Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

16896 miejsce

Adopcja na odległość. Pomóż afrykańskim dzieciom

Czy życie polskiej rodziny może się zmienić po adopcji na odległość dziecka z Afryki? Okazuje się, że tak. - Zrozumieliśmy, że w życiu najważniejsza jest miłość i wzajemny szacunek – mówią Nina i Mariusz z Elbląga, którzy na taką formę opieki na d afrykańskim dzieckiem się zdecydowali.

Pamiątkowe zdjęcie księdza Ryszarda Półtoraka z adoptowanym na odległość przez elbląskie seminarium Josephem / Fot. archiwum prywatne ks. R. PółtorakaNawet najtwardsze serce poruszy się na widok głodującego dziecka. Często na tym wzruszeniu się kończy. Nie musi tak być. Służy temu program adopcji na odległość.

- Gdy dowiedziałam się podczas spotkania z misjonarką z Kenii, że jest możliwość pomocy nie wahałam się – wspomina pani Nina. - Mój mąż i syn także nie mieli wątpliwości. Gdy tylko do Wyższego Seminarium Duchownego w Elblągu siostry ze Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny przysłały zdjęcia dzieci poszli oni wybrać jedno z nich.

Radość i tkliwość
Mariusz i jego syn wybrali dziewczynkę o imieniu Sofia. - Gdy pierwszy raz zobaczyłam ją na zdjęciu ogarnęła mnie niezwykła tkliwość i radość – wspomina pani Nina. - Miałam wrażenie, że Zosię, tak ją nazywam, znam od wielu lat. Nie tylko opłacaliśmy jej szkołę, ale postanowiliśmy kupić jej coś, co by ją ucieszyło. Siostry poradziły byśmy przekazali pieniądze, bo koszt przesłania paczki jest wyższy niż jej wartość. Przesłane 100 dolarów wystarczyło nie tylko na buty, ale bluzkę i spódnicę - dodaje.

- Na przysłanym z Kenii zdjęciu zobaczyliśmy Sofię szczęśliwą w nowych butach. Zrozumieliśmy, że w życiu najważniejsza jest miłość i wzajemny szacunek – mówią Nina i Mariusz z Elbląga. -
Nasz syn nie cieszy się z butów, nawet tych najlepszych, bo przecież mieć obuwie to normalna rzecz. Marzy o coraz nowocześniejszym sprzęcie komputerowym. Teraz myśli inaczej.

Edukacja wyrwie z nędzy

Nina i Mariusz chcą pozostać anonimowi. - Nie chcemy się ujawniać, bo nie zależy nam na rozgłosie – mówią zgodnie. Mariusz dodaje, że zdecydowali się na adopcję na odległość, by zrobić coś dobrego. - Nie po to, by ktoś nas pochwalił – argumentują.

Nina i Mariusz jeszcze nie widzieli Sofii, ale wiele o niej wiedzą. - Znamy jej oceny – mówi Nina. - Nie są takie w jak w Polsce. W Kenii obowiązują punkty. Maksymalna liczba to pięćset. Na początku naszej opieki w czwartej klasie Zosia miała tylko 243 punkty, a w szóstej 314. Uczyła się w szkole publicznej. Jednak tylko prywatna daje możliwość dostania się do dobrej szkoły średniej. Siostry opiekujące się Zosią zaproponowały byśmy nie płacili 150 dolarów rocznie, ale 330, bo tyle kosztuje szkoła w internatem. Zgodziliśmy, bo przecież edukacja pomoże wyrwać się dziewczynce z nędzy.
Ksiądz Ryszard Półtorak odwiedził przedszkole w Kithatu w Kenii / Fot. archiwum prywatne ks. R.Półtoraka

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Nie wiedziałem, że istnieją takie możliwości. Mam nadzieję, że pomoc dzieciom będzie owocna i zmieni świadomość mieszkańców. Wydaje mi się jednak, że zdecydowanie ważniejsze byłoby zniesienie wszelkich barier celnych i handlowych oraz rzeczywista pomoc inwestycyjna i gospodarcza w Afryce.
Żadne darowizny nie zmienią tego kontynentu i jego mieszkańców.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo ciekawy artykuł i świetny pomysł z tą adopcją na odległość.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.