Facebook Google+ Twitter

„50 twarzy Greya” nie dla wszystkich…

„50 twarzy Greya” to jedna z najdłużej wyczekiwanych produkcji kinowych ostatnich lat. Film pierwotnie miał być gotowy już półtora roku temu

„50 twarzy Greya” to jedna z najdłużej wyczekiwanych produkcji kinowych ostatnich lat. Film pierwotnie miał być gotowy już półtora roku temu. Termin jego premiery był kilkakrotnie przesuwany. Ale udało się! Oczekiwany ze zniecierpliwieniem melodramat erotyczny wszedł niedawno na ekrany światowych kin. W Polsce film cieszy się rekordowym niemal zainteresowaniem widzów. Uchodzi za jedną z najbardziej dochodowych produkcji w historii kina.

Reżyserem „50 twarzy Greya” jest Sam Taylor-Johnson. Scenariusz napisała Kelly Marcel. Film powstał na podstawie jednej z najpopularniejszych powieści ostatniej dekady, której autorką jest E.L. James. W rolach głównych wystąpili: Dakota Johnson i Jamie Dornan.

Anastasia Steel jest młodą studentką literatury. Któregoś dnia zobligowana zostaje do przeprowadzenia wywiadu z intrygującym i budzącym powszechne zainteresowanie kobiet – Christianem Greyem. Mężczyzna jest potężnym przedsiębiorcą, milionerem i filantropem. Anastasia jest nim bezwzględnie zafascynowana. W krótkim czasie okazuje się, że Grey również uległ fascynacji Anastasią. Postanawia ją odnaleźć. Gdy spotykają się ponownie, namawia dziewczynę do wkroczenia w niebezpieczny świat pożądań, erotyki i cielesnych pragnień – w świat Christiana Greya.

Tyle ile sympatii i zainteresowania film Taylora – Johnsona budzi u wielu odbiorców, tyleż samo budzi krytyki i niechęci u innych. Z czego może wynikać ewentualna niechęć do „50 twarzy Greya”? Moim zdaniem krytycy filmu dzielą się na dwie grupy. Pierwsza grupa to osoby nie lubujące się w erotyce filmowej lub negatywnie nastawione do tego rodzaju układów damsko – męskich, do tego typu relacji seksualnych lub do tego typu stosunków płciowych jakie w filmie są zaprezentowane. Trzeba jasno jednak powiedzieć, że ta grupa odbiorców to tak naprawdę nie krytycy filmu, a krytycy pruderyjnych zachowań i niekonwencjonalnych form odbywania aktów seksualnych. A, że takowe w filmie są pokazane (a głównie w książce E.L James są opisane) to i sam film (a książka pewnie też) budzi niechęć.
Druga grupa krytyków to osoby, które książki nigdy nie czytały i prawdopodobnie nie do końca wiedziały co będzie się w filmie dziać. Ta grupa odbiorców czuje się zapewne rozczarowana filmem bo być może inaczej wyobrażała sobie fabułę lub w ogóle jej sobie nie wyobrażała i sama nie wiedziała, czego się po melodramacie spodziewać.

Gdy spotykam się wprost z zarzutami typu: „W tym filmie nic się nie działo”, to zadaje sobie pytanie: „A niby co się tam miało dziać?”. Film powstał na podstawie książki. Fabuła jest taka jaka jest. „50 twarzy Greya” – jak powszechnie wiadomo – to „romansidło” z elementami erotycznymi. Nie wiem czego można była w tym filmie oczekiwać… Strzelaniny? Morderstwa? Walki wręcz? To nie ten gatunek! Niektórzy krytycy mówią, że oczekiwali większej ilości scen łóżkowych… Drodzy Państwo, toż to nie film pornograficzny! W dwugodzinnym utworze poświęcono około 25 minut na sceny stricte erotyczne. Wydaje mi się, że to wcale nie mało jak na romantyczny melodramat. Jest to dobrych kilka kilkuminutowych scen w łóżku. W moim odczuciu to dość sporo, jak na film „nie pornograficzny”. Nie do końca zatem rozumiem na czym krytyka tej produkcji kinowej jest oparta.

Ja osobiście film oceniam bardzo pozytywnie. Nie żebym była fanką tego typu książek czy filmów. Książki przeczytałam z ciekawości (wszystkie trzy części) i odebrałam sympatycznie, mając świadomość tego, że nie czytam światowych arcydzieł literackich, tylko tzw. „babską” literaturę pisaną prostą prozą. Powieści czyta się ze swoistą lekkością i odbiera raczej przyjemnie. Mogą komuś oczywiście tego typu związki damsko-męskie o jakich w powieści mowa nie mieścić się w głowie i budzić obrzydzenie… Warto jednak – moim zdaniem – do tematu podejść z dystansem. Jeśli ktoś jest radykalny to powieść znienawidzi, jeśli natomiast ktoś potrafi pozostać neutralnym to książki E.L. James odbierze prawdopodobnie tak jak ja – sympatycznie, „na wesoło” i z przymrużeniem oka. Nie wspomnę już o tym, że są odbiorcy, którzy zarówno książkę, jak i film po prostu uwielbiają i mają też ku temu swoje powody.

Co zaś się tyczy samego filmu, to podkreślę z całą stanowczością, że trzeba wiedzieć na jaki film idzie się do kina. Produkcja Taylora – Johnsona jest wierną adaptacją powieści James. Nakręcona została z dużą dokładnością, starannością, dbałością o szczegóły i o precyzyjne oddanie scen znanych z książkowego pierwowzoru. Jest to prosta, może wręcz banalna opowieść o dwojgu ludzi, których połączyły niecodzienne uczucia i którzy próbowali stworzyć niecodzienny układ. A, że układ w ogromnej mierze oparty jest na relacjach seksualnych, toteż kilka scen erotycznych, dość mocnych i równie niecodziennych ujrzeć można na ekranie. Z takim nastawieniem powinno się iść na ten film do kina. I z tego typu perspektywy film należy – w moim przekonaniu – oceniać. Nie należy spodziewać się niewiadomo jak skomplikowanej, wielowątkowej fabuły. Nie należy wyczekiwać nieprzewidzianych zdarzeń i mrożącej krew w żyłach akcji. Ani w książce nie było o czymś takim mowy, ani producenci filmowi niczego takiego nie obiecywali. „50 twarzy Greya” to lekki i przyjemny melodramat romantyczny. Będą oczywiście – jak napisałam wcześniej – sceny łóżkowe, więc przeciwnicy erotyki na ekranie nie będą zadowoleni, ale powinni mieć świadomość tego, że takie sceny tam się pojawiają i nie odczuwać zniesmaczenia, gdy już je ujrzą.

Ja z takiej oto perspektywy jaką nakreśliłam powyżej film Sama Taylora – Johnsona chcę zrecenzować. Jak wspomniałam wcześniej, film jest bardzo dobrze zrobiony. Znakomita scenografia, rewelacyjne kostiumy, świetny scenariusz – wszystko zrobione tak, by perfekcyjnie oddać miejsca, sytuacje i postaci wykreowane przez autorkę powieści: „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Melodramat jest nakręcony bardzo profesjonalnie, dużo lepiej niż można było przewidywać. Ja osobiście obawiałam się nieco tandetnej i bardziej kiczowatej ekranizacji. Jestem mile zaskoczona. Kelly Marcel fantastycznie przerobiła fabułę książkową na filmowy scenariusz, a Taylor-Johnson kapitalnie zrealizował scenariusz Kelly Marcel.

To co w produkcji cenie najbardziej to genialnie dobrana obsada aktorska. Dakota Johnson i Jamie Dornan wyśmienicie zagrali role Anastasii Steel i Christiana Greya. Większość sympatyków trylogii James, z którą miałam przyjemność rozmawiać na temat filmu jednoznacznie stwierdza, że właśnie tak wyobrażała sobie dwójkę głównych bohaterów. Mamy tu do czynienia z naprawdę dobrym aktorstwem i naprawdę starannym, ale i oryginalnym wykreowaniem tych bez wątpienia ciekawych ról. Mnie również sposób w jaki aktorzy wcielają się w postaci Anastasii i Christiana bardzo przypadł do gustu.

A obok kwestii samego aktorstwa warto wspomnieć o całej otoczce z tym związanej – świetnie dobrane stroje Greya – piękne zegarki, wspaniałe garnitury, stylowe dresy do joggingu. Świetna scenografia domu Greya, jego biura, pokoju hotelowego, a także mieszkania Anastasi. Na uwagę zasługuje godna pochwały dbałość o szczegóły, o nadanie postaciom osobowości, a miejscom klimatu. A wszystko to starannie wykreowane zostało pod dyktando książkowego pierwowzoru.

No i warto też wspomnieć o pięknie nakręconych scenach erotycznych, w których sporo jest pożądania, ale i pikanterii. Które zainspirowane są powieściowymi opisami, ale także nasycone inwencją filmowych twórców. Nie tak ławo jest zrealizować dobrą scenę łóżkową. Nie wszystkim twórcom filmowym dobrze to wychodzi. „50 twarzy Greya” jest pod tym względem filmem absolutnie wyjątkowym bo wszystkie sceny miłosne dopracowane tu zostały perfekcyjnie. Wszystkie są starannie przemyślane i bardzo profesjonalnie zagrane. I co by nie mówić o erotyce w filmach, wszyscy kolejni twórcy filmowi uczyć się tego kunsztu powinni od ekipy Sama Taylora-Johnsona.

To, o czym mówi się w kontekście tego filmu najwięcej i to co faktycznie zasługuje na słowa uznania to przepiękna ścieżka dźwiękowa. Generalnie ośmielę się nawet powiedzieć, że mamy tu do czynienia z Oscarową muzyką, a przynajmniej z muzyką na Oscara zasługującą. Jej autorem jest jeden z najwybitniejszych hollywoodzkich kompozytorów – Danny Elfman. Gigantycznym atutem melodramatu są świetnie dobrane piosenki w tle filmu, które nie tylko dopełniają film, ale są jego nierozerwalną częścią, a może nawet jednym z najważniejszych elementów.

W takim oto ujęciu melodramat erotyczny pt.: „Pięćdziesiąt twarzy Greya” zachwalam. Doceniam jakość z jaką film został wyreżyserowany oraz zagrany. Podziwiam inwencję twórców i odwagę w jego realizacji. Zdaję sobie jednakowoż sprawę z tego, że nie jest to produkcja zaadresowana do wszystkich. Do kin zapraszam osoby otwarte na tego typu gatunek i z zaciekawieniem, ale i dystansem podchodzące do tematu. Nie zachwyci ten film zapewne miłośników thrillerów, sensacji, horrorów i Science-Fiction. Obawiam się, że nie zaspokoi dostatecznie potrzeb maniaków pornografii. Przekonana jestem, że zdegustuje osoby o tradycyjnym i klasycznym podejściu do seksu. „50 twarzy Greya” to świetny romans z intrygującą fabułą i z dodatkiem odważnych i ciekawych scen erotycznych. Osobom, które uzmysłowią sobie ten fakt przed seansem, „50 twarzy Greya” na pewno się spodoba.


Magdalena Kutynia

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.