Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

12742 miejsce

"Absolwent" XXI wieku. Po premierze w Teatrze Dramatycznym

Tajną bronią „Absolwenta” w Teatrze Dramatycznym jest Agnieszka Warchulska – co do tego, nie ma żadnych wątpliwości. Skradła show Krzysztofowi Brzazgoniowi, mimo że debiutant dobrze radzi sobie z rolą Bena. Lepiej nawet, niż niektórzy, debiut sceniczny mający za sobą już dość dawno. Mocną stroną spektaklu jest też świetna scenografia Jana Polivki.

 / Fot. Krzysztof Bieliński, Teatr DramatycznyAbsolwent” w Teatrze Dramatycznym należy do Agnieszki Warchulskiej. Jej Pani Robinson bezapelacyjnie skradła show bohaterowi tytułowemu, choć debiutant Krzysztof Brzazgoń dobrze radzi sobie z rolą Bena. Co prawda jest i łyżka dziegciu, bo o palpitację może przyprawić tempo spektaklu, rwane raz po raz i niektóre dialogi, ale warto sprawdzić na żywo, kim jest „absolwent” AD 2013.

„Absolwent” Jakuba Krofty nie jest diagnozą społeczeństwa, bo nie ma nią być. To spektakl o relacjach rodzinnych, o słabości młodych ludzi podatnych na konformizm, i o miłości, która może być jedyną szansą, by się całkiem w tym zwariowanej epoce nie pogubić. Bo mamy XXI wiek i Bena naszych czasów. Porównywanie spektaklu i postaci z powieścią Webba i kinowym hitem z Dustinem Hoffmanem w roli głównej nie ma sensu. Spektakl Krofty powstał na bazie adaptacji scenicznej napisanej przez Terry'ego Johnsona.

Ben Brzazgonia ma problemy emocjonalne, przeżywa spóźniony „bunt nastolatka” i irytuje swoją niedojrzałością! Ben, nie Brzazgoń! Nie ma w sobie nic z młodego-gniewnego, nie angażuje się w rozważania egzystencjalne, nie walczy z zakłamaną klasą średnią, która mało go tak naprawdę obchodzi. Jest dość płytki w gruncie rzeczy. Ale to niezgrabne duże dziecko, ubrane w piankę do nurkowania, czuje podświadomie, że powinno się zbuntować. Trudno powiedzieć czy chce, czuje, że powinno. Z jednej strony Beniamin ma dość ludzi z pokolenia swoich rodziców, z drugiej trochę szkoda mu rezygnować z wsparcia rodziny. Głównie finansowego. Atrakcyjna, dojrzała kobieta, jaką jest pani Robinson, to dla niego dar od losu. Wprowadzi go w przyjemniejszą sferę dorosłego życia i na jakiś czas przejmie odpowiedzialność za podejmowane decyzje. A potem nauczy co to znaczy być mężczyzną.

 / Fot. Krzysztof Bieliński, Teatr DramatycznyPrawdziwą aktorską kreację stworzyła w tym spektaklu Agnieszka Warchulska. Jej Pani Robinson uwiodłaby każdego mężczyznę. Jest świadomą swej kobiecości dojrzałą kobietą, niczym kot z myszą bawi się uczuciami młodego człowieka. Jest inna niż rodzice Bena, magnetyczna, z nieustannym ciepłym uśmiechem. Bywa kpiąca, ale cynizm i alkohol to broń kobiety skrzywdzonej. W pułapkę emocji wpada tylko dwa razy: gdy daje się sprowokować do rozmowy z Benem w hotelu i gdy dowiaduje się, że Ben spotka się z jej córką. Warchulska broni swojej bohaterki. Pani Robinson nie jest zazdrosna o Bena; choć uczucia macierzyńskie nie są jej najmocniejszą stroną wie, że naiwną Elain (Anna Szymańczyk) łatwo skrzywdzić i chce ją chronić.

Niestety, są i mankamenty w tym spektaklu: przegadane dialogi, a nawet całe sceny (vide: żenująca dodana do tekstu „etiuda” o zgubnych skutkach pijaństwa; inna sprawa, że nawet tu Agnieszka Warchulska radzi sobie doskonale) i w konsekwencji zaburzony rytm przedstawienia.

Jeśli chwilami warszawskiemu spektaklowi brakuje „pazura”, to na równi odpowiedzialni są za to: Jacek Poniedziałek, tłumacz sztuki, jak i Jakub Krofta, jej reżyser. Pierwszy, bo niezupełnie udało mu się zapowiadane odświeżenie tekstu, drugi, bo nie wziął solidnych nożyc, i nie wyciął połowy przegadanych dialogów, ratując tym samym tempo spektaklu.

Jacek Poniedziałek zapowiadał stworzenie „nieco odrębnego bytu, uzupełnionego o sceny, których nie było ani w filmie, ani w powieści”. Po udanych tłumaczeniach dramatów Wiliamsa, oczekiwania a propos „odświeżenia” były duże, więc i zawód większy. Dialogi, którymi operują postaci, są nierówne. Chwilami naprawdę świetne: błyskotliwe, dynamiczne, zabawne, w kolejnych scenach przeradzają się w słowne kloce, z którymi nie wiadomo co zrobić. Przegadane, rozbijają tempo, powodują, że aktorzy, zwłaszcza drugoplanowi, nie mają co grać, a idea spektaklu gubi się w słownej paplaninie o „Indianach ciotach” i problemach rolników. Niektóre sceny aż proszą się o silną rękę reżysera, który radykalnie dokonałby cięć, tak jak doskonale zrobił to w „Madame” w Teatrze na Woli.

Sztuka Johnsona wystawiana od 2000 roku, odniosła sukces na wielu scenach, m. in. w Londynie i na Brodwayu. Czy tak się stanie w Warszawie jeszcze nie wiadomo, ale z pewnością może być ciekawą ofertą dla pokolenia obecnych 20-latków, o których jedni mówią, że są roszczeniowi, a drudzy, że kompletnie nie radzą sobie z życiem. Jak Ben.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Tak, Łukasz, to prawda :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 12.07.2013 14:19

Warchulska, jako aktorka, uwiodła mnie juz dawno temu. Jeszcze jako młoda aktoreczka. I w żadnym "Jak oni tańczą" jej nie ujrzysz :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

O! A nie wiedziałam, że to Pana krajanka :-) Świetna jest! :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Miło czytać, że urodzona w Ostrowcu Świętokrzyskim Agnieszka Warchulska zagrała dobrą rolę!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.