieć, że odrobiliśmy już pracę domową,
przypomnieliśmy sobie wszystkie kroki. Teraz jesteśmy na etapie
doszlifowywania całości.
- Jest jakaś presja, by wygrać? Czy „Finał finałów” to raczej taki ostatni występ przed publicznością?
- Dokładnie tak. Dla mnie to piękne pożegnanie z programem. Oczywiście
żartujemy z Witkiem, że jesteśmy najlepsi i inne pary są takie biedne,
bo nie mają z nami najmniejszych szans (śmiech), ale tak na prawdę to
nie ma między nami rywalizacji. Poza jednym punktem. Każda para
przygotowuje sześć tańców, ale tylko dwie finałowe pary zatańczą
wszystkie. A my mamy same piękne układy i oczywiście chcielibyśmy móc
wszystkie pokazać (śmiech).
- Czy z perspektywy tych kilku
miesięcy, które minęły od zakończenia trzeciej edycji show, może pani
powiedzieć, jak udział w programie zmienił pani życie?
- Bardzo.
Jestem rozpoznawalna. Ludzie okazują mi wiele sympatii. Wszystko jedno,
czy wchodzę do urzędu, sklepu, czy jadę samochodem, ludzie są dla mnie
życzliwi, uśmiechają się, puszczają „oczko”. Mam świadomość, że moje 15
minut - po 5 na każdą z edycji (śmiech) - niedługo się skończy. Często
nachodzi mnie taka refleksja, że będę musiała się z pożegnać z tym
całym szumem wokół mojej osoby, który był bardzo przyjemny. I będzie mi
tego żal.
- Miała pani okazję poznać wszystkie pary czwartej serii, być na ich próbach. Ma pani swoich faworytów?
- Trzymam kciuki za wszystkie dziesięć par, ale kibicuję szczególnie
dwóm gwiazdom, bo znam je osobiście i bardzo lubię - Joasi Liszowskiej
i Michałowi Milowiczowi. Myślę, że szczególnie Michał świetnie pasuje
do tego programu. Ma mnóstwo zapału, entuzjazmu, spontaniczności.
Jestem przekonana, że wniesie do niego coś fajnego, coś po męsku
wdzięcznego. Ale jeśli pyta mnie pani kto wygra, to czuję, że możemy
mieć powtórkę z rozrywki. W trzeciej edycji w finale był Rafał Mroczek
i prezydentówna Ola Kwaśniewska. Tym razem możemy mieć Marcina Mroczka
i kolejną prezydentównę Marysię Wałęsę. Szkoda, że cała czwórka nie
spotkała się w jednej edycji, myślę, że byłoby zabawniej (śmiech). Tak
czy inaczej sądzę, że Marcin Mroczek i Marysia Wałęsa będą pod
największym obstrzałem mediów, a co za tym idzie mają chyba największe
szanse na finał, bo to o czym pisze prasa ma ogromny wpływ na
telewidzów.
Zresztą, jeśli miałabym oceniać nowe gwiazdy pod
względem tanecznym, to muszę przyznać, że Marcin jest jak dotąd
najlepszy. Po prostu jest tancerzem, podobnie jak jego brat.
Rozmawiała Magda Popek