Facebook Google+ Twitter

"Akademia wampirów". Mdły i oklepany romans w roli głównej [RECENZJA]

Od debiutu "Zmierzchu" mamy w światowej kinematografii prawdziwy wysyp historii o wampirach i podobnych stworzeniach, a całe grono reżyserów i scenarzystów zdaje się ścigać ze sobą na najbardziej nieprawdopodobne i absurdalne pomysły.

 / Fot. materiały prasoweNiestety nie inaczej jest i w przypadku "Akademii wampirów”, czyli ekranizacji książki o tym samym tytule, w której główną rolę – a jakże – odgrywają właśnie wampiry. A konkretniej nie wampiry jako takie, a więc znane z legend krwiożerce stwory, czyhające w ukryciu na swoje ofiary, panicznie bojące się czosnku i unikające śmiertelnego dla nich słońca, ale dhampiry – z pozoru znacznie milsze i mniej wrogo nastawione do wszystkiego, co żyje. Oglądając produkcję braci Waters nie sposób nie porównać jej do typowego filmu młodzieżowego, gdzie główną rolę gra nie akcja, ale romans pomiędzy bohaterami. Ten zresztą i tak okazuje się oklepany i do bólu mdły, niezaskakujący na żadnym polu i już na samym początku pokazujący, jaki będzie miał koniec.

Bohaterki, Rosemarie i Wasylissa (Rose i Lissa), uczą się w bardzo specyficznej szkole – Akademii Świętego Vladimira – lecz mimo to nie różnią się od tysięcy normalnych nastolatek. One również, mimo swoich nadprzyrodzonych zdolności, spotykają się z tym, z czym na co dzień mają do czynienia zwyczajne uczennice: walkami o prestiż, władzę i chłopaków, wykluczeniem społecznym, próbą należenia do jakiejś szkolnej grupy, pierwszymi miłosnymi zadurzeniami, problemami z nauczycielami. Taka szkolna sielanka mogłaby w zasadzie trwać wiecznie, ale aż tak kolorowo (i bardzo dobrze, bo wtedy cała książka i film byłyby zwyczajnie nudne) na szczęście nie jest. Okazuje się bowiem, że bohaterkom grozi niebezpieczeństwo i to w murach szkoły, która do tej pory dawała im doskonałe schronienie.

Najbardziej uderzające i charakterystyczne w całej produkcji jest to, na czym wzorują się ostatnią liczne filmy o wampirach – jest element nadnaturalny, jak tajemne moce, cudowne umiejętności i element ludzki, normalny do bólu i tak bardzo rzeczywisty, że widz czasami zaczyna się w tym gubić. W odnalezieniu jakiejś głównej ścieżki w filmie, która trzymałaby całą fabułę na wodzy i nie pozwalała się jej rozłazić (w niektórych momentach ekranizacja wygląda jak pozlepiana z kilku niezależnych ujęć, które nie mają ze sobą nic wspólnego), nie pomaga także reżyser. Oglądając Lucy Fry, która gra Lissę, można czasami odnieść wrażenie, że Mark Waters kompletnie nie ma pomysłu na jej rolę. W jednej scenie Lissa jest bowiem bohaterką ze wszech miar odważną, wypowiadającą swoją kwestię z emocjonalnym wyczuciem, by w kolejnym ujęciu zamienić się w cichą myszkę, kompletnie nieprzypominającą Lissy sprzed kilku minut. I nie ma tu winy aktorki, która zagrała naprawdę wyśmienicie i robiła wszystko, aby ratować nijaką rolę narzuconą przez reżysera.

Elementem ratującym w jakiś sposób „Akademię Wampirów” są wątki komediowe, które choć ograniczają się albo do ciętych ripost i spostrzeżeń rzucanych pod nosem przez Rose, albo do mało wybrednych, ale za to przyciągających uwagę widza erotycznych aluzji, są scenami wartymi swojego miejsca w całej produkcji.

Jako ekranizacja książki film sprawdził się pozytywnie – wycięto momenty, które w zasadzie nie mają ważnego wpływu na całą fabułę, za to wyraźnie podkreślono treści istotne dla widza, który nie miał książki w ręku. Zakończenie pozostawiające sporo niedomówień jest zapewne specyficznym rodzajem prologu kolejnych części, jeśli tylko te zostaną, ale nawet i bez kontynuacji można film traktować jako pewną całość, co chyba jest jedyną rzeczą, jaką Markowi Watersowi doskonale się udała.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.