Facebook Google+ Twitter

65. Berlinale - czas na emeryturę niewskazany

Zakończony w niedzielę 65. festiwal odwołując się do rocznic (I wojny światowej i rosyjskiej rewolucji) i przypominając starych mistrzów (Kieślowskiego, Tarkowskiego) przeszedł do historii, ale wbrew wiekowi, nie na emeryturę.

Pierwsza wojna światowa pojawiała się przy okazji setnej rocznicy jej rozpoczęcia w filmie "Greenery will bloom again" (w wolnym tłumaczeniu "Zieleń znów zakwitnie") Ermanno Olmiego.

Specyficzna konwencja polegająca na umiejscowieniu akcji tylko w jednym okopie i z ograniczoną liczbą bohaterów nie została w żaden sposób wykorzystana. Żaden z żołnierzy, poza może dwoma, nie miał właściwości. Włoscy żołnierze na froncie (nie do końca zresztą istotne, czy przed przejściem na stronę Ententy, czy po) śpiewają sentymentalne pieśni, troszczą się niczym kobiety o popadającego w obłęd oficera, obserwują dzikie leśne zwierzęta lub drzewa wystawiając beztrosko głowy z okopów, czy parzą sobie herbatę w samowarze pośród świstu artylerii. Reżyser albo naiwnie myślał, że szlachetna, lekko antywojenna idea obroni film, albo tak bardzo wczuł się w opisywane czasy, że uwierzył, że naprawdę jest 1915 rok i nikt wcześniej przed nim nie zrobił wojennego filmu. Film znalazł się poza konkursem - i było to raczej słuszną decyzją organizatorów. Jedyna trafna, smutna myśl filmu - że żołnierze I Wojny Światowej zostaną zapomniani.

Ciekawiej miała się na festiwalu setna rocznica rewolucji rosyjskiej - mimo tego, że faktycznie byłaby dziewięćdziesiątą ósmą. Nie przeszkadzało to jednak twórcom konkursowego filmu, którzy stworzyli kino futurystyczne, osadzone w 2017 roku, ale z przyszłością nie taką "jak dla nas teraz", ale trochę taką, jakby widział ją zmarły ponad dwadzieścia lat temu Andriej Tarkowski.
"Pod elektrycznymi obłokami" materiały dystrybutora, strona festiwalu / Fot. Berlinale
"Pod elektrycznymi chmurami" Aleksieja Germana Juniora to film złożony z siedmiu nowel, z których, jak to bywa w społeczeństwach słowiańskich, pierwsza część odbiega poziomem w górę, a druga - zawistnie, ciągnie je ku dołowi. Na otwarciu pojawia się Kirgiz krążący z radiem po lodowej pustymi - w poszukiwaniu elektryka. Po nim wkracza w ciepłym futrze sam Piotr Gąsowski (film jest koprodukcją polsko - ukraińsko - rosyjską) w roli brata oskarżonego o morderstwa naukowca-samobójcy. Jest i aktor odgrywający przed gośćmi muzealnymi żołnierza z czasów napoleońskich. Jest też para artystów na życiowym zakręcie. Dookoła nich wszystkich krąży morderca kobiet i porywacz dzieci. Akcja rozgrywa się w sennej, śnieżnej rzeczywistości w setną rocznicę bolszewickiej rewolucji. Krajobraz okraszony jest symbolami upadłej republiki. Aleksiej German Junior znany jest w Polsce widzom Sputnika, tak jak Anna German Rosjanom - jego film "Papierowy żołnierz" wygrał jedną z warszawskich edycji festiwalu. Senny świat z tamtego filmu (dotyczącym wysłania w kosmos pierwszego człowieka) i powolne tempo to - jak się okazuje - znak rozpoznawczy reżysera. Z kolei zamiłowanie do filmowych nowelek przedstawił już też w "Krótkim spięciu" - "Pod elektrycznymi obłokami" stało się więc wypadkową jego poprzednich filmów. Tytułowe elektryczne chmury to wielka świetlna reklama wyświetlana na chmurach - efekty specjalne może nie najbogatsze, ale film i tak doceniony został przez jurorów festiwalu w kategoriach technicznych.

Czas na najbardziej wyczekiwany film - czyli "Body/Ciało" Małgorzaty Szumowskiej, nagrodzonej Srebrnym Niedźwiedziem za reżyserię, z Januszem Gajosem i Mają Ostaszewską. Tradycyjnie zaznaczam, że zdradzam więcej elementów fabuły niż przystoi dżentelmenowi. Oglądanie tego filmu w Berlinie to uczucie niezapomniane - patrzyłem na ukazaną tu Warszawę przez pryzmat tego, jak jest ona widziana za granicą, albo bardziej - jak Szumowska pokazuje ją za granicą - niż jak sam ją widzę. Zagraniczny widz kojarzy Polskę głównie z filmów Kieślowskiego, który zresztą też 21 lat temu wygrał w Berlinie Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię - "Trzech Kolorów: Białego" z Januszem Gajosem w jednej z ról. Kto zna dobrze twórczość reżysera, dostrzeże do nich kilka innych jawnych odwołań w filmie.

Punktem wyjścia jest tu osamotnienie mężczyzny po śmierci żony i jego próba odbudowania sobie relacji z córką. Gdyby nikt nie skojarzył jeszcze nawiązań do "Dekalogu części 4", to podpowiem, że rolę głównego bohatera grał tam tak samo Janusz Gajos, a kluczem do jego wnętrza bohatera był - tak jak tutaj - napisany do niego przez zmarłą żonę list.

Szumowska jednocześnie zapożycza bardzo wiele z Kieślowskiego, jak też szydzi z niego niczym albatros z łucznika.
Pierwsze kilkanaście minut ogląda się niczym "Dom wariatów" - wszystko szalone. Samobójcza śmierć starego mężczyzny nad Wisłą przemienia się w farsę, gdy trup ożywa i idzie nad rzekę; anorektyczka i bulimiczka, - córka prokuratora, biega po domu półnaga i udaje kurczaka; pani terapeutka żyje samotnie i śpi z większym od niej dwa razy psem; to czym żyje Polska - ukazane w przebitkach - dla Europejczyków jawić się musi niczym późne średniowiecze (matka zabijająca dziecko, uliczna walka o gender, barbarzyńska śmierć znanego malarza). Zamiast smutnego komunizmu - smutno-śmieszny postkomunizm, zamiast szarych bloków z wielkiej płyty - te same bloki, ale ocieplone, otynkowane i podkolorowane. Bardzo dobrze widać po ujęciach, kradzionych od Ulricha Seidla, że scenarzystą jest autor zdjęć - (Michał Englert) - obrazy mówią więcej niż słowa, treść zdaje się ginąć (lub odnajdywać) w nadmiarze efektów. To jednak tylko pozór - reżyserka finalnie Kieślowskiego uszanuje, a i będzie miała do powiedzenia sporo nowszych rzeczy niż on - choć może w nie tak uporządkowany sposób, jak się do tego przyzwyczailiśmy.

Szumowska wyjmuje z Polski Kieślowskiego konflikt katolicyzm-komunizm i zastępuje go walką spirytyzmu ze sceptycyzmem (zmieszanym ze spirytusem). Mający problem z alkoholem wdowiec (a może jego żona to Polska Rzeczpospolita Ludowa?) pije i sam się w ten sposób leczy ze smutku. Jego córka tak łatwo już sobie nie radzi - bulimia ją wykańcza - ojciec decyduje się oddać ją na jakiś czas na zamkniętą terapię.

Zamiast anioła Artura Barcisia jest tu Maja Ostaszewska jako terapeutka, dorabiająca po godzinach jako medium. Sama ta postać też jest ciekawa, łączy wewnętrzne sprzeczności: z jednej strony podporządkowana regułom szpitala, stłumiona przy dyrektorze, a jednak stanowcza i pewna swego; wygłasza też niesłyszane w polskim kinie kwestie (przy okazji również feministyczne credo). Prokurator, który oddaje terapeutce swoją córkę pod opiekę, zaczyna mieć do jej metod leczniczych coraz większy dystans. Socjalistyczny, deklaratywny ateizm i wiara w socjalizm zastąpione zostają ogólnym sceptycyzmem. To - mała uwaga - wygodny zabieg; owdowiały prokurator nie musi być ani ateistą (ale prawdopodobnie jednak jest), ani komunistą, aby jego sceptycyzm mógł budzić sympatię zarówno zachodniego Europejczyka jak i polskiego katolika. Do sekciarskich metod podejrzenie w ostateczności może mieć każdy.

Walka o zdrowie dziewczyny przerodzi się w ogólną walkę o duszę, a w zasadzie o jej istnienie, to jest o zachowanie duszy. Najcenniejszą nauką dla bohatera pozostanie nie to - czego się bałem jako zbyt dużej naiwności - czy pani medium uda się przekonać go o wiarę w duszę lub duchy. Szumowska bez łopatologii, subtelnie stawia sugestię, że może prokurator zrozumie, że nie będzie potrzebować każącego chwytać się za ręce medium, żeby siąść przy stole z własną córką.

Szumowska balansuje na granicy głębokiej prawdy kina i emocjonalnego kiczu, ale przechodzi bez upadku, zdobywa własnego Srebrnego Niedźwiedzia i idzie dalej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.