Facebook Google+ Twitter

Adam Sztaba: „Warto dobrze siebie słuchać"

Dyrygent, kompozytor, a od początku trwania programu "Tylko muzyka" także juror. Jakie oczekiwania ma wobec uczestników Adam Sztaba? Jaki jest prywatnie? O swoich najbliższych planach i programie "Tylko muzyka" opowiada w rozmowie.

Dyrygent, kompozytor, a od początku trwania programu

W programie „MBTM – TYLKO MUZYKA“ jurorem i ekspertem jest Pan od pierwszej edycji. Co zdecydowało o tym, że zgodził się Pan na udział w programie?

-Gdy otrzymałem tę propozycję dość długo się wahałem. Wątpliwości dotyczyły tego, jaki to będzie program, czy uczestnicy będą mogli zaprezentować własny repertuar, z kim będę zasiadał w jury, a przede wszystkim - czy powinienem podejmować się oceniania wykonań artystycznych będących niemal w pełni w sferze subiektywnej czyli wrażeniowej. Tu nie ma miejsca na sportową punktację, ponieważ każdy odczuwa inaczej. Co zresztą widać czasami w ocenach naszego jury.

Co podczas wszystkich dotychczasowych edycji zaskakiwało Pana w uczestnikach?

-Najbardziej zaskakuje mnie ilość uczestników, którzy przybywają na kolejne castingi. Co pół roku tysiące wokalistów, instrumentalistów i zespołów próbuje się pokazać, często z własnym repertuarem zagranym całkiem przyzwoicie. To cieszy, bo nigdy nie byliśmy, ani nie będziemy dużym rynkiem muzycznym, a tymczasem całe rzesze ludzi muzykują i realizują się w tym.

A odwrotnie, czy było coś, co Pana zbulwersowało, wręcz zniesmaczyło?

-Niezmiennie razi mnie brak pokory i ignorancja. Nie tylko zresztą w muzyce. Co prawda znamy dobrze przypadki karier opartych na tych cechach, ale ich żywot nie trwa długo. Artysta to człowiek, który przede wszystkim posiada talent, świadomość, jak go wykorzystać, pasję, rzemiosło, czyli warsztat i pracowitość. Przy takich cechach mamy szansę na artystę z krwi i kości, który przetrwa dłużej niż jeden sezon.


Czy już podczas castingów ma Pan konrektne oczekiwania od uczestników, czy takie wymagania pojawiają się u Pana dopiero podczas występów LIVE?

-Moje oczekiwania są od początku tego programu takie same. Czekam na zaskoczenie, nietuzinkowe pomysły, własny repertuar i osobowości sceniczne. Z tym ostatnim bywa bardzo ciekawie. Niekiedy ktoś, kto prywatnie jest nieśmiały i niepewny na scenie dostaję dzikiej energii i elektryzuje całą widownię. Bywa też odwrotnie, co już jest nieco mniej wesołe (śmiech).

Czy trudno jest zadowolić muzyczny gust Adama Sztaby?

-Z każdym rokiem pewnie coraz trudniej. Siłą rzeczy poprzeczka pnie się coraz wyżej. Ale prawdziwy i czysty talent zawsze mnie urzeknie. Większy problem mam z zadowoleniem siebie w temacie własnych utworów czy aranżacji. Tutaj poprzeczka poszybowała na tyle wysoko, że jej prawie nie widzę (śmiech).

Jakiś czas temu w Koszalinie miał miejsce specjalny koncert jubileuszowy z cyklu „Fatamorgana?“, jak długo trwały przygotowania?

-Pomysł pojawił się u mnie jesienią 2012r. Zerknąłem w kalendarz i okazało się, że przed nami okrągła rocznica spektaklu muzycznego, który stworzyliśmy mając 17,18 lat. Mój kolega, Marcin Perzyna, dziś m.in. dyrektor festiwalu Top/Trendy, zajął się librettem i tekstami piosenek, ja całą sferą muzyczną, inny kolega scenografią i tak metodą prób i błędów udało nam się skonstruować ponad 2-godzinny spektakl muzyczny "Fatamorgana?", który wystawiliśmy na profesjonalnej scenie teatru w Koszalinie. A w marcu tego roku udało nam się zrealizować kolejny karkołomny pomysł czyli koncert z okazji 20-tej rocznicy "Fatamorgany?", w którym zagraliśmy większość piosenek z tego musicalu, a w drugiej części pojawiły się zaprzyjaźnione gwiazdy czyli Edyta Górniak, Natalia Kukulska, Kasia Wilk, Piotr Cugowski i zespół LemON. No i Reni Jusis, która brała udział w oryginalnym spektaklu. Zresztą oprócz Reni sporo osób z tego składu zdecydowało się na drogę artystyczną m.in. Agata Warda czy Adam Krylik, co mnie mocno cieszy, bo z pewnością "Fatamorgana?" ich w tym temacie znacząco zainspirowała.

Ilu artystów brało udział w tym przedsięwzięciu?

-Prawie 40 osób. 20 wokalistów i mniej więcej tyle samo muzyków w orkiestrze. Wszystko tworzyliśmy sami, bez pomocy nauczycieli. Próby odbywały się wieczorami na korytarzach szkolnych. Aż w końcu zaprosiliśmy ówczesnego dyrektora teatru, który po obejrzeniu fragmentów zaoferował nam 20 prób za darmo. To wystarczyło, aby postawić spektakl na nogi. Prawie rok ciężkiej pracy zaowocował premierą, po której wszyscy byli zdziwieni skalą wydarzenia i naszą młodzieńczą determinacją. Do dziś uważam tę muzykę za swoje największe dokonanie.


Jak szerokie było zainteresowanie widzów i słuchaczy?

-"Fatamorganę?" zagraliśmy kilkanaście razy w Koszalinie przy pełnej widowni, byliśmy też na Festwialu Piosenki Studenckiej, gdzie zajęliśmy III miejsce i byliśmy najbardziej liczną grupą w historii festiwalu (śmiech). Spektakl został też pokazany na Famie w Świnoujściu. Udało nam się nagrać większość piosenek w studio Polskiego Radia w Szczecinie, co cieszy mnie szczególnie, bo pozostał jakiś namacalny dowód tamtych chwil. A kilka miesięcy później starszy rocznik zdał maturę i spora część ludzi rozjechała się po różnych miastach.

Prowadzi Pan też audycje PiN CLASS w Radio PiN. Lubi Pan tę część swojej artystycznej pracy?

-Tu, podobnie jak przy "Must Be the Music", również miałem dylematy, czy decydować się na kolejny rodzaj działalności. Ale z czasem to polubiłem, zwłaszcza, że wziąłem sobie za cel pokazywanie artystów znanych jedynie w naszym wąskim muzycznym gronie, a nieznanych szerszej widowni. Cenię sobie poza tym wolność artystyczną, jaką dostałem od szefa stacji, Bartka Wejmana. Muzyka, jaka pojawią się w audycji jest dość różnorodna, po części powiązana z zaproszonym gościem, który często wykonuje też jeden utwór na żywo. Na końcu z kolei zapraszam słuchaczy na krótki "romans" z XX-wieczną muzyką poważną. Odzew jest na tyle pozytywny, że zdecydowałem się kontynuować tę audycję przez kolejny sezon.

Według czego wybiera Pan gości do audycji?

-Staram się zapraszać artystów nietuzinkowych, którzy nie boją się wyrażać siebie czy iść na przekór panującym modom. Wspomniany klucz, czyli chęć pokazania artystów ważnych i interesujących, ale mało szerzej znanych jest też dla mnie cenny. Pierwszym moim gościem był Tadeusz Mieczkowski - reżyser dźwięku nagrywający większość polskiej muzyki filmowej i jazzowej - znany w branży muzycznej i właściwie nieznany przeciętnemu słuchaczowi, choć ma na koncie kilkaset znakomitych płyt czołowych artystów polskich i światowych.

Jakie są Pana najbliższe plany artystyczne? Czym Pan aktualnie się zajmuje?

-W połowie lipca kolejny raz wspierałem muzycznie zakopiańskie Wierchowe Spotkania. To szlachetna idea wspólnego muzykowania muzyków góralskich, symfonicznych, rockowych wraz z chorymi dziećmi z Fundacji Pro Artis mojego góralskiego przyjaciela, Andrzeja Brandstattera. W sierpniu i wrześniu zamierzam skupić się na komponowaniu. To również czas festiwali muzycznych, więc chciałbym odwiedzić Burn Selector Festival, Sacrum Profanum i Warszawską Jesień. A od października tradycyjnie rozpoczną się odcinki półfinałowe "Must Be the Music".

Co doradziłby Pan osobom, które chcą np. wejść w świat muzyki, albo zaistnieć w SHOW – BIZNESIE?

-Nie ma oczywiście jednej skutecznej metody. Mogę jedynie poradzić to, co sprawdza się w moim życiu. Warto dobrze siebie słuchać, a artystyczne kompromisy traktować jako ostateczność. Trzeba szukać i rozwijać w sobie przede wszystkim te cechy, które są najbardziej charakterystyczne i mogą być zapamiętane przez publiczność. Warto jest poszerzać wiedzę słuchając dokonań wybitnych artystów, ale traktować to wyłącznie jako inspirację, gdyż najważniejsza jest nasza własna droga. Niektórzy odnajdują ją dość wcześnie, inni w połowie życia lub jeszcze później. Ważne, aby znać kierunek i mieć determinację w dążeniu do celu.

(Rozmawiała Mariola Morcinková)










Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.