Jak we współczesnej Polsce, zanim w 2002 roku w życie weszły przepisy ustawy o dostępie do informacji publicznej przedstawiała się interesująca nas problematyka? Jak było wcześniej - w PRL-u i XX-leciu międzywojennym? K.I.: - W okresie PRL-u nie było zapisu w Konstytucji, dotyczącego tej kategorii spraw, w praktyce nic takiego tez nie funkcjonowało. Istniała wspomniana już kultura tajności. W XX-leciu międzywojennym ani Konstytucja marcowa ani kwietniowa nie wprowadzała żadnych regulacji, zapisów. Po 1989 roku dużą rolę w upowszechnianiu dostępu do informacji publicznej odegrały środowiska ekologiczne, które powoływały się w swojej działalności na ratyfikowaną przez nasz kraj Konwencję o Dostępie do Informacji, Udziale Społeczeństwa w Podejmowaniu Decyzji oraz Dostępie do Sprawiedliwości w Sprawach Dotyczących Środowiska (tzw. „Konwencja z Aarhus”, podpisana przez Warszawę w 1998, weszła w życie w 30 X 2001).
Na świecie tendencja ustalania prawa w tej dziedzinie pojawiła się w latach 60. XX wieku. Oczywiście wcześniej powstawały akty dotykające interesującej nas problematyki, wystarczy wymienić Powszechną Deklarację Praw Człowieka i Obywatela (1948) czy Europejską Konwencję Ochrony Praw Człowieka (1953). W tym drugim dokumencie są konkretne zapisy, stanowiące o tym, że każdemu przysługuje prawo wolności otrzymywania informacji. Chwalebnym wyjątkiem jest Szwecja - tam już w XVIII wieku wprowadzono akt, który regulował dostęp do informacji o działaniach władzy.
Porozmawiajmy o funkcjonującej od 1 stycznia 2002 roku ustawie o dostępie do informacji publicznej. Czy to twór udany? K.I.: - To dobra ustawa, choć nie idealna. Ogromnym jej plusem jest szeroki katalog informacji podlegających udostępnieniu - ale należy pamiętać, że to tylko przykłady, a nie katalog zamknięty. Ma ułatwiać, ale nie ograniczać. Wprowadziła także świetne rozwiązanie -
Biuletyn Informacji Publicznej. Podstawowym problemem jest natomiast to, że jej przepisy są niechętnie stosowane. Obywatele często nie otrzymują żadnej odpowiedzi od urzędników.
Niektóre informacje są nie udostępniane „na wszelki wypadek”, aby nie złamać przepisów ustawy o ochronie danych osobowych. Druga sprawa to kwestia wewnętrznych regulacji na temat dostępu do informacji i dokumentów. Często są one sprzeczne z obowiązującym prawem. Stwierdzały to zresztą już nie raz sądy. Trybunał Konstytucyjny w jednym ze swoich wyroków określił co może się w takim wewnętrznym zarządzeniu znaleźć, mimo urzędy pobierają dodatkowe opłaty, a także na swój sposób regulują dostęp do informacji. W przypadku takiego zarządzenia w urzędach samorządu terytorialnego, można zwrócić się z do właściwego wojewody, aby uchylił dane przepisy.
Znamy w tej kwestii kilka udanych przypadków. Jeżeli chodzi o opłaty to można wzywać do usunięcia naruszenia prawa, ale tak naprawdę, to uważamy, że uzależnianie udostępnienia informacji od poniesienia opłaty ogranicza to konstytucyjne prawo i należy składać
skargę na bezczynność danego organu.
Czym tłumaczyć sprawę pierwszeństwa w stosowaniu aktów wewnętrznych i regulaminów przed ustawami? Słabą znajomością prawa pośród urzędników?K.I.: - Urzędnicy częściej stosują się do zarządzeń zwierzchników, bo oni są bliżej. Problem dotyczy nie tylko samorządów. Takie sytuacje napotkać można także w urzędach centralnych. Kiedy pracowałem w MSWiA, pamiętam że najważniejszy był dla mnie naczelnik. Jednak jeśli wydawał zarządzenie to musiało być ono zgodne z prawem, a nie wszędzie tak niestety jest.
Nieznajomość prawa to także poważny problem, w większości przypadków wynikający z braku praktyki. Przykładem niech będzie badanie przeprowadzone przez członka naszego Stowarzyszenia, w 9 gminach w województwie podlaskim. Tamtejsi pracownicy urzędów byli zdziwieni, że ktoś może poprosić o dostęp do jakichkolwiek danych. Kiedy prowadziłem szkolenie w Sochaczewie, jedna z urzędniczek biorących udział w zajęciach w pewnym momencie zapytała: „Ale po co ludziom te informacje?”