Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

185495 miejsce

Aktor liryczny flirtujący z kabaretami

  • Źródło: ngo.pl
  • Data dodania: 2006-06-29 14:02

Na scenie Domu Żołnierza w Lublinie wypatrzył mnie Karol Borowski, dyrektor Studia Dramatycznego. I on sprawił, że ... zszedłem na manowce, na złą drogę – mówi Wiesław Michnikowski.

Znany jest Pan z perfekcyjnego wykonywania swojego zawodu i przyznaje, że ma do niego stosunek ... przedwojenny. Co to znaczy?

– Ano to, że staram się mieć tekst opanowany już w czasie prób sytuacyjnych. Mam taki zwyczaj, że każdą sztukę przepisuje sobie do zeszytu. W tym „brewiarzu” (jak ja to nazywam) po jednej stronie są kwestie partnera, a po drugiej moje. Kiedy chcę sprawdzić, czy nauczyłem się już roli, odsłaniam tylko kwestię partnera, swoją zaś staram się mówić z pamięci.

Dziś takie podejście do pracy należy do rzadkości.
– Kiedyś zapytano młodą aktorkę, jak się czuje w tym zawodzie. Odpowiedziała, że jakoś sobie radzi, bo nauczyła się już „boksować”. Jeśli miałbym ten zawód przyrównywać do sportu, to raczej nie do boksu lecz do tenisa, gdzie każdy zawodnik dba o piękne, finezyjne odbicie piłki do swego partnera.

Czy to prawda, że Pan – warszawiak z krwi i kości – rozpoczynał swoją karierę zawodową w Lublinie?

– W Lublinie znalazłem się w 1945 roku. Przyjechałem, żeby studiować na politechnice. A że byłem rocznikiem poborowym, więc zwerbowano mnie do ... Domu Żołnierza. I tam zacząłem występować w programach estradowo-rewiowych, podobnie jak m.in. Bohdan Paprocki, znakomity tenor późniejszych scen operowych.

Zanotowałem początek, czekam na ciąg dalszy.
– Wypatrzył mnie na tej żołnierskiej scenie Karol Borowski, dyrektor Studia Dramatycznego. I on sprawił, że ... zszedłem na manowce, na złą drogę. Ale dzięki niemu poznawałem tajniki zawodu aktora, grając jednocześnie w przedstawieniach. W takich okolicznościach, właśnie w Lublinie, miał miejsce mój debiut na prawdziwej scenie dramatycznej. A zespół był taki, że daj nam Boże! Irena Malkiewicz, Maria Gorczyńska, Jerzy Pichelski, Zygmunt Chmielewski, Józef Kondrat... Jednym słowem – plejada znakomitości, nazwiska, które znałem z przedwojennych filmów. Miałem szczęście grać z nimi pierwszoplanowe role, a nie jakieś tam ogony.

Tytuł sztuki, w której Pan zadebiutował w Lublinie, zapewne zapisał się trwale w pańskiej pamięci?
– Była to komedia Fleursa i Croisseta „Powrót z wojny”. Grałem w niej rolę Marcela Vaucroixa, młodego porucznika – bo wtedy naprawdę byłem młody – rywala Jurka Pichelskiego i amanta Ireny Malkiewicz, która w tej sztuce nikczemnie posłużyła sie mą czystą, niewinną miłością, by wzbudzić zazdrość w swym mężu. Drugą rolą teatralną był mój ukochany Fortunio w „Świeczniku” Alfreda de Museta. W okresie lubelskim dużą satysfakcję sprawiła mi też rola Nicka w „Marii Stuart” Słowackiego. Bardzo się więc ucieszyłem, gdy Maria Gorczyńska wybrała tę sztukę na otwarcie nowego teatru w Warszawie przy ul. Mokotowskiej i chciała, bym wziął udział również w tym przedstawieniu. Niestety, reżyser spektaklu Stanisław Milski rolę Nicka powierzył sobie, mnie zaś przyszło grać Pazia, którego akurat bardzo nie lubiłem.

Po „Marii Stuart” wrócił Pan jeszcze do Lublina?
– Tak i zagrałem m.in. główną rolę w „Weselu Figara” Beaumarchaisa, a także wystąpiłem w „Skąpcu” Moliera, „Jegorze Bułyczowie”Gorkiego i „Balladynie” Słowackiego.

A potem rozpoczął się już warszawski okres pańskiej kariery?
– U schyłku lat 50. znalazłem się w zespole Teatru Współczesnego, do którego zaangażował mnie Erwin Axer. Na długie lata związałem się z tą sceną.

Jakie miał Pan w tym teatrze satysfakcje zawodowe?
– Chyba takie, że zagrałem we wszystkich sztukach Sławomira Mrożka, jakie zaczęto akurat wystawiać.

Teraz się Pan chwali, a podobno przed graniem w „Krawcach” bronił się Pan rękami i nogami?
– Bałem się, żeby nie uznano mnie jedynie za aktora mrożkowskiego. Obawy okazały się płonne. Za rolę w „Krawcach” otrzymałem I nagrodę na Festiwalu Sztuk Współczesnych we Wrocławiu.

Niemal równolegle z pracą w teatrze pojawił się na Pana drodze zawodowej kabaret.
– Właściwie uprawiałem flirt z trzema kabaretami: „Wagabundą”, „Dudkiem” i Kabaretem Starszych Panów. Cieszę się, że miałem szczęście współpracować z Jerzym Wasowskim i Jeremim Przyborą. Wspominam to z sentymentem, wzruszeniem i czułością nawet.

Pańskie interpretacje piosenek z Kabaretu Starszych Panów to wzorzec niedościgniony. Bo i któż tak jak pan zaśpiewa „Adio pomidory”?
– O Boże! A wie pan, co mnie najbardziej zaskakuje? To, że młodzież przyjmuje te piosenki życzliwie. Sam się o tym przekonałem, jeżdżąc z koncertami po Polsce. Wystarczą pierwsze takty tego utworu, a zrywa się burza oklasków.

Czy próbował Pan dzielić się swoimi doświadczeniami zawodowymi z młodzieżą aktorską?
– W takim stopniu, w jakim mnie wspierali, służyli radą i pomocą moi starsi koledzy.

W środowisku aktorskim znany jest Pan z dużego poczucia humoru. Słynie pan także z żartów, jakie lubi płatać swoim kolegom na scenie.
– Kiedyś w „Pastorałce” Ernesta Brylla rolę Adama grał Miecio Czechowicz. Wchodził na scenę razem z wołem, którego ja grałem. Przechodził przez scenę, zatrzymywał się i śpiewał piosenkę. Na jednym z przedstawień wmontowałem sobie z tyłu światło „stop”. Zapaliło się ono dokładnie wtedy, gdy stanęliśmy. Miecio z trudem opanował śmiech. Następnego dnia spodziewał się tego samego efektu, lecz ja zamiast lampki miałem tym razem wywieszkę „Brak stopu”.

Ciekaw jestem, jak Pan odpoczywa?
– Głównie majsterkując. Kiedyś ogromnie pasjonowała mnie fotografia. Sam fotografowałem, wywoływałem filmy, robiłem odbitki. Z czasem dorobiłem się kamery filmowej i projektora. Dużo filmów kręciłem na wąskiej taśmie za kulisami teatru czy kabaretu, a także utrwalałem sytuacje rodzinne, np. pierwsze cztery godziny po narodzeniu najstarszego syna.

Czy synowie odziedziczyli pańskie uzdolnienia, pasje i zamiłowania?
– Nie, wybrali inne zawody. Starszy syn, Marcin, jest inżynierem elektrotechnikiem, specjalistą od aparatury medycznej. Młodszy, Piotrek, skończył Akademię Sztuk Pięknych. Zajmuje się rzeźbą, ceramiką. „Wyrzeźbił” też dla mnie wspaniałych wnuków.
Rozmawiał JANUSZ ŚWIĄDER

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.