Facebook Google+ Twitter

7 dni w Polsce

Od ponad 3 lat mieszkam w Irlandii. Przed miesiącem wróciłem do Polski. Co prawda tylko na tydzień, ale zawsze. Poniżej - moja skromna relacja z tych "gorących" 7 dni...

Dzień pierwszy: funkcjonariusze bez wąsów i szalony kurs euro...

Wyleciałem z Cork liniami Centralwings, o 2 w nocy czasu irlandzkiego, przyleciałem do Krakowa o 6 rano - czasu polskiego. Na lotnisku spotkałem znajoma Irlandkę z pracy - leciała do Krakowa na parę dni wraz z mama - i jej przyjaciółką, coby przepuścić trochę euro.

Miałem zamiar kupić, jak zwykle, parę upominków w sklepie na lotnisku (ze szczególnym uwzględnieniem irlandzkiej whiskey), niestety - sklep był już zamknięty. Czyżby uznano, ze Polacy (o tej godzinie jest tylko jeden lot - do Krakowa) nie są dobrymi klientami? Nie wiem... Za to otwarty był bar m.in. z "pifkiem", z czego cześć naszych rodaków skwapliwie skorzystała. Efektem tego były niekończące sie pielgrzymki do toalety - już w trakcie lotu.

Wcześniej - odprawa. Zapomniałem wyjąć kluczy z kieszeni, bramka "zapiszczała"- wiec musiałem oprócz kluczy wyjąć tez pasek ze spodni i poddać sie pobieżnej kontroli osobistej. I tak dobrze, ze mnie w skarpetkach nie puścili, jak to poprzednio ciągle robili w Krakowie... Sam lot bez większych atrakcji. W samolocie komplet pasażerów - i - gorąco, każdy wysiadał mokry...

Odprawa paszportowa na lotnisku w Krakowie bardzo mile mnie zaskoczyła: jak być może część czytelników pamięta, podczas poprzednich moich wizyt niemal do szału doprowadzali mnie umundurowani i uzbrojeni wąsaci funkcjonariusze. Teraz - zobaczyłem ze chyba idzie nowe. Raz, ze nie mieli wąsów, a dwa - że swoje zgniłozielone mundurki zastąpili białymi koszulami z czymś tam na pagonach. I - najważniejsze - chociaż jeszcze przy sprawdzaniu paszportu nie używają słów: "proszę" i "dziękuje", ale już przynajmniej - nie patrzą spode łba, jak to bywało poprzednio. A może po prostu tak udało mi sie trafić?
Zobaczymy - przy wylocie...

Żeby nie było tak miło: w kantorze na krakowskim lotnisku wymieniłem 50 euro. Na taksówkę, i takie tam - pierwsze wydatki. Najpierw - odczekałem swoje, bo, jak głosiła kartka - trwało "liczenie pieniędzy" (pan liczył, pani sie zachwycała swoim płaszczykiem). Kiedy zrobiła sie już za mną spora kolejka, pan zaszczycił mnie spojrzeniem i wymienił mi rzeczone euro po... 3,28 zł za sztukę Normalny, dzisiejszy kurs w kantorach to ok. 3,75. Żeby było zabawniej, w ogóle nie dostrzegłem tablicy z kursem walut. Była na pewno, tylko pewnie w takim, nie rzucającym sie w oczy - miejscu... Toteż - uważajcie na lotniskowe kantory.

Później: taksówka do domu, szybki prysznic - i ruszam na miasto. Wsiadam do autobusu, który wkrótce po ruszeniu staje z powodu... awarii. Wysiadamy. Mijają nas dwa autobusy, żaden sie nie zatrzymuje: pierwszemu wyświetla sie na przedniej szybie napis: "Wyjazd na linię", a drugiemu: "Zjazd do zajezdni". Mój autobus, po wyświetleniu napisu "Awaria" - ruszył dziarsko zaraz po opuszczeniu przez niego ostatniego pasażera. Poszedłem na tramwaj...

W sumie - dzień sie dopiero zaczął ;-)


Dzień drugi: dużo pracy, mało płacy...

O tym, ze w Polsce jest już sporo ofert pracy, pisałem przy okazji relacji z mojej poprzedniej wizyty w Polsce w kwietniu b.r. W sumie od tamtego czasu - praktycznie nic sie nie zmieniło. Pracy jest sporo - ale płace nadal bardzo niskie...

Na co drugim sklepie w centrum Krakowa wiszą ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników W lokalnych gazetach również mnóstwo ofert, niektóre nawet - są dość interesujące. Niestety, przeciętne place są nadal mizerne.

Pomijam fakt, ze zdecydowana większość pracodawców w Polsce nie podaje w swoich ogłoszeniach wynagrodzenia. Nie rozumiem, dlaczego? Wstydzą sie? Szkoda, bo zaoszczędziło by to sporo czasu i poszukującym pracy - i im samym. Popytałem tu i owdzie o zarobki. Owszem, nieznacznie wzrosły: tak od 100 do 200 zł na miesiąc. Przy czym ceny - wzrosły jeszcze bardziej...

Spójrzmy prawdzie w oczy: ceny w Polsce już dorównały cenom na Wyspach. Szczególnie żywność - jest po prostu droga (jeżeli chce sie jeść normalnie, a nie tylko i wyłącznie "białe Tesco"). Tańsze w Polsce są ciągle jedynie gorzała - i papierosy. Nie palę, a co do polskiej wódki - to w ciągu ostatnich 3 lat podniebienie zrobiło mi sie bardziej delikatne... No cóż, w końcu - nie przyjechałem do Polski, żeby oszczędzać.

Reasumując: ceny wzrosły, płace - stoją w miejscu. I nie zanosi sie, żeby te ostatnie miały w najbliższej przyszłości wzrosnąć..


Dzień trzeci: wyjeżdżają najzdolniejsi Polacy...

Z uwagi na permanentną kampanię wyborcza - nie włączam telewizora. Gdybym to zrobił, to pewnie od razu zmieniłbym datę wylotu na znacznie wcześniejsza. Wystarcza mi billboardy które widzę na mieście, a z których to wyzierają cyniczne twarze polskich polityków. Wybory co prawda nowe, ale wybór od lat - ten sam, niestety...

Kupiłem za to parę lokalnych, krakowskich, polskojęzycznych gazet (dlatego "polskojęzycznych", ponieważ w sytuacji gdy większość "polskiej" prasy należy do nie-polskich koncernów wydawniczych, używanie słowa "polska prasa" jest co najmniej nadużyciem. Okazuje sie, ze prawdziwie polska prasa jest w tej chwili wydawana chyba tylko za granicą...).

No ale, wracając: praktycznie w każdej z tych polskojęzycznych lokalnych gazet krakowskich - jest coś o emigracji. W zasadzie - nic nowego: że emigracja jest, że rośnie, że fachowcy powyjeżdżali, że trzeba będzie ściągać do pracy Chińczyków (zapewnienie bacząc na kary, jakie w takim przypadku UE obłoży Polskę, kraj o jednym z najwyższych wskaźników bezrobocia w Europie). Oczywiście, nikt z tym nie zamierza nic zrobić, każdy tylko mówi ze "coś" należy z tym zrobić, i na tym sie (s)kończy.

W sumie rzecz nawet nie warta wspominania, gdyby nie tekst na jaki natrafiłem w "Gazecie Krakowskiej" (nr 220 z 20.09.2007). Otóż w utrzymanym w alarmującym tonie artykule pt.: "Zachód kradnie geniuszy z Krakowa" autorstwa Katarzyny Kachel, czytamy m.in.(skróty w tekście pochodzą ode mnie):

"Uczelnie z Anglii, Francji, USA, Belgii i Danii potrafią sprzątnąć nam sprzed nosa najlepszych licealistów. Dają im stypendia naukowe, socjalne i obiecują dobrą pracę. Olimpijczycy i zwycięzcy międzynarodowych konkursów zamiast błyszczeć w polskich uczelniach, jadą za granicę. – Jest ich coraz więcej – oceniają dyrektorzy krakowskich prestiżowych liceów, do których trafiają przedstawiciele europejskich i amerykańskich szkół wyższych. Najczęściej zarzucają sieci na geniuszy matematycznych i fizycznych. (...) Trudno się oprzeć takim ofertom. Tym bardziej, że innych, równie atrakcyjnych, nie mają. W Krakowie programu dla utalentowanych uczniów brak. O najzdolniejszych absolwentów nie biją się żadne polskie uniwersytety czy akademie. – Za granicą od razu dają im stypendia socjalne, naukowe, stwarzają możliwości pracy naukowej – wymienia Marek Stępski, dyrektor II LO im. Sobieskiego w Krakowie.

W Polsce z geniuszami kłopot zawsze był – przyznaje Jerzy Lackowski, były kurator małopolskiej oświaty, dyrektor Studium Pedagogicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Źle były widziane klasy dla orłów i programy dla najzdolniejszych. Wszystko zawsze było uśredniane, a ci ponadprzeciętni musieli sobie sami radzić. (...) W polskich liceach zdolni uczniowie wciąż na niewiele mogą liczyć. Nie ma możliwości zorganizowania dla nich indywidualnego toku nauczania, bo brakuje na to pieniędzy. Podobnie jest na uczelniach: stypendia naukowe są żenująco niskie, trzeba się nagimnastykować i szukać pomocy w różnych fundacjach."


No cóż, pomijając nadużycie, jakim jest zastosowanie słowa "kradzież" - gdy mowa o godnych ofertach rozwoju dla wybitnie uzdolnionych Polaków jakie wysuwają zagraniczne uczelnie, w sytuacji gdy, ponownie cytuje: "W Krakowie programu dla utalentowanych uczniów brak. O najzdolniejszych absolwentów nie biją się żadne polskie uniwersytety czy akademie.(...)" - to ww. tekst jasno wskazuje, ze polski exodus trwa i obejmuje juz nie tylko zwykłych zjadaczy chleba jak niżej podpisany, ale i osoby szczególnie uzdolnione.

O ile w pierwszym przypadku co niektórzy pozwalają sobie na drwiny, ze wyjeżdżają "nieudacznicy", o tyle w drugim - cyniczne uwagi powinny ustąpić miejsca głębszym refleksjom. Oczywiście, nie liczę na taka refleksje u polskich polityków, bo ci, jak napisałem na wstępie, mają teraz ważniejsze dla siebie problemy...

I tak na koniec, w związku z tym exodusem nie tylko pospolitego polskiego ludu, ale i tego nie-pospolitego, z mała dedykacja dla polskich polityków, cytat z "Wesela" Stanisława Wyspiańskiego (które - nomen-omen - miało miejsce ponad 100 lat temu w podkrakowskich Bronowicach):

Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci sie ino sznur,
ostał ci sie ino sznur...


Dzień czwarty: polska bieda

W Polsce jest bieda. Oczywiście, nikt tutaj nie umiera z głodu. Niemniej - Polska jest krajem biednym...

Kraków, ul. Floriańska. Podchodzi do mnie młody człowiek i wręcza mi obrazek z Janem Pawłem II. Za chwilę, do kompletu, dokłada drugi - tym razem ze św. Krzysztofem. W tym czasie zasypuje mnie lawina słów z których wyłapuje, że jest biednym studentem i prosi mnie o wsparcie. Wyciągam z kieszeni garść drobnych, tak na oko z 10 zł. "Biedny student" patrzy, czy aby sie nie pomyliłem. Za chwilę szczęśliwy oddala sie szybko ode mnie, może z obawy - że się rozmyśle? Takich sytuacji w ciągu ostatnich paru dni miałem tutaj mnóstwo. Powie ktoś, to nie żebracy - tylko cwaniacy, trzepiący kasę na takich naiwniakach jak ja. Może tak, może nie... A raczej na pewno nie wszyscy żebrzący, których jest mnóstwo..

Tesco, ul. Kapelanka, Kraków. Na jednej z półek właśnie umieszczono przecenioną żywność. Natychmiast rusza w tym kierunku istny tłum. Przepychanie, kotłowanina. Jak za komuny we wczesnych latach 80-tych, kiedy rzucono do sklepu coś innego niż przysłowiowy ocet.

20.09. 2007: Krakow, ul. Dietla. Kolejka ludzi przed sklepem sprzedajacym odziez na wage. / Fot. Piotr Słotwiński
Kraków, ul. Dietla: czekając na tramwaj ze zdumieniem widzę kolejkę ludzi przed sklepem sprzedającym odzież na wagę.

"Gazeta w Krakowie" (lokalny dodatek do G.W.) pisze o głodnych dzieciach w szkole. Po artykule, na obiady dla nich składają sie czytelnicy gazety. Kwitną za to firmy udzielające "chwilówek" - ulotkami z ich reklamami jest obklejony każdy słup sygnalizacji świetlnej. Zresztą, co tu kryć, cały ten nasz "boom mieszkaniowy" powstaje na kredyt. Większe inwestycje - ze środków UE. Itd, itp...

W Polsce nie ma praktycznie rodziny, z której by ktoś z jej bliższych lub dalszych członków nie wyjechał do pracy za granice. Dzięki przesyłanym funtom i euro - udaje sie wiązać koniec z końcem. Oczywiście, są wyjątki. Są w Polsce osoby, które zarabiają godziwie, są tacy, których stać na zagraniczne wakacje. Zawsze byli. Ale nie ma ich zbyt wielu. Ludzie głosują nogami - masowo wyjeżdżając... Spotkałem sie ze znajomym, który był na Wyspie - i wrócił. Uwierzył w propagandę sukcesu. Owszem, ma prace. Ale, "powrót był błędem" - stwierdza. Teraz znowu chce wyjechać z Polski...

W Polsce jest praca. Ale przy "zachodnich" cenach - płace nadal są "wschodnie". Dopóki to sie nie zmieni, Polska będzie krajem biednym...


Dzień piąty: do Polski przyjeżdżają pracować... nieudacznicy?


Jak wspominałem, nie ma praktycznie dnia żeby chociaż w jednym z lokalnych krakowskich tytułów prasowych nie było czegokolwiek o emigracji... O, cytuje: "dramatycznej sytuacji na polskim rynku pracy" napisał na pierwszej stronie krakowski "Dziennik Polski" (nr 229 z 01.10.2007).

W artykule pt.: "Obcy pilnie potrzebni", Włodzimierz Knap pisze m.in.:

"Cos trzeba zrobić z dramatycznym brakiem rąk do pracy - alarmują pracodawcy i specjaliści rynku pracy. Rząd zastanawia sie nad zniesieniem barier w zatrudnianiu obcokrajowców, bo dotychczasowe rozwiązania nie zdały egzaminu. W Polsce pracuje dzisiaj od 700 tys. do 1,3 mln cudzoziemców, choć według oficjalnych danych jest ich nie więcej niż 20-30 tys. Tymczasem, wg szacunków Ministerstwa Pracy na czarno pracuje w Polsce od 750 tys. do 1 mln obywateli ukraińskich Jednak nawet taka armia nie wypełni luki po Polakach, którzy wyjechali z kraju w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy. (...) Prof. Krystyna Iglicka - Okólska z Ośrodka Badan nad Migracjami Europejskimi na Uniwersytecie Warszawskim przyznaje, ze Polska jest dzisiaj atrakcyjna
dla tych cudzoziemców, przede wszystkim Ukraińców, którym nie udało sie na Zachodzie. - Do nas trafiają z reguły ukraińskie opiekunki lub nisko wykwalifikowana siła robocza. Takie osoby nie są i nie mogą być istotnym wzmocnieniem dla rodzimej gospodarki. Smutne to, ale nawet Czeczeńcy szukają ziemi obiecanej poza Polska, mimo ze jesteśmy przecież w UE - mówi prof. Krystyna Iglicka - Okólska.

Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha, boleje nad tym, ze z Polski - jak mówi - wyjeżdzają najczesciej świetni fachowcy, młodzi, zaradni i dobrze wykształceni ludzie, po prostu kwiat naszego społeczeństwa - Tymczasem w naszym kraju w większości znajdują prace cudzoziemcy, którzy nie byli w stanie znaleźć pracy nie tylko w krajach zachodnich, ale nie sprostali nawet wymaganiom stawianym przez czeskich czy rosyjskich pracodawców.

W ostatnich trzech latach Polskę w poszukiwaniu zatrudnienia opuściło około 1,5 mln osób. Ich wyjazd spowodował, ze sytuacja na rynku pracy jest dramatyczna, a będzie jeszcze gorsza, ponieważ fala emigracji przybiera na sile."


Tyle cytatów z "Dziennika Polskiego". Mnie zastanawia, jak to jest, że w Polsce - wg. cytuje: "szacunków Ministerstwa Pracy na czarno pracuje w Polsce od 750 tys. do 1 mln obywateli ukraińskich"? I co? Czy ktoś ich ściga, każe płacić podatki czy składki ZUS - jak to jest w przypadku rodowitych mieszkańców kraju nad Wisłą? Czy Ministerstwo Pracy oprócz tego, ze wie o tej całej sytuacji - zamierza cokolwiek z tym zrobić?

Druga rzecz, która mnie zastanawia, to czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że dopóki w Polsce przy europejskich cenach będą wschodnie płace, dopóty Polacy będą wyjeżdżać?

Nie wiem czy państwo wiedzą, że polski rząd coś ze 2 miesiące temu wydelegował do Irlandii swoich przedstawicieli, którzy mieli za zadanie spotkać sie z przedstawicielami polskich organizacji polonijnych, aby ich zapytać - "co należałoby zrobić, żeby Polacy wrócili do Polski?". Ot, takie pytanie... Ktoś wziął za to kasę, przeleciał sie na Wyspę na koszt polskich podatników, przy okazji najadł i napił, gdy tymczasem wystarczyło zadać to pytanie na pierwszym z brzegu w miarę popularnym polonijnym forum dyskusyjnym, aby otrzymać jasne odpowiedzi. Szybko, konkretnie - i za darmo...


Dzień szósty: drogi polski chleb...


Dzisiaj wybrałem sie do Tesco, przy okazji porównując ceny rożnych produktów, ponieważ od dawna uważam, ze ceny żywności w Polsce są już na poziomie "europejskim", często zresztą ten poziom znacznie przekraczając, przy ciągle "wschodnich" płacach...

Zerknąłem przede wszystkim na ceny chleba, bo o cenie i smaku chleba najczęściej dyskutują nasi rodacy w Irlandii... O ile smak jest sprawa dyskusyjna, o tyle ceny można poddać porównaniu. No i proszę: najtańszy, tescowy krojony chleb kosztuje w Polsce (hipermarket "Tesco", ul Kapelanka, Kraków)... 1,79 zł. Z kolei najtańszy krojony tescowy chleb w Irlandii (hipermarket "Tesco", Paul Street, Cork), kosztuje... 35 centów..

A wiec - choćbyście nie wiem po ile liczyli euro - i tak wyjdzie na to, ze, taniej jest... w Irlandii. Podobnie jest zresztą z cenami innych produktów spożywczych.. Dodatkowo można policzyć, ile możemy kupić produktów za godzinę pracy w Irlandii - a ile - za godzinę pracy w Polsce. I wtedy wyjdzie nam czarno na białym, gdzie jest tanio, a gdzie drogo...

Ale i to jeszcze nie wszystko. Pamiętam, ze tuz przed moim wyjazdem do Irlandii - w czerwcu 2004 roku - najtańszy tescowy chleb kosztował w granicach 70-80 groszy. Czyli przez te 3 lata - podrożał 2-krotnie...

A płace? Jeżeli nawet wzrosły, to o - dosłownie - parę procent...


Dzień siódmy: z powrotem na Zielonej Wyspie ;-)

Znowu jestem w Cork. Sam powrót przebiegł bez większych ekscesów. Z małych humoresek: na lotnisku w Krakowie - gdy tylko przekroczyłem jego próg - podbiegł do mnie człowiek z którym pracowałem w poprzedniej firmie (w Irlandii, rzecz jasna), a który - traf chciał, tym samym lotem również leciał do Cork. Był to pan w średnim wieku, kompletnie bez znajomości języka, za to dość meczący dla otoczenia, na którym bez przerwy wymuszał świadczenie na swoja rzecz mniej lub bardziej drobnych usług. Kiedy mnie zobaczył od razu wiedziałem, ze coś będzie ode mnie chciał. No i - nie pomyliłem sie.

- Panie, nie masz pan przypadkiem za mało bagażu? - zaczął
- Ze co? - wymamrotałem kompletnie zaskoczony
- No bo ja mam nadbagaż, wiec jakbyś pan miał niedobagaż, to byś pan wziął coś ode mnie - ciągnął tenże mój "znajomy"
- Nnnnooo, wydaje mi sie, ze ja mam ten sam problem - rozpocząłem rozpaczliwą obronę
- A co pan żeś nakupił? - zainteresował sie mój rozmówca
- Książki - odparłem zgodnie z prawda
- ??? ... a... "książki"? - tutaj mój rozmówca puszcza do mnie porozumiewawczo "oko" jednocześnie kantem dłoni stukając sie w szyje.
- Nie, nie takie "książki" w płynie i z procentami - wyprowadzam go z błędu. Takie papierowe, do czytania.
- Panie, coś pan? Poważnie? Idzie na tym zarobić? - drąży temat coraz bardziej zdziwiony
- Nie kupiłem ich na sprzedaż. Kupiłem je dla siebie. Do czytania - powtarzam.
- Acha... - w oczach mego interlokutora widzę gwałtowny spadek resztek szacunku, jakim mnie darzył od chwili, gdy kiedyś zadzwoniłem w jego imieniu do agencji pracy i pomogłem mu w tłumaczeniu rozmowy w banku.
- No właśnie - definitywnie kończę rozmowę wyciągając komórkę pod pozorem pilnej rozmowy.

No cóż, ludzie są dziwni prawda? Książki wożą, zamiast papierosów i gorzały... Ale żeby nie było - "Żubrówkę" tez nabyłem, tyle ze już w sklepie na lotnisku.

A na samym lotnisku, podczas odprawy - doznałem dwóch kolejnych miłych "zaskoczeń": po raz pierwszy przy przechodzeniu przez bramkę nie musiałem ściągać butów i wyciągać paska ze spodni, co do tej pory zawsze przy odprawie w Krakowie było stałym rytuałem - i - nie uwierzycie Państwo - przy odprawie paszportowej polski funkcjonariusz oddając mi paszport po długim i wnikliwym studiowaniu podobieństwa mojej fizjonomii do zdjęcia w moim paszporcie, powiedział... "dziękuję". Byłem pod wrażeniem :-) Chyba naprawdę coś sie zaczyna zmieniać..

Zaczyna sie zmieniać, i owszem. Ale z cała pewnością jeszcze nie na tyle, żeby poważnie myśleć o powrocie - to tak uprzedzając ewentualne pytania czytelników...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (10):

Sortuj komentarze:

Coś widzę, że trzeba złapać ołówek do łapy i zapisać te otatnie 12 dni w Polsce .
Jakby nie było ponad 26 lat poza Polską zobowiązuje do reminiscencji.

Komentarz został ukrytyrozwiń

@sparker: zachowuj sie chlopaku. Jestes na porzadnej witrynie, a nie na lawce przed trzepakiem na swoim osiedlu czy wrecz przed sklepem monopolowym w swojej wsi.

Nikogo nie obrazalem, wiec prosze o wzajemnosc. No, chyba ze od co poniektorych - to zbyt wiele. Ich typowo plebejska natura nie da im spokoju, gdy chociaz raz dziennie nie nasamaruja cos komus. Na klatce schodowej juz pewnie braklo miejsca...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Wyznania nuworysza z bogatego kraju. Wstrząsnął nim sklep typu "tani ciuszek". Faktycznie praca na saksach szkodzi na maksa. Dobre na powieść-strumień...

Komentarz został ukrytyrozwiń

bardzo ciekawa relacja Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Pomimo dłużyzn i niepotrzebnych wtrąceń opisany temat jest na rzeczy.(+)

Komentarz został ukrytyrozwiń

@ossad "Rozumiem - terapia, bo w Irlandii tak naprawdę trudno wytrzymać: lato nijakie, zima ni pies ni wydra."

W zadnym wypadku. W Irlandii czuje sie swietnie. Autentycznie. Nie znosze zimy, za upałami tez nie przepadam, a w dodatku - jestem alergikiem, wiec taki "nadoceaniczny" klimat dobrze mi sluzy ;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

strasznie dużo literówek jest/brak znaków diakrytycznych/, pewnie w redakcji też nie chciało się komuś czytać;]
zgadzam się z ossadem, tekst przegadany. Dobry tekst, to lapidarny i treściwy tekst.
i np. co ma do rzeczy fakt, że wziąłeś prysznic?
ja rozumiem, że nie każdy jest Czechowem i kiedy zamieści w I akcie dwururkę to w III ona wystrzeli, ale po co mnozyć byty, jeśli one niczemu nie służą?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie, ale czytam pierwsze zdanie, czytam ostatnie i wiem, że cała reszta ma na celu budować tezę na końcu artykułu, która do mnie w ogóle nie przemawia. Rozumiem - terapia, bo w Irlandii tak naprawdę trudno wytrzymać: lato nijakie, zima ni pies ni wydra. Ale niechże Pan jakoś zachęca czytelnika, bo tu jest bariera nie do przejścia bez gorzały. Skrócić o 6/7 i poczytamy...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Czyzbysmy naprawde zyli w erze komiksu?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niestety, Minimum 2 Gorzały potrzeba, żeby przebrnąć przez ten tekst. Tym samym od razu rezygnuję. Za długie!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.