Facebook Google+ Twitter

Afryka2x2 - tuż przed finałem. 6,5 tys. km rowerami przez Afrykę

Nadal nie mogę uwierzyć, ale to prawda: na rowerowym liczniku mamy 6 500 km! W ciągu czterech miesięcy przejechaliśmy tyle po Afryce.

Przez Namibię - uważając na słonie. / Fot. Tomasz Budzioch Jesteśmy tutaj we dwójkę: ja i mój mąż, bo to nasza podróż poślubna. Rozpoczęliśmy ją 4. grudnia zeszłego roku w Swakopmund, na wybrzeżu Namibii. Znad Oceanu Atlantyckiego chcieliśmy dotrzeć nad Ocean Indyjski, taki był plan. Jesteśmy bliscy jego wykonania.

Biwak na pustyni / Fot. Ela Wiejaczka - Do Mombasy? - pytają nas miejscowi. - To bardzo daleko! - dodają zaraz.

Uśmiechamy się, bo dla nas to już przysłowiowy „rzut beretem”: zaledwie 950 km. Dzisiaj przekroczyliśmy ostatnią z granic: z Ugandy wjechaliśmy do Kenii.

Wyliczanie krajów, których pieczątki figurują w naszych paszportach wydaje mi się bezcelowe. Jest ich dziesięć - kiedy zaczynam wymieniać je zainteresowanym, mam poczucie, że moja wiarygodność spada.

Wodospad Wiktorii w Zambii / Fot. Tomasz Budzioch - Tyle krajów na rowerze? To niemożliwe! - słyszę.

Tomek z Zambijczykami / Fot. Ela Wiejaczka W Namibii było gorąco, a nam brakowało wody. Przecinaliśmy najstarszą z pustyń, między miastami było 120, czasem 140 km, pomiędzy nimi - nic. Ani wioski, ani drzewa, ani człowieka. Tylko co jakiś czas wyprzedzał nas samochód terenowy. Zabieraliśmy kilkanaście litrów wody, nocowaliśmy pod namiotem na pustyni, wsłuchując się w odgłosy nocy.

Ela z policjantami w Zimbabwe / Fot. Tomasz Budzioch W Zambii i Zimbabwe - zielono. Ostatni kraj znany jest z fatalnych rządów prezydenta Mugabe, ale to stamtąd właśnie żal było mi wyjeżdżać. I jeszcze z Mozambiku. Mieszkańcy tak serdeczni, że można łyżką jeść, jak miód, chociaż historia ich nie rozpieszczała.

Pranie w reklamówce / Fot. Tomasz Budzioch Malawi - piękne, choć napotykane przy drodze dzieci zmęczyły nas nieustannym: „Give me my money!”. Właśnie „Daj mi MOJE pieniądze!” mówiły. „Nie mam twoich pieniędzy”, myślałam, zastanawiając się, kto ich tego nauczył. Błękitne wody Jeziora Malawi nęciły, jednak straszyło nas widmo bilharcjozy; delektowaliśmy się więc jedynie z brzegu.

Wieczór w Zimbabwe / Fot. Tomasz Budzioch Tanzania jak dom, bo mogłam komunikować się w suahili. Nie obyło się bez niespodzianek: wylądowaliśmy w Kosmosie, na planecie Kabwe i Sebwesa, ale o tym już na www.afryka2x2.blogspot.com.

Potem maleńkie Burundi i Rwanda - obydwa wielkości naszego większego województwa, obydwa pokiereszowane walkami plemion Tutsi i Hutu.

Wreszcie Uganda - przysiadła nad brzegiem największego jeziora Afryki - i Kenia. Ta sama, z której 22 kwietnia startujemy do domu. Dopiero tam spokojnie zajrzymy do notatek i napiszemy więcej.

Przez rzeki... ;-) / Fot. Tomasz Budzioch A w międzyczasie - no właśnie! W międzyczasie, czyli w styczniu, mąż sam popedałował do Botswany, podczas gdy ja poleciałam na Madagaskar - do pracy. Zarabiać na nasze bilety powrotne do Polski. Wygląda na to, że wrócimy. Nad Jeziorem Tanganika w Tanzanii / Fot. Ela Wiejaczka

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Fantastyczne!
Będę pierwszą w kolejce po książkę, którą napiszecie. Swoje miejsce znajdzie obok rowerowego safari z Kairu do Kapsztadu Macieja Czaplińskiego, dwóch tomów Soni i Aleksandra Poussinów pod wspólnym tytułem "Afryka trek" i rzecz jasna "Hebanu" Ryszarda Kapuścińskiego.
Wracajcie szczęśliwie!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Słowa wielkiego uznania za ten wyczyn! Gratuluję!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.