
Od entuzjazmu zagorzałych "allenowców", poprzez wstrzemięźliwość w pochwałach i krytyce, do wyrazu skrajnego niezadowolenia z najnowszego dokonania niegdysiejszego męża Mii Farrow.
Mnie się podoba wszystko, co nakręci Allen. Jedne filmy są oczywiście słabsze, inne lepsze, ale lubię to, co je wszystkie łączy, i komedie, i dramaty: mianowicie pozorny rozziew między traktowaniem życia, świata, ludzi, siebie na poważnie a dystansem do tych wszystkich wymienionych spraw. Jest zawsze o sprawach istotnych, ale zawsze w sposób strącający te pomnikowe problemy z piedestału. Wychodzi albo śmiesznie według zamierzeń reżysera, albo dramatycznie, ale nawet, jeśli dramatycznie, to i tak bywa komicznie. Na tym polega niepodrabialny urok filmów Allena.
"Sen Kasandry" jest drugim po „Wszystko gra” dramatem nakręconym nie na Manhattanie, lecz w Londynie. Znowu jest o kwestii zbrodni, winy i kary, czyli o sprawach, które nas, przeciętnych poczciwców nie dotyczą.
Ale Allen pokazuje, że takie nasze błogie o tym przekonanie jest mylne, nieprawdziwe. Jakby chciał mówić za Szymborską, że tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Bohaterowie tego filmu dwaj bracia Terry (mój ulubiony, tu znakomity Colin Farrell) i Ian (Ewan McGregor) też są poczciwcami, są zwyczajni. Co prawda jeden jest nałogowym hazardzistą a drugi blagierem, który uaktywnia się szczególnie wobec pięknych kobiet z pańskimi zachciankami, ale zasadniczo tymi poczciwcami są, a przynajmniej tak im się do pewnego momentu wydaje, tak jak każdemu z nas zresztą.
Nadchodzi jednak moment, kiedy piętrzą się im problemy, jeden popada w niebotyczne długi, drugi nakłamał nowej ukochanej o imponujących inwestycjach, podczas gdy na co dzień sprawuje funkcje pomagacza w rodzinnym, kulejącym interesie restauracyjnym. Nagle pojawia się charakterystyczna dla filmów Allena figura, niczym deus ex machina, tu bogaty wujek z Ameryki, który czasem wspomaga siostrzeńców drobną pomocą. Tym razem jednak wobec ich wygórowanych oczekiwań finansowych on też zwraca się do nich z prośbą o przysługę za przysługę. Bracia dostają zlecenie na zamordowanie człowieka, który zagraża interesom wujka.
Zawiedzie się oczywiście ten, kto będzie szukał w tym filmie nadętej powagi rodem ze „Zbrodni i kary” Dostojewskiego, kto będzie oczekiwał napłynięcia nań z ekranu miazmatów zgnilizny moralnej bohaterów. Bo przygotowujący zbrodnię bracia są w tym działaniu tragicznie śmieszni. Całe ich miotanie się z problemem zabicia bogu ducha winnego człowieka nie jest pełne grozy i złowieszczej ciszy, jest śmieszne. I to jest właśnie najgorsze.
Pomysł zabicia człowieka jest nie tylko niewiarygodnie śmieszny, ale głupi zarazem. Bohater pyta drugiego, jak szybko będzie w stanie wystrugać(!) pistolety do zabicia niewygodnego wspólnika mitycznego wuja. Zlecenie zbrodni odbywa się w charakterystycznej aurze absurdu, w strugach deszczu pod wierzbą. Wujek do tego gestykuluje i szybko mówi jak Allen grający w swoich filmach. W kluczowych momentach „Sen Kasandry” przypomina mi działania bohaterów „Tajemnicy morderstwa na Manhattanie” z Diane Keaton i W. Allenem, ten sam powiew absurdu wobec problemu zbrodni.
Ostatecznie bracia zlecenie wykonują, nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał i wydawałoby się, że wszystko będzie dobrze, ale dobrze nie jest. Każdego z braci ogarniają inne emocje w związku z tym, co zrobili, a czego robić nie musieli. Jeden przechodzi nad tym do porządku dziennego i jak twierdzi patrzy w przyszłość, drugi popada w szaleństwo.
Śmieszne i straszne są ich dialogi na temat tego, co zrobili, emocji z tym związanych. Są koturnowe jak z greckich tragedii, zupełnie nie licują z ich codziennością, wykształceniem, sposobem , w jaki są w stanie opisywać świat i emocje. Znać w tym fascynacje Allena grecką tragedią firmowana przez Eurypidesa. Często zresztą ten motyw przewija się w filmach nowojorskiego reżysera.
Kiedy wychodzę z kina zawsze odpytuję siebie czy czas spędzony na oglądaniu jakiegoś filmu był stracony czy też mnie jakoś uposażył. Mogę powiedzieć, że czas poświęcony temu filmowi stracony na pewno nie był. W momentach śmiechu powiało grozą. Głównie na skutek niewiedzy na temat spraw podstawowych, najważniejszych, własnych możliwości, własnych granic, ich przekraczalności. I oczywiście odwieczne pytania, czy warunki na tyle kształtują człowieka, że jest gotów on na zdeptanie wszystkiego, w co dotąd wierzył i co uważał za słuszne i niepodważalne, jak choćby zasadę o nietykalności cudzego życia.
Boję się takich pytań, boję się weryfikacji odpowiedzi na nie jeszcze bardziej i Allen w lekkostrawny, momentami zabawny, momentami dramatyczny sposób to widzowi uświadamia.