Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

13188 miejsce

Alicja w Krainie Czarów - recenzja filmu

O tym, jak się dowiedziałem dzięki komu moje buty, aparat fotograficzny i wiele przedmiotów w moim domu są "made in China"...

Ponieważ nie lubię hollywoodzkiej estetyki, kiedy "Avatar" wchodził na ekrany kin, postanowiłem poczekać na "Alicję w Krainie Czarów" Tima Burtona. Liczyłem na to, że autor "Gnijącej Panny Młodej" i "Jeźdźca bez głowy" zadziwi mnie ambitną i niekonwencjonalną interpretacją historii Carrolla Lewisa.

Co prawda oryginału nie czytałem, ale sądzę, że film jest nie do końca spójny z fabułą książki. Może gdyby Lewis Carroll był hollywoodzkim scenarzystą, ale z tego co wiem, był mieszkającym w Oxfordzie Brytyjczykiem, który mógł się raczej przyjaźnić z autorem "Wyznań angielskiego opiumisty" - sir Thomasem de Quinceyem - a nie z Bruce`m Willisem mieszkającym na wzgórzach LA.

Niestety Tim Burton uległ estetyce Disneya, a tym samym Alicja stała się typowo amerykańską bohaterką, której różne wcielania widzieliśmy na ekranie już wielokrotnie i muszę przyznać, że trójwymiar moim zdaniem nie ratuje filmu. Chyba trzeba będzie poczekać, aż technologia 3D stanie się bardziej dostępna dla niezależnych i ambitnych twórców; ciekawie byłoby zobaczyć np. film Davida Finchera zrealizowany w trójwymiarze. W przypadku Alicji mamy zaś do czynienia z - jak sądzę - raczej swobodną interpretacją tekstu Carrolla dla potrzeb amerykańskiej widowni w wieku 7-14 lat.

I chociaż w filmie nie brakuje zabawnych scen i dialogów, to jednak jest to obraz tak przesiąknięty hollywoodzką estetyką, a przy tym przewidywalny, że od pewnego momentu nie mogłem się powstrzymać od spoglądania na zegarek.

Jest co prawda w najnowszym filmie Burtona również kilka bardzo fajnych momentów, które w sam raz nadają się dla młodzieży w wieku ok 13 lat - np. o tym, że trzeba walczyć o swoje marzenia. Jak mówi sama Alicja: "czasem już przed śniadaniem wymyślam sześć niemożliwych rzeczy". Muszę przyznać, że całkiem nieźle, biorąc pod uwagę, że mi czasem nie udaje się nawet obudzić w czasie spożywania śniadania (sic!).

Bardzo fajna jest też scena na początku filmu, w której Alicja opowiada ojcu swój sen, pytając, czy zwariowała. W odpowiedzi słyszy: "oczywiście, jesteś kompletnie zbzikowana. Ale powiem ci w tajemnicy, że wszyscy ludzie, którzy są czegoś warci, są wariatami".

Alicja Tima Burtona to w pewnych sensie także opowieść o tym, że musimy się skonfrontować ze swoim strachem i że od podjęcia pewnych decyzji nie uda nam się uciec do króliczej nory. Nie jestem jednak pewny, czy młodzi widzowie zwrócą uwagę na ten komunikat.

Jeśli zaś chodzi o odpowiedź na pytanie, dlaczego większość mojej garderoby i sprzętów w domu jest "made in China", musiałem poczekać na koniec filmu.

Dosyć śmieszne jest to, że końcowa scena sugeruje, jakoby to właśnie Państwo Środka było ową "Wonder Land"... Czyżby Tim Burton i producenci filmu liczyli na dużą oglądalność w Chinach? Czyżby amerykański przemysł filmowy dawał jasne sygnały, że docenia chiński rynek? Cóż, dopóki technologia trójwymiarowa nie jest dostępna dla większości użytkowników PC, myślę, że twórcy filmu wciąż mogą liczyć na dużą liczbę sprzedanych biletów także w krajach, gdzie prawo autorskie raczej nie obowiązuje...

Zaś jeśli chodzi o sam koniec historii i chiński wątek - nie jestem pewny czy takie zakończenie wymyślił Lewis Carroll.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Oczywiście, że film ma mało wspolnego ze tekstem Alicji w krainie czarow, ktore czytalem w róznych tlumaczeniach. Poza pewnymi postaciami. Książka Carrolla zreszta wcale nie jest lektura dla grazecznych dziewczynek. Ale przeciez filmowcy mogą wykorzystywac każdy tekst w sposób, jaki im sie chce. Bo to jest swoboda twórcza.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zacytuję moją koleżankę, Julię Durzyńską, ponieważ mam do powiedzenia dokładnie to samo: "Film ogląda się z pełną świadomością, że jest to swobodna adaptacja oryginału, a jednak ciągle na tym samym poziomie i w tym samym klimacie:)".

Panie Marku - zgadzam się, że nie trzeba znać orginału, aby ocenić adaptację, która jest niezależnym dziełem. Ale, jak sądzę, trzeba znać orginał, aby adaptację z nim w jakikolwiek sposób wiarygodnie porównywać.

Dołączam do pytania Pani Joanny - o co chodzi z tym tytułem?? ;P

Komentarz został ukrytyrozwiń
Komentarz został ukrytyrozwiń

Szanowni Państwo,
chyba nie do końca zrozumieliście mój tekst.
Piszę, że "film jest chyba nie do końca spójny z fabułą książki".
Poza tym, Szanowy Panie Krzysztofie, czyżby tekst Alicji faktycznie kończył się podróżą do Chin? (Joanno, chyba przymknęłaś oko na końcu filmu).
Poza tym jak napisałem, zirytowała mnie disneyowska, czyli typowo amerykańska estetyka filmu.
Nie sądzę, że trzeba znać oryginał, żeby ocenić adaptację, która jest poniekąd niezależnym dziełem,.
Panie Krzysztofie, ciekawe jest to, że sam Pan pisze, iż "film jest bardzo wierny klimatowi oryginału". Jeszcze raz pytam - czy pod koniec książki Alicja zaczyna robić interesy w Chinach z byłym wspólnikiem swojego ojca?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Niestety, muszę się zgodzić z moim przedmówcą, Marku... Twoja recenzja jest nie tylko nieprofesjonalna, ale i mocno nietrafiona. Burton świetnie oddaje charakter Lewisa, a sama "Alicja" nie jest tylko bajeczką dla dzieci. Poza tym nie wspominasz ani słowem o muzyce, kostiumach, grze aktorskiej, scenografii... A już samo wydawanie sądów o tym, że film mija się z książką, pisząc jednocześnie, że się tej książki nie czytało, jest mocno nieprzystojne. I niespecjalnie rozumiem wciąż tytuł - co tam było chińskiego? Że niby smok?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Poziom tej recenczji został podkopany w jednym z pierwszych zdań: "Co prawda oryginału nie czytałem, ale sądzę, że film jest nie do końca spójny z fabułą książki".
Chyba jednak warto przeczytać - nie jest ona szczególnie długa, w sam raz na jedno popołudnie / wieczór - dopiero potem wydawać sądy na temat zgodności filmu z orginałem. W przeciwnym razie jaką wartość merytoryczną ma Pana osąd? Wróżenie z fusów dałoby wypowiedź o tym samym poziomie prawdziwości.
Ja sądzę, a w przeciwieństwie do autora recenzji - obydwie książki L.Carrolla przeczytałem, że film jest bardzo wierny klimatowi orginału i to w zupełności wystarczy, aby się nim zachwycić. Zarówno w powieści, jak i w filmie delektować się można absurdalnym humorem i logiką prosto ze snu, nie rozumiem w jaki sposób można to oceniać, skoro się książki / -ek nie przeczytało, właściwie w takim razie domyślam się, że nie do końca był Pan świadomy, z jakiego typu opowieścią przyjdzie się Panu w kinie zmierzyć?? Cóż, Pana przypadek w klasyfikacji aburdalnośći spokojnie mógłby stanąć w szranki z zaskakującymi przygodami Alicji w Krainie Czarów...
Kto oglądał i czytał (lub w przeciwnej kolejności: przeczytał i oglądał) trylogię "Władca pierścieni", i docenia, z jakim pietyzmem filmy P. Jacksona oddały prozę Tolkiena, ten ze spokojną głową może się na Alicję wybrać - adaptacja tak samo doskonała! Wizualna orgia i pokarm dla wyobraźni.
Pozdrawiam,
Krzysztof

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.