Facebook Google+ Twitter

Alice Munro i jej "Taniec szczęśliwych cieni"

Otwierając „Taniec szczęśliwych cieni” Alice Munro „skręciłam w ciche podniszczone uliczki, gdzie mieszkają stare panny, które w ogródkach mają poidła dla ptaszków i błękitne ostróżki”. Chętnie zostałabym tam dłużej...

 / Fot. Wydawnictwo LiterackieNiepozorny tom opowiadań to kompletna i przemyślana galeria postaci. Bohaterowie są prawdziwi, nie przekoloryzowani. To mieszkańcy małych miasteczek – takich, w których wszystko wydaje się jeszcze bardziej dosadne, przyziemne, realne. Strony książki zamieszkują głównie młode kobiety, nastolatki, dziewczynki, które na własnej skórze odczuły, że dorosłe życie to przewaga jego prozy nad poezją codzienności, a przekraczając próg dorosłości niejednokrotnie trzeba opłacić podatek od złudzeń.
Każda z postaci, każda z historii jest ledwie zarysowana, autorka nie narzuca swojej interpretacji – pokazuje nam fragment rzeczywistości i gdzieś ponad celnymi zdaniami dyskretnie puszcza do czytelnika oko: tylko od ciebie zależy, co z tego odczytasz i zrozumiesz.

W trakcie lektury śledzimy kilka chwil z życia dziewczynki, która starając się zaimponować ojcu coraz sprawniej wchodzi w rolę chłopca – do czasu. Poznajemy też dziewczynę, która musi sobie poradzić ze świadomością, że jej partner i niedoszły narzeczony, z którym w myślach budowała szczęśliwe scenariusze nie jest taki, za jakiego go uważała. Przeczuwamy dramat kobiety z chorobą Parkinsona, który ma w sobie o tyle więcej dramatyzmu, że angażuje jej córkę, drugiej pozostawiając wyrzuty sumienia. Oglądamy sugestywny obraz lokalnej wspólnoty mieszkańców nowoczesnego osiedla, którego sielskość kala widok staromodnego gospodarstwa i jego gospodyni. To tylko kilka urywkowych przykładów fabularnego kunsztu Munro. Podczas lektury trudno mi było nie obracać w myślach zdania "sama bym tego lepiej nie ujęła".

W opowiadaniach Munro jest coś prawdziwego i niebanalnego. Dotykają sedna emocji i istoty rozczarowań, a przy tak subtelnej materii nie ma miejsca na fałsz. Nie ma pytań z gatunku „co bohater miał na myśli”. Nie ma prostych odpowiedzi. Każda z tych krótkich historii zagrała na moim poczuciu estetyki, ciekawości świata i drugiego człowieka, pozostawiając nie poddający się definicjom niedosyt. Niesamowite, jak duży potencjał ma tak krótka forma, jaką jest opowiadanie i ile treści można zmieścić między wierszami. Najwyraźniej „tak to bywa, kiedy naszym oczom odsłania się w całej swojej siermiężnej postaci to, co wcześniej było przedmiotem legend – rzeczywistość okazuje się wobec nich niedopasowana, niepoprawna”...

"Taniec szczęśliwych cieni" otworzył mi drogę do literackiego świata Munro, który jest zaskakująco i ujmująco bliski temu, co za każdym oknem, a który pomimo to wydaje się być absurdalnie intrygujący. Może to magia języka, może poczucie, że istnieje wspólnota doświadczeń, o których się na głos, na co dzień nie mówi, a o których tym chętniej się czyta. Zapraszając Was do lektury opowiadań sama siebie uspokajam, że „może jak się w kółko przemierza te same ulice, jeździ po tych samych drogach i ogląda to samo, reszta świata wydaje się absurdem”.


Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni
Przekład: Agnieszka Kuc
Wydawnictwo Literackie
Data premiery: styczeń 2013

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.