Facebook Google+ Twitter

6 czerwca 1990 roku skończyła się w Polsce cenzura

Cenzura w ponad czterdziestoletniej historii PRL obowiązywała jeszcze rok i dwa dni po wyborach 4 czerwca 1989 roku. Podlegało jej prawie wszystko: instrukcje obsługi maszyn, gazety, a nawet utwory mimiczne.

Początki cenzury na wzór sowiecki zaczynają się w Polsce już w okresie rządów PKWN (Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego) w 1944 roku. Prawie dwa lata później, 5 lipca 1946 Krajowa Rada Narodowa uchwaliła dekret o powołaniu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Przez prawie 44 lata cenzorzy czuwali, by naród wiedział tylko to, co władza uzna za stosowne.

Tajna księga zapisów


Cenzorzy nie mieli dokładnych wytycznych, bo dekret z 1946 roku był pełen ogólników. Posługiwali się oni utajnioną Księgą Zapisów z instrukcjami opracowanymi na podstawie zaleceń komitetów wojewódzkich partii.

To władza decydowała jak przedstawiać i interpretować fakty historyczne. Owszem można było mówić o Katyniu, ale tylko z zaznaczeniem, że mordu dokonali Niemcy. Gdy ktoś chciał podać, że jego ojciec zginął w Katyniu musiał podać datę po lipcu 1941 roku, gdy te tereny zajęli Niemcy.

Białe plamy cenzury


Do 1981 roku działalność cenzorów nie była widoczna, no może poza ich znakami identyfikującymi typu L 16, H14 przy informacjach o szczegółach druku. Ustawa z 1981 roku nakazywała ingerencje oznaczać czterema pauzami w nawiasie kwadratowym. Tak działo się do końca działalności cenzury.

W książce „Dzieje sprawy Katynia” Jerzego Łojka wydanej we wrześniu 1989 roku cenzor ingerował 16 razy na na 74 stronach publikacji. W gazetach po powstaniu „Solidarności” kilkakrotnie pojawiały się wydania z białymi plamami po ingerencji cenzury.

Strach przed wielkim bratem


Nie tylko Katyń, wojna polsko-sowiecka 1920 roku czy napaść na Polskę 17 września 1939 roku uruchamiała cenzorskie nożyce. Nie wolno było pisać o budowie kościołów, katastrofach górniczych czy kupowaniu przez polskie firmy zachodnich licencji. Jest oczywiste, dlaczego było to dla władzy niewygodne. Ale jak wyjaśnić zakaz podawania wielkości zbiorów ziemniaków? Okazuje się, że ze strachu przed wielkim bratem w Moskwie. Władze PRL nie chciały sprzedawać tam ziemniaków i tłumaczyły się niskimi plonami.

Władze cenzurowały także zaproszenia ślubne, instrukcje obsługi maszyn, formularze, znaczki pocztowe i stemple. W 1975 roku zrezygnowano z cenzurowania niektórych druków, ale wprowadzono... cenzurę utworów mimicznych.

Miłosz na czarnej liście


Władza nie znosiła niezależnie myślących. Nie zawsze zamykała ich w więzieniu wystarczyło przekazać cenzorom, by nic co dana osoba napisała nie ukazało się drukiem. W 1976 roku na czarnej liście byli, m.in. Zbigniew Herbert, Wojciech Młynarski, Stanisław Tym, Jerzy Waldorff, Stefan Kisielewski, Czesław Miłosz. Ten ostatni szczególnie się naraził, bo zamiast mieszkać w socjalistycznym raju i wysławiać go wybrał emigrację. Dopiero gdy dostał nobla Polacy dowiedzieli się jakiego mamy słynnego poetę.

Cenzura zajmowała się także tymi z wysokich władz partyjnych. Jedno z zaleceń dotyczyło Mariana Spychalskiego, przez pewien czas nawet przewodniczący Rady Państwa. Cenzorzy pilnowali, by nie ukazały się żadne życzenia imieninowe, co najwyżej wzmianki.

Areszt za wolność słowa


Dziennikarze starali się uśpić czujność cenzury. Hanna Krall pisała reportaż o cyrku i kończyła go zdaniem: dyrektor kieruje, a treser rządzi. Nikt nie miał wątpliwości, że jest to satyra na hasło partia kieruje, rząd rządzi.

Takie teksty stawały się bardzo popularne. Podczas stanu wojennego w „Dzienniku Bałtyckim” z 12 lutego 1982 roku ukazały się słowa: "WRONA SKONA". Cenzor nie zauważył, że początkowe litery akapitów felietonu Stanisława Danielewicza o płycie Amandy Lear układają w te słowa. WRONA to Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Władze dostały szału. Dziennikarz spędził 9 miesięcy i 13 dni w areszcie. Został uniewinniony, ale po wyjściu na wolność nie mógł znaleźć pracy. Za wolność słowa trzeba było płacić w PRL wysoką cenę.

Czasem dziennikarzy wyręczał chochlik drukarski. Zamiast konferencja sprawozdawcza, na pierwszej stronie pojawiała się konferencja srawozdawcza PZPR. Wtedy nudna gazeta partyjna miała wyjątkowo dużo czytelników.

Cenzorzy gdy popełnili błąd kończyli karierę. Bywało, że zatrudniali się w wydawnictwach. Te miały fachowców, którzy byli specjalistami w kontaktach z cenzorami. Szóstego czerwca 1990 roku urząd cenzorski przy ul. Mysiej w Warszawie przestał istnieć na mocy Ustawy o Likwidacji Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk. Cenzorzy stali się bezrobotni.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

niePOprawny
  • niePOprawny
  • 05.06.2011 16:31

Droga autorko. Zniknęły tylko urzędy cenzorskie,a cenzura przeniosła się do redakcji i trwa i ma się całkiem spoko-również w "W24". Rolę cenzorów pełnią teraz wydawcy. Może akurat pani tego nie dostrzega bo pisze pani "pod redakcję" ale gdyby próbowała się pani przypadkiem wychylić to by się pewnie zdziwiła.

Komentarz został ukrytyrozwiń

W większości całkiem sympatycznymi ludźmi, którzy po prostu wykonywali swoją pracę. Pamiętam jak niektórzy z naszych twórców się wypowiadali, że cenzorzy podpowiadali im jak to zrobić żeby ominąć przepisy i mieć z czym występować.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zadaję sobie pytanie, kim są ludzie, którzy pracowali cenzurze.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.