Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

56598 miejsce

A może jednak: Green Carnation "Light of day, day of darkness"

„A może jednak” to cykl artykułów poświęconych mało znanym w Polsce oraz często niedocenianym płytom i wykonawcom. Celem tych materiałów jest wspieranie dobrej muzyki, której mimo niekoniecznie wielkiej popularności, również warto słuchać.

Okładka płyty / Fot. Green carnationDrugi album norweskiej grupy Green Carnation zatytułowany “Light of day, day of darkness” (wydany w 2001 r.) stanowi jeden z najbardziej niebywałych dokonań metalu progresywnego. Jest to bardzo dobrze przemyślana, wielowarstwowa suita muzyczna, w której każdy fan gitary, basu i perkusji jest w stanie znaleźć coś dla siebie.

Jednym z najdziwniejszych aspektów tej płyty jest brak listy piosenek. W tym przypadku album i utwór są dokładnie tym samym. Całość zawiera się w jednej, trwającej ponad godzinę ścieżce audio. Nie ma żadnych części, aktów ani innych podziałów. Twórcy tej płyty bardzo poważnie podeszli do idei koncept albumu. Tak jakby chcieli nam powiedzieć: „Słuchajcie płyty w całości albo nie słuchajcie w ogóle. Nie ma przeskakiwania!”.

„Light of day...” jest najdłuższą piosenką, jaką kiedykolwiek słyszałem. Stworzenie czegoś takiego wydaje się być o wiele trudniejsze, niż nagranie konwencjonalnej płyty. Utwór musi być na tyle zwarty, żeby zachować poczucie jedności. Z drugiej strony powinien być na tyle zróżnicowany, aby nie okazać się nużącym. Uważam, że w przypadku „Light of day...” powyższe kryteria zostały spełnione. Poszczególne odcinki różnią się od siebie znacznie, jednak w każdym można usłyszeć jakiś wspólny mianownik. Przejścia między kolejnymi częściami są również bardzo płynne.

Muzyka na „Light of day…” najbardziej kojarzy mi się z doom metalem. Powolne i ciężkie gitary mieszają się tutaj ze sprytnie wkomponowanymi elementami symfonicznymi oraz często bardzo dziwnymi odgłosami i efektami. Początek płyty przypomina soundtrack jakiegoś (wyjątkowo strasznego) horroru, tworząc bardzo smutny i hipnotyczny klimat. W tej części najważniejszą rolę odgrywa powtarzana wiele razy krótka i melancholijna partia gitary, której nadano bardzo oryginalną barwę. Później dołączają kolejne instrumenty oraz męskie (w przeważającej mierze czyste) wokale. W 11. minucie pojawia się również gitara akustyczna. Około 32 minuty forma albumu ulega drastycznej zmianie. Natchnione kobiece wokalizy na tle niemrawo grającego saksofonu okazały się bardzo ciężkie do muzycznego „przełknięcia”. Nie przypadły również do gustu wielu fanom zespołu. Wyżej opisana część utworu po pewnym czasie łączy się z gitarą akustyczną, która potem przechodzi w elektryczną wracając do ustalonego wcześniej formatu. W kilku miejscach na płycie pojawiają się również bardzo ciekawe solówki gitarowe oraz krótkie solo basowe. Pod koniec albumu powracają znajome motywy przewijające się przez całą płytę w odrobinę innej aranżacji. Momentami można usłyszeć również odgłosy bawiących się dzieci. Podobno lider zespołu i główny kompozytor płyty Terje Vik Schei zadedykował ten album swojemu wtedy nowo narodzonemu synkowi.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.