Pozycja materiału w rankingach:
Wyniki śledztwa, ustalającego, jak do tego doszło, że postać dobrego biskupa, na którego pomoc mogli liczyć najbiedniejsi, zastąpił przerośnięty krasnal, popierający bogate korporacje.
W Nowym Jorku istniało stowarzyszenie New York Historical Society, któremu patronował św. Mikołaj. A że w ówczesnym Nowym Jorku (dawniej Nowym Amsterdamie) znaczącą rolę pełnili obywatele holenderskiego pochodzenia, zatem i w towarzystwie historycznym można ich było spotkać. Holendrzy przywieźli do Stanów bogate, regionalne tradycje związane z prawdziwym świętym Mikołajem, nazywanym przez nich Sinterklaas. W ich wersji św. Mikołaj przybywał z południa, a na miejscu poruszał się na białym koniu.
Rok później wydany anonimowo poemat "A Visit From Saint Nicholas" utrwalił w społecznej świadomości wymyśloną przez Irwinga wersję z kominem oraz rozwinął Gilleyowską koncepcję zastosowania reniferów jako napędu do sań [rys. 3] Co ciekawe, postać przedstawiona w tym poemacie zawiera wyraźne nawiązanie do niemieckiego Pelznickla. Autor opisuje go bowiem jako ubranego od stóp do głów w futra, a Pelznickel (postać występująca w niektórych rejonach Niemiec jako zastępcza dla świętego Mikołaja, z uwagi na fakt, że po reformacji nie wypadało, by prezenty dzieciom rozdawał katolicki święty) oznacza właśnie „Mikołaj w futrach”. Prowadzona jest dyskusja, czy autorem poematu był Clement Clarke Moore (generalnie uznawany za jego autora) czy też Henry Livingston. Jednak żaden z nich nie był Niemcem, a nawiązania do tradycji niemieckich są tu dość wyraźne. Być może zatem istnieje jakaś trzecia odpowiedź? Albo autor w kosmopolitycznej Ameryce miał kontakty także z niemieckimi tradycjami? Tak czy inaczej, również w tym poemacie Mikołaj był malutki. Wątpliwości nie pozostawia poniższy fragment :
Nic zatem dziwnego, że również grubiutka postać w futrzanym kubraczku na ilustrujących poemat obrazkach F.O.C. Darleya bardziej przypomina krasnoludka niż świętego Mikołaja. Odległość od postaci ascetycznego biskupa podkreśla, również użyta już wcześniej przez Irwinga, fajka [ rys. 4].
Nawet w XIX wieku książki czy wiersze nie wystarczyłyby do dokonania trwałej, ogólnoświatowej zmiany świętego Mikołaja w Santa Clausa. Wtedy właśnie w sprawę wmieszała się… prasa.
Dlatego po paru mniej udanych próbach w końcu Coca-Cola wynajęła właściwą osobę – był to Haddon Sundblom - rysownik szwedzkiego pochodzenia. Jego pełne ciepła reklamy miały siłę docierania do ludzkich serc, ten Santa, czegokolwiek by nie trzymał w ręku, stał się dla wielu ludzi synonimem świątecznej atmosfery [rys. nr 6]. Teraz należało mu już tylko zrobić odpowiednią promocję, stąd prowadzona od ponad siedemdziesięciu lat coroczna wielka akcja reklamowa, wykorzystująca postać, którą od nazwy firmy coraz częściej nazywa się Coca-Cola Santa. A sama Coca-Cola... zimą wreszcie sprzedaje się i to zadziwiająco dobrze.
W Wielkiej Brytanii natomiast, niezależnie od św. Mikołaja, od dawna istniał Father Christmas – duch Bożego Narodzenia, postać symbolizująca świąteczny dostatek, ale także odwołująca się do dzikiej, pogańskiej przeszłości, a dokładnie jej fragmentu pozostawionego po Wikingach. Father Christmas został znakomicie sportretowany przez Johna Leecha w ilustracji do „Opowieści Wigilijnej” Dickensa z 1843 roku – w zielonej, rozchełstanej szacie, na stercie jedzenia, z liściastym wieńcem na rozwianych włosach (te liście to najczęściej ostrokrzew) [rys. nr 7]. Zwróćcie uwagę na tę ilustrację, ponieważ dzisiejszy brytyjski Father Christmas podobnie jak święty Mikołaj ma już najczęściej całkiem nieswoją twarz Santa Clausa. Podobny los spotkał francuskiego Père Noël (Świątecznego Ojca), niemieckich Weihnachstmanna (świątecznego mężczyznę) i Pelznickla (Mikołaja w futrach), norweskiego Julenisse (świątecznego skrzata) czy fińskiego Joulupukki (świątecznego kozła). Co ciekawe, sama nazwa Joulupukki się zachowała i w efekcie tak właśnie po fińsku określany jest Santa Claus. Nawet wręczające dzieciom prezenty w niektórych regionach Niemiec Christkindl (czyli dzieciątko Jezus) zostało później przez Amerykanów niemieckiego pochodzenia zmieszane z Pelznicklem i nazwane Kris Kringlem (który to zasadzie już od początku wyglądał jak Santa Claus). Zobacz także:
Artykuły
(12)
Galerie
(3)
Średnia ocen
(4.96)
Wiek: 62 | Miejscowość: Warszawa | Kraj: Polska
O mnie: Prawnik, wykładowca, podróżnik
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
tf78 23.12.2010 15:23
Bardzo ciekawe. Ale przydałby się jeszcze artykuł, jak to się stało, że ten kransal w czerwonym stroju tak zdominował Święta w Polsce! Ciekawe byłoby prześledzenie, kiedy to nastąpiło i w jakich okolicznościach.
Anna Klein (SokóŁ) 18.01.2008 00:18
B. dobry tekst. Wlozylas duzo pracy, by go przygotowac. Plus oczywiście:)
Marta Wieszczycka 09.12.2007 14:33
Dziadek Mróz?
Jak chcecie, to mogę Wam opowiedzieć i o Dziadku Mrozie :)
Po wstępnym rozeznaniu doszłam do tego, że:
Historia dziadka Mroza szła odmiennym torem, aczkolwiek wg podobnego schematu. Pamiętajmy, że w Rosji święty Mikołaj, prawdziwy święty Mikołaj był zawsze niezwykle istotną postacią i świętym bardziej... całorocznym niż u nas. Jednocześnie w tej nie da się ukryć w dużym stopniu zimowej krainie w pewnym momencie zaczęła się klarować postać władcy zimna i mrozu (ponoć po raz pierwszy wystąpił w literaturze w 1840 roku). Bez związku ze świętym Mikołajem. Potem wykorzystali go komuniści do stworzenia nowej świeckiej tradycji. Nadawał się, bo już istniał w folklorze i w baśniach, a był najbardziej... dopasowany do tej roli.
DZIADEK MRÓZ A SANTA CLAUS
Można przyjąć, że początkowo ani Dziadek Mróz nie miał wpływu na Santę (DM był postawny, w końcu władca, w płaszczu białym lub błękitnym - w końcu mróz, zatem nieco karykaturalnego i ciążącego w kierunku czerwieni krasnoludka by z niego nie wydestylowano ;)
ani Santa nie miał wpływu na dziadka Mroza (komuniści szukali postaci osadzonej w rosyjskim folklorze (skuteczność) i w żadnym razie nie... pochodzącej ze zgniłego zachodu (ideologia) ;)
A teraz? Hmm, jeśli porównamy Santę z Rovaniemi z typowym Cola-Clausem, czy obrazkami, które widzicie w moim artykule, to zauważymy, że fiński Santa jest... postawniejszy i jednak nieco przesuwa się we władczym kierunku, w odróżnieniu od typowego przerośniętego krasnala z nadwagą. Można przyjąć, że to wpływy rosyjskie - Finlandia przez wiele lat była częścią Rosji, a jak jeszcze uświadomimy sobie, że w zasadzie Rovaniemi jest miejscem zastępczym dla Korvatunturi (które niestety stało się w pewnym momencie punktem granicznym)... to można w tej różnicy dopatrzeć się elementów Dieda Moroza.
Z drugiej strony, jeśli pewnego dnia pojedziecie do Rosji i zrobicie tam zdjęcia Dziadka Mroza w... czerwieni, to będziecie wiedzieli, kto wygrał ;)
DZIADEK MRÓZ A ŚWIĘTY MIKOŁAJ
Osobiście nie przypuszczam, żeby Dziadek Mróz zdołał w Rosji wykolegować świętego Mikołaja, choćby dlatego, że dla Rosjan jego rola nie ograniczała się do rozdawania prezentów w grudniu. Nie wydaje mi się zatem, żeby Rosjanie, tak masowo mówili "święty Mikołaj" na ewidentnego Dziadka Mroza, jak my robimy to z Santa Clausem. Zatem podejrzewam, że obie te postacie istnieją tam niezależnie. Ale ja się tam nie znam ;)
Natomiast w Polsce Died Moroz się nie przyjął (w odróżnieniu od Santy, co pokazuje wyższość
reklamy nad propagandą ;)
Przyjęła się natomiast jego wnuczka Śnieżynka (co pokazuje, ile w propagowaniu czegokolwiek daje ładna dziewczyna - tyle, że nikogo w gruncie rzeczy nie interesuje, co ona propaguje ;).
Krystyna Wierzbicka 07.12.2007 14:39
+ moje gratulacje, świetny tekst.
:)