Facebook Google+ Twitter

A wszystko przez lektury...

Feralne zadanie z testu gimnazjalnego wywołało burzę w całej Polsce. Uczniowie, nauczyciele i egzaminatorzy rzucają wzajemne oskarżenia. Może jednak warto zastanowić się, czy w ogóle musiało i powinno dojść do takiej sytuacji?

Katarzynie Hall, kierującej resortem edukacji, lektury będą się źle kojarzyć do końca życia. Jeszcze nie ucichły echa proponowanych, kontrowersyjnych zmian w kanonie lektur, a już mamy nową aferę. Niektórzy gimnazjaliści z płaczem kończyli egzamin z powodu... no właśnie, lektur. Lektur, których nie omówiono z nimi w szkole, a o które zapytali układający test członkowie Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. W dodatku nie wiadomo, czy mogli i powinni byli zapytać.

Gimnazjaliści przed egzaminem w Zespole Szkół im. Adama Mickiewicza w Lubiniu / Fot. Anna Marszewska http://www.flickr.com/photos/zslubin/2434047752/

Nierealne oczekiwania


Pozornie nie do końca wiadomo, kto jest winien. Tak naprawdę jednak ręce umywają ci, którzy ponoszą zdecydowanie największą odpowiedzialność – egzaminatorzy. To oni (a nie oskarżani teraz nauczyciele) zmienili dotychczasową konwencję egzaminu, niepotrzebnie siląc się na oryginalność. Tradycyjną rozprawkę zastąpili charakterystyką bohatera konkretnej lektury, którego uczniowie – ich zdaniem – powinni szczegółowo pamiętać.

Wydaje się, że CKE zupełnie nie wzięła pod uwagę realiów przygotowań do egzaminu gimnazjalnego. Uczniowie powtarzają wiadomości nie tylko z języka polskiego, ale i kilku innych przedmiotów. Matematyka, historia, geografia, zawsze pojawia się też kilka zadań z fizyki, biologii i chemii. Do tego dojdzie – od przyszłego roku – trzecia część z języka obcego. W tej sytuacji nikt nie ma czasu i energii, by na miesiąc przed testem dokładnie przypominać sobie treść wszystkich lektur omawianych na lekcjach.

Złamane standardy


Zwłaszcza jeśli nie ma podstaw, by oczekiwać zadań dotyczących tych utworów. A zarówno uczniowie, jak i nauczyciele nie spodziewali się ich przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, w poprzednich latach nikt nie sprawdzał znajomości tej czy innej lektury. Po drugie – co chyba istotniejsze – znajomość owych lektur nie zalicza się do standardów, na podstawie których układane są testy. Zgodnie z ich założeniami, uczniowie muszą umieć czytać i interpretować teksty kultury, wyszukiwać w nich informacje, a także „wypowiadać się na temat sytuacji problemowej przedstawionej w tekstach kultury” i budować „wypowiedzi poprawne pod względem językowym i stylistycznym w następujących formach: opis, opowiadanie, charakterystyka, (...)”. (źródło: standardy egzaminu gimnazjalnego CKE)

Kamienie na szaniec - jedna z lektur, których nieznajomość doprowadziła gimnazjalistów do płaczu / Fot. http://pl.wikipedia.org/wiki/Grafika:Knsz_bt.jpgAni wzmianki o znajomości lektur. Nietrudno zatem zauważyć, że CKE złamała własne standardy, układając tegoroczny test. Nie można pochwalać, rzecz jasna, nauczycieli, którzy nie omówili istotnych książek. Jednak większość z nich nie zostawiłaby ich bez analizy, gdyby tylko wiedziała, że pytania ich dotyczące mogą pojawić się na teście. Członkowie CKE chyba nie zdają sobie sprawy, że w niemal wszystkich gimnazjach lekcje prowadzi się „pod egzaminy”. W każdym tygodniu uczniowie słyszą raz po raz: „Zwróćcie na to uwagę, to może być na teście” albo „Poświęcimy temu więcej czasu, coś takiego może pojawić się na egzaminie”. A ponieważ lektury dotąd się nie pojawiały, trudno mieć pretensje, że nauczyciele nie podporządkowywali im całego programu, traktując je nieco marginalnie.

Wystarczyło zresztą nieco inaczej sformułować nieszczęsne zadanie 32., by całej afery uniknąć. Czy nie mogło brzmieć na przykład tak: „Napisz charakterystykę wybranego bohatera z ulubionej książki/lektury”? Przed dwoma laty, gdy sam przystępowałem do testu, sugerowano w poleceniu, abyśmy odwołali się (w rozprawce na temat śmiechu) do dowolnych dzieł literackich i filmowych. Jakoś nikomu to nie przeszkadzało, a pozwalało ocenić, czy uczeń potrafi napisać wypracowanie w narzuconej formie, odnosząc się do konkretnych przykładów.

Warto podkreślić, że tegoroczne łzy po egzaminie to nie tylko łzy gimnazjalistów, których nauczyciele nie omówili dwóch feralnych lektur. To również – jak przypuszczam – łzy tych, którzy owszem, analizowali „Kamienie na szaniec” i „Syzyfowe prace”, ale na przykład w pierwszej klasie. Czy po dwóch latach nauki mogli pamiętać bohaterów na tyle szczegółowo, by opisać ich w obszernej charakterystyce?

W przykładowym wypracowaniu podanym przez CKE w kluczu odpowiedzi czytamy o jednej z postaci z „Syzyfowych prac”: „Pochodził on ze zubożałej rodziny szlacheckiej. (...) Rodzice opiekowali się synem i troszczyli o jego przyszłość, ale nie mogli zapewnić mu korepetytora, ponieważ nie było ich na to stać. Toteż gdy Marcin skończył osiem lat, opuścił rodzinny dom, aby kształcić się najpierw w Owczarach, a później w Klerykowie”. Proponuję teraz, by wszyscy czytający ten tekst przypomnieli sobie pierwszą lepszą książkę przeczytaną 2-3 lata temu. Czy pamiętacie takie detale, czy potrafilibyście napisać tak szczegółową charakterystykę któregoś z bohaterów? Oczywiście, że nie! To totalny absurd, stawiający dodatkowo w uprzywilejowanej sytuacji uczniów, którzy mieli to szczęście, że którąś z dwóch wybranych lektur omówili tuż przed egzaminem.

Na widok zadania nr 32 niektórym uczniom zrzedły miny / Fot. Anna Marszewska http://www.flickr.com/photos/zslubin/2434075940/

Powtarzać, nie powtarzać?


Niestety, mleko się rozlało i nie ma co nad nim dłużej płakać. Zamiast tego trzeba szybko znaleźć rozwiązanie, które pozwoli wybrnąć z trudnej sytuacji. Jakby nie patrzeć, spora część uczniów straciła punkty dlatego, że nie znała lub nie pamiętała szczegółowo informacji, których bezpodstawnie – bo wbrew standardom egzaminacyjnym – wymagali egzaminatorzy. Tym bardziej denerwują mnie słowa Marka Legutki, dyrektora CKE, który udaje, że nic złego się nie stało. Chyba zapomniał, że pokrzywdzeni uczniowie mogą się nie dostać do wymarzonych szkół, trafią do gorszych placówek, gdzie rówieśnicy o niższym poziomie intelektualnym będą ich szykanować i wyśmiewać – tylko dlatego, że się wyróżniają. I dlatego, że nie przeczytali dwóch książek. Takie zbicie niskiego towarzystwa z wysokim jest zawsze niezwykle niebezpieczne.

Co zatem robić? Powtórzyć cały egzamin? Raczej niewykonalne. Unieważnić nieszczęsne zadanie 32? Dyskryminacja uczniów, którzy piszą wypracowania lepiej niż pozostali. Powtórzyć jedno tylko zadanie dla pokrzywdzonych uczniów? Wszyscy przygotują się tylko do niego i napiszą lepiej, niż napisaliby normalnie. Nic nie robić? Nonsens.

Najlepszym ze złych pomysłów (innych nie ma) wydaje się propozycja Ireny Dzierzgowskiej, byłej wiceminister edukacji. Powtórzyć cały egzamin dla uczniów, którzy nie analizowali „Kamieni na szaniec” oraz „Syzyfowych prac”. Oczywiście, pozostaje kwestia tych, którzy omówili, ale dużo wcześniej i niewiele pamiętali. W tym przypadku trudno byłoby jednak określić, kto może przystąpić do egzaminu raz jeszcze, a kto nie.

Nie ma wątpliwości, że aferę wywołała Centralna Komisje Egzaminacyjna. To ona wymagała od gimnazjalistów więcej, niż od maturzystów (na maturze z polskiego pisze się wypracowanie na podstawie podanych fragmentów tekstu, choć oczywiście znajomość całego utworu się przydaje). Powinna więc teraz zrehabilitować się i określić, czym tak naprawdę jest egzamin na koniec gimnazjum. Czy jest testem sprawdzającym umiejętności i kompetencje, czy też egzaminem z teorii i znajomości tekstów literackich. Do tej pory mówiło się, że tym pierwszym. A jeśli mimo wszystko tym drugim, CKE musi ogłosić to jasno, również w swoich standardach egzaminacyjnych, które w tym roku ewidentnie złamała. Inaczej za rok czeka nas powtórka z rozrywki. Tyle że wtedy mogą już polecieć głowy – i to nie nauczycieli, ale samych członków CKE.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Sewerynie, niestety trafiłeś z "Dżumą" marnie, ponieważ lubię tę lekturę i niedawno do niej wróciłem. I teraz przypominając sobie przeczytane w szkole inne książki, wydaje mi się, że o każdej po większym lub mniejszym wysiłku intelektualnym potrafiłbym coś powiedzieć.
Zdaję sobie sprawę, że Polacy uczą się wiedzy, a nie umiejętności, co jest tak często wytykane, a obecnie nawet podejmuje się próby odwracania tej zależności. Ale nie jest to zasada dla mnie przekonująca. Powiem szczerze (zabrzmi to nieco nieskromnie) uważam, że moje pokolenie i wcześniejsze wie dużo więcej i zdobyło wiele przydatnych umiejętności; dzięki szkole i nie tylko. Obecnie z wiedzą jest marnie (obyśmy tylko nie doszli do poziomu USA, gdzie najlepsi studenci nie potrafią np. podać daty odkrycia Ameryki).

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zasada jest prosta - to dorośli wymyślają dzieciom zasady i to dorośli powinni być konsekwentni.
Jeśli nie stosują się do własnych zasad, to pretensje mogą mieć tylko do siebie.

Akurat "Syzyfowe prace" to jedna z lektur, z którą najtrudniej do współczesnych dzieci dotrzeć. To by oczywiście było możliwe, gdyby na poruszane tam problemy było więcej czasu, gdyby dało się je porównać do współczesności, porozmawiać, podyskutować. Ale na to nie ma czasu, bo programy są przeładowane. Od polskiej szkoły wymaga się ilości (co z tego, że fikcyjnej, chwilowej), nie jakości.

Polacy niestety mylą szkołę z "zakuć, zdać, zapomnieć".
Gorzej wychodzi czytanie ze zrozumieniem i pisanie z sensem.

Gdyby materiał w polskich szkołach składał się faktycznie z rzeczy przydatnych, a nie z zalewu informacji, których spora część ma wartość przysłowiowej książki telefonicznej do zakucia i zapomnienia, to może nie byłoby tego problemu. Polskie dzieci uczą się mnóstwa skomplikowanych kwestii, na chwilkę, żeby potem nawet tych podstawowych nie pamiętać.

I drobna uwaga na koniec:
Czy tylko mi wydaje się, że egzaminatorzy zastosowali tu ułatwienie dla dorosłych? W końcu łatwiej się przygotować z jednej lektury niż ocenić to, co napisały dzieci o różnych, wybranych przez siebie, postaciach.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Drugi - za mądrze i perfekcyjnie napisany artykuł. :-) Masz nauczycieli w rodzinie?

I nowości:
http://www.gazetawyborcza.pl/1,75248,5159702.html

Komentarz został ukrytyrozwiń

Sewerynie, gdybym mogła, postawiłabym dwa plusy. :-)
Pierwszy - za "omawianie lektur".

Komentarz został ukrytyrozwiń

Oczywiście, każdy ma prawo do własnego zdania jeśli chodzi o kwestię tego, co wykształcony człowiek powinien wiedzieć, a czego nie musi... Nie twierdzę, że należy bazować tylko na tym, co jest w szkole (ba, twierdzę wręcz przeciwnie).

Jednak wymaganie, by pamiętać szczegółowo losy bohaterów wszystkich lektur, jakie się w życiu przeczytało, to już według mnie przesada. Piszesz, Macieju, że to takie same wiadomości jak odejmowanie i mnożenie. Myślę jednak, że działania matematyczne to wiedza równie podstawowa, jak odróżnienie czasownika od rzeczownika, zaś szczegółową znajomość lektur można - trzymając się podanego przez Ciebie przykładu matematyki - przyrównać do znajomości sinusa dowolnego kąta. Czy nie byłoby podstaw do pretensji, gdyby 16-letni gimnazjalista dostał na egzaminie zadanie typu: "Napisz, ile wynosi sinus kąta 71 stopni", albo z geografii: "Wypisz wszystkie ośrodki przemysłu metalurgicznego w Polsce"?

Oczywiście, jeśli egzaminatorzy się uprą, mogą tego wymagać. Tyle tylko, że z tego co wiem, Polacy i tak są specjalistami od ogromnej wiedzy teoretycznej i kompletnego braku umiejętności wykorzystania tych wiadomości w praktyce. Dlatego nie dajmy się zwariować i wymagajmy od gimnazjalistów raczej wiedzy przydatnej w życiu codziennym, a nie wykuwania na pamięć cech wszystkich bohaterów wszystkich lektur...

A jeśli to Cię nie przekonuje, Macieju, to proponuję krótki test: czytałeś może "Dżumę" Camusa? To spróbuj ot tak, teraz, napisać szczegółową charakterystykę jednego z bohaterów. Na dwie strony. Z głowy, bez zaglądania do czegokolwiek. Łatwe jak 2+2? Niekoniecznie, chyba że to jedna z Twoich ulubionych książek. A nie dla każdego gimnazjalisty "Syzyfowe prace" czy "Kamienie na szaniec" to fascynująca powieść. I moim zdaniem to właśnie oddaje meritum sprawy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Za moich czasów (jak to strasznie brzmi) nikt nie patrzył na to co było przerabiane w szkole, ponieważ i tak trzeba było samemu się uczyć do egzaminów wstępnych na studia; gdybym tego nie robił to np. z historii współczesnej niewiele bym wiedział, bo edukacja w liceum zakończyła się na II wojnie światowej.
Twoje słowa Sewerynie, że
"to również (...) łzy tych, którzy (...) analizowali „Kamienie na szaniec” i „Syzyfowe prace”, ale na przykład w pierwszej klasie. Czy po dwóch latach nauki mogli pamiętać bohaterów na tyle szczegółowo, by opisać ich w obszernej charakterystyce?"
brzmią bardzo śmiesznie i strasznie zarazem. Równie dobrze zwalnia to uczniów z wiedzy na temat dodawania i odejmowania, bo wątpię żeby ktoś to powtarzał po podstawówce.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.