Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

23172 miejsce

Akcja "Hiacynt". 23 lata oczekiwania na sprawiedliwość

Kiedy 25 września 2007 roku, razem z Jackiem Adlerem – redaktorem naczelnym portalu Gaylife.pl składałem do Instytutu Pamięci Narodowej wniosek o ściganie zbrodni komunistycznej znanej jako „Akcja Hiacynt” wiedziałem, że znalezienie świadków tamtych wydarzeń będzie bardzo trudne.

Scan listu, który Waldemar Zboralski wysłał zaraz po zatrzymaniu do wiedeńskich przyjaciół. / Fot. scan15 listopada 1985 roku, na rozkaz generała Czesława Kiszczaka, polskie służby bezpieczeństwa rozpoczęły akcję zatrzymań, przesłuchań i inwigilacji homoseksualnych mężczyzn na terenie całego kraju. Ponieważ homoseksualizm nie był karany według prawa PRL, przeprowadzenie takiej akcji, wymierzonej w osoby homoseksualne, prowadzona za pomocą służb bezpieczeństwa i z użyciem metod zastraszania, a niekiedy wymuszania zeznań pobiciem, daje powody by uznać ją za zbrodnię komunistyczną. Zgodnie z artykułem 2 ustawy o IPN, który mówi, że za zbrodnię komunistyczną uznaje się czyny popełnione przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego w okresie od dnia 17 września 1939 do dnia 31 lipca 1990 roku, polegające na stosowaniu represji lub innych form naruszania praw człowieka wobec jednostek lub grup ludności bądź w związku z ich stosowaniem, stanowiące przestępstwa według polskiej ustawy karnej obowiązującej w czasie ich popełnienia.

Według wstępnych i ostrożnych analiz udało się ustalić, że w sumie akcją objęto ponad dwanaście tysięcy osób. Wielu z nich do dzisiaj żyje z przeświadczeniem, że kompromitujące ich materiały znajdują się w czyimś posiadaniu. W czyim, tego stara się dowiedzieć prokurator Okręgowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciw Narodowi Polskiemu przy Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie – Edyta Myślewicz. Na razie wiadomo, że część dokumentów znajduje się w archiwach IPN, część zaś w archiwach policji. Gdzie jest reszta? Tego nie wie nikt.

Ta niepewność powoduje, że trudno jest namówić osoby, które były prześladowane w czasie tej akcji do ujawnienia się i złożenia zeznań. Na szczęście udało się dotrzeć do jednej z nich.

Ofiara, która nie bała się mówić



Waldemar Zboralski mieszka ze swoim partnerem w Wielkiej Brytanii. Jest jednym z pierwszych polskich działaczy gejowskich, a także pierwszym Polakiem, który zawarł związek partnerski z drugim obywatelem Polski (Prawo brytyjskie daje taką możliwość obcokrajowcom, którzy legalnie mieszkają na terenie Wielkiej Brytanii dłużej niż pół roku). Korespondując z Waldkiem udało mi się go namówić nie tylko na złożenie zeznań w IPN, ale także na opowiedzenie dla potrzeb Wiadomości24 swoich doświadczeń z tamtego okresu.

Piętnastego listopada 1985 roku Waldek był na dyżurze, jako pielęgniarz zabiegowy, na Oddziale Ortopedycznym Szpitala Rejonowego w Nowej Soli. Około godziny 13, na jego oddziale pojawiło się dwóch, nieumundurowanych funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Podeszli do niego i poinformowali, że zabierają go na komendę MO w Nowej Soli. Kiedy próbował się dowiedzieć, czy jest formalnie aresztowany i jakie są powody jego zatrzymania, został wyprowadzony w eskorcie do radiowozu, a milicjanci stwierdzili tylko, że ma być pilnie przesłuchany w jakieś sprawie.

Po dotarciu na komendę Waldek został posadzony na krześle na korytarzu przed pokojem
przesłuchań i polecono mu oczekiwać na wezwanie. Trwało to dłuższy czas, po czym został
wezwany do pokoju z lustrem weneckim przez mężczyznę w cywilnym ubraniu. Odebrano mu rzeczy osobiste i zabrano je na czas przesłuchania.

Jak sam opowiada, na stole przed przesłuchującym go funkcjonariuszem leżała teczka na
akta z jakimiś napisami i rozłożony arkusz papieru A3 (wcześniej złożony do formatu A4). Ten dokument był podpisany dużymi, wyraźnymi literami: Karta Homoseksualisty.

Funkcjonariusz nie przedstawił się, odmówił podania nazwiska, mimo że Waldek poprosił o to na wstępie. Powiedział jedynie, że jest z komendy MO w Zielonej Górze. Kiedy Waldek próbował się dowiedzieć, dlaczego został zatrzymany, poinformowano go, że ma złożyć zeznania w sprawie dotyczącej znanych mu homoseksualistów. Nie powiedziano mu jednak, o jakich homoseksualistów chodzi, ani jakiej sprawy przesłuchanie dotyczy. Pomimo wielokrotnych pytań, przesłuchujący go funkcjonariusz nie podał mu powodu zatrzymania, a jedynie zaczął wypytywać o jego kontakty osobiste, w tym kontakty z gejami w Polsce i za granicą.

Czym interesowali się milicjanci?



Po standardowych pytaniach o dane osobowe funkcjonariusz przeszedł do sedna sprawy. Pytał, czy rodzina i znajomi wiedzą, że jest homoseksualistą. Waldek odpowiadał zgodnie z prawdą, że nie ukrywa swojej orientacji. Wtedy ten zaczął czytać pytania z „Karty Homoseksualisty”. Pytał o to, jaki typ urody mężczyzn preferuje Waldek, w jakim wieku, jakie techniki seksualne stosuje w trakcie seksu z mężczyzną. Na te pytania Waldek odmówił odpowiedzi. Wtedy funkcjonariusz zażądał od niego, aby podał nazwiska i adresy znanych mu homoseksualistów. Kiedy ten odmówił, funkcjonariusz przypomniał mu, że i tak właśnie jego notes z adresami jest dokładnie w tej chwili przeglądany, więc na pewno coś tam zostanie znalezione. W notesie były setki nazwisk i adresów osób, które poznał od lata 1977 roku do jesieni 1985, kiedy to prowadził regularne kontakty towarzyskie z gejami w całej Polsce i za granicą.

Kiedy Waldek odmówił odpowiedzi na jakiekolwiek inne pytanie pochodzące z „karty homoseksualisty”, funkcjonariusz stwierdził, że nie ma sensu dłużej go trzymać. Zanim jednak pozwolił mu odejść, skierował go do rejestracji, celem zrobienia zdjęć i pobrania odcisków palców. Po czterech godzinach od zatrzymania, wypuszczono go do domu.

O zajściu Waldek natychmiast poinformował rodzinę a następnie szybko skontaktował się
ze znajomymi homoseksualistami w miejscu zamieszkania i w kilku miastach w Polsce.
O całej sprawie poinformował również listownie wiedeńską organizację HOSI Wien, która w tamtym okresie zajmowała się gromadzeniem listów, informacji i dokumentów dotyczących prześladowania homoseksualistów na terenie Europy Wschodniej.

Historię Waldka poznałem głównie dzięki temu, że był on osobą publiczną i jako taka nie obawiał się, że złożenie zeznań przed prokuratorem IPN może mu w czymś zaszkodzić. Cały czas jednak zastanawiam się, ile jeszcze w Polsce żyje ofiar „Akcji Hiacynt”, i jak długo przyjdzie im jeszcze czekać na sprawiedliwość.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

ę...Szymonie ???
z tego co pisze Jadwiga to ty jesteś agentem albo będzesz he he he przepraszam i współczuje!!!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Nie sądzę Szymonie, aby sprawa osiagneła oczekiwany przez Wasze środowisko koniec.
IPN zajety jest szalenie historią Wałęsy i ludzi na stanowiskach ostatniego dziesięciolecia - przeciez trzeba to wszystko "poustawiac" zgodnie z opcja polityczną i napisac nową historię Polski.
Mysle, że brakujące akta znajduja sie w rekach ludzi, ktorzy zawsze i na każdy "wszelki wypadek" gdromadzą je - nigdy nie wiadomo bowiem kto, kiedy i do czego może zostac wykorzystany.
I nie jest to chyba wylącznie polska przypadłość.
Tajne służby w razie potrzeby nie rekrutuja ludzi z łapanki. Uruchamiają tych z zamknietej szuflady i nie dotyczy to tylko homoseksualistów.
To tylko moje domysły, ale chyba nie całkiem pozbawione sensu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Napiszę Szymonie ,iż słyszałem o akcji" hiacynt " wyrazy współczucia metody których się dopuszczali ówczesni funkcjonariusze były obrzydliwe i uwłaczające to na pewno.Czy uda się zrobić z tego zbrodnie komunistyczną? i środowisko Gej-Les doczeka się sprawiedliwości? czas-życie pokaże?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.