Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

17929 miejsce

Alpy. Tragiczne zejście z Matterhornu

Oparte na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce jesienią w 2006. Przypominam ze względu na pamięć o dwóch zaginionych polskich himalaistach w wyprawie na Broad Peak. Groza gór jest nie tylko fotogeniczna, bywa często zabójcza.

Północna ściana Matterhornu / Fot. B. Romer KukulskaAREK
Weszliśmy do chatki, gdy zaczęło zmierzchać. Bardzo się pomyliliśmy, wpisując wczoraj w księdze pamiątkowej: "Jutro wchodzimy na szczyt i schodzimy do schroniska Hörnli.* Nie będzie drugiego noclegu w Solvayu*". Dziewczyny zakrzątnęły się. Po sześciu osobach, które tu również spędziły ostatnią noc, nie zostało najmniejszego śladu. Dziś o świcie zeszły do schroniska Hörnli. Teraz wszystko zastaliśmy w idealnym porządku, poskładane przez nas koce na czterech łóżkach były nietknięte, takie jak zostawiliśmy tego ranka. Czuło się chłód. Niebo zaciągnęło się gęstymi chmurami. Zapowiadane załamanie pogody nadeszło prędzej niż przewidywaliśmy. Wilgotność zwiększała się z każdą chwilą i dawała o sobie znać przenikającym zimnem. Tydzień temu w Dolomitach mieliśmy pogodę na blachę, a wejście na trzytysięcznik nie zmęczyło tak dziewcząt. Gocha dawała sobie świetnie radę. Dziś było trudniej, wykończyła nas koncentracja oraz napięcie nerwów i mięśni przy każdym ruchu nogą, tak przy wejściu jak i zejściu. Oddychało się ciężko i z trudem. Tam na szczycie przez 15 minut satysfakcja znieczuliła i przyćmiła trud i jego skutki. Teraz nie tylko ja bez sił opadłem na łóżko głęboko oddychając, Mariusz także.
Za oknem zaczęło prószyć.
- Nie ma co, jutro zdecydujemy co dalej - powiedziałem. - Dziś i tak niczego nie wymyślimy. Napijmy się gorącej herbaty. Zasłużyliśmy.
Ola wyjęła z plecaka czekoladę, kabanosy, pumpernikiel. Niewiele tego - pomyślałem, lecz nie powiedziałem głośno. Jeden, dwa dni nie umrzemy z głodu. Ile dni przyjdzie nam tu czekać na słońce i błękit nieba?
- Arku, nie dumaj. Pij teraz póki ciepłe - Ola podała mi parujący kubek.
- Słuchajcie - zaczęła Gocha uśmiechnięta jak zawsze - jeszcze nie mogę uwierzyć, że wreszcie udało mi się wejść na tę górę. Kiedy rok temu byliśmy tutaj ten wystający skalny róg - horn nie chciał nas wpuścić na swój grzbiet. Wyraźnie "odmówił gościny". Dziś mu się nie udało i nareszcie wleźliśmy mu na kark, na szczyt. Jest nasz!
- Jest naszym pierwszym wspólnym czterotysięcznikiem - uściślił Mariusz.
- To kiedy następny?
- Gocha, jeszcze nie myślimy o następnym, jeszcze nie jesteśmy w domu - nie miałem odwagi powiedzieć jej, że nie wiem jeszcze, jak i kiedy zejdziemy do wsi Zermatt. Musimy wypocząć, przede wszystkim wyspać się. Jutro jakoś to będzie, coś zdecydujemy.
Nie mogłem zasnąć. Cały czas rozważałem, co im powiedzieć o świcie. Przeczekać tutaj to załamanie pogody? W końcu trochę przymusowego postu nie zaszkodzi, a z pragnienia nie umrzemy, przecież możemy stopić śnieg. Ale jeśli to potrwa tydzień? Nie. Na pewno nie. Jutro będzie wszystko dobrze... Teraz spać! Spać. Jak dobrze jest móc spać leżąc. Sen to lekarstwo. Przykryłem kocem Olę w śpiworze. Spała. Naciągnąłem także na siebie koc. Mariusz i Gocha spali trzymając się za ręce. Wszyscy byli zadowoleni z wejścia na szczyt. Mnie chodziło po głowie, co czeka nas jutro? Śnieg? Deszcz? Mgła? Błękit nieba? I wreszcie, dobre walizejskie piwo w Zermatt? Do Warki mu wprawdzie daleko, ale rok temu bardzo nam smakowało, chociaż nie było powodu do radości. Spać, spać! Teraz muszę spać...
Cholera! Nie mogę zasnąć. Człowiek ciągle musi coś wybierać. Stoję wobec ryzyka podjęcia decyzji, wybrania optymalnej opcji. Jakiś lęk zakradł się w moją duszę, sam nie wiedziałem, czego się bałem. Czym jest strach? Nigdy go nie odczuwałem tak dotkliwie. Zawsze mi się wszystko udawało, wszystko było łatwe i proste. Teraz męczyło mnie, co ja nazajutrz im powiem. Nie mogłem wczoraj powiedzieć, że powinniśmy byli zejść do schroniska, zamiast wchodzić na szczyt. Koniecznie chcieli wejść w tym roku. Wybraliśmy najłatwiejszą drogę granią Hörnli, ale kto przypuszczał, że zajmie nam to aż tyle czasu, że zmiana pogody będzie o kilka godzin wcześniej?...no i to zimno.... nie.... teraz już nie ma co roztrząsać tamtych decyzji. Musimy dojść do schroniska zanim pogoda całkiem się sknoci.
Świta. Chyba się zdrzemnąłem. To dobrze, oni także spali. Mariusz obudził się pierwszy, zagotował trochę wody. Resztkę. Ale woda to nie problem. Na zewnątrz przyprószyło na biało, teraz chyba pada deszcz. Zjedliśmy po kromce pumpernikla z jakimś serem. Dziewczyny poskładały koce, my śpiwory. Wszyscy jesteśmy zgodni, że musimy schodzić. Na siebie wkładamy wszystko, co mamy do ubrania i jeszcze na to wdziewamy kurtki.
- Nie zapomnijcie raków - przypominałem. - Zaraz trzeba będzie je założyć. Mamy tylko dwa plecaki, w których wszystko musi się zmieścić, choć jakoś tego jakby było mniej. Żarcia jest mało. Za mało, by tu siedzieć tydzień - ba, 3 dni nawet! Przesądza sprawę sms od Jurka z Warszawy, że od jutra pogoda się jeszcze bardziej pogorszy. Zatem ponownie rozważamy - albo schodzimy natychmiast, albo czekamy o głodzie i chłodzie.... Wszyscy zdecydowali się na wyjście. Nie wiem sam, czy spadł mi kamień z serca czy na serce. Mariusz zarzucił już plecak na ramiona i czeka. Dziewczyny zakładają kaski i latarki czołowe. Zamknąwszy drzwi chatki poczułem jakiś niepokój i wątpliwość. A może lepiej tu poczekać?
- No, chodźcie. Nie guzdrajcie się - pośpiesza Mariusz.
Mariusz jest graczem, pokerzystą. Także życiowym, zawsze lawiruje między możliwym i niemożliwym. Dla niego igranie z losem jest normą. Jak zawsze idę pierwszy, za mną Ola, Gocha i Mariusz ostatni. Psiakrew, nic nie widać. "Czołówka" nie rozprasza mgły, dlatego z kieszeni kurtki wyjmuję dodatkową latarkę, ale ona również daje blade światło i nie mogę znaleźć szlaku, którym tu przyszliśmy. Chyba przegapiliśmy skręt w lewo na trawers. Przedwczoraj wchodziliśmy najłatwiejszym wariantem, więc teraz staram się iść na wyczucie tą samą drogą. Śnieg przykrył ślady, co nie ułatwia schodzenia. Kamienie są niestabilne, jest krucho i ślisko. Już dzień, nawet południe, a my posuwamy się w "mleku" krok za krokiem. Boże, jak ten czas leci! W tym tempie nie dojdziemy do schroniska. Poczułem jak drżą mi mięśnie ud i łydek. To chyba pierwszy raz w życiu, hm... ze zmęczenia? To niemożliwe, aby strach mnie obleciał? Niepokój nie sprzyja w górach. Odpędzam te myśli. Chwilami widoczność poprawia się i możemy, chociaż ciągle powoli, ale za to odważniej, schodzić w dół . Wreszcie zjeżdżamy wszyscy po kolei ze stanowiska.
Już czwarta po południu, a szaro jak o zmierzchu. Dziewczyny są zmęczone. Wiążemy się linami. Pytałem przedtem, ale nikt nie chciał liny. Teraz koniecznie musimy się asekurować. Zaczyna się pionowe zejście z pomocą lin i poręczy. Staramy się schodzić z lotną asekuracją, choć czasem trzeba się zatrzymać na stanowisku i asekurować sztywno. Akurat stoimy na małym występie skalnym, gdzie mieścimy się w trójkę. Mariusz jest kilka metrów nad naszymi głowami. Czekamy na niego bezskutecznie. Gocha woła Mariusza. Ola się niepokoi, a ja nie rozumiem i zadaję sobie pytanie: na co on czeka ? Błagamy Mariusza, aby się pośpieszył, czas naprawdę nas nagli. Widoczność jest coraz gorsza.
- Mariusz ! Złaź wreszcie! - wrzeszczy Gocha.
No, to ładny "bal", pomyślałem, bo zrobiło się ciemnawo. W dole przez chwilę wyłoniło się z mgły schronisko. Uff- odetchnąłem. Mamy je tak blisko, bez mała na rzut kamieniem. Bez Mariusza nie możemy się ruszyć dalej. Zapada zmrok. Patrząc na Mariusza, próbuję zadzwonić do niego, on zachowuje się, jakby nas słyszał.
Cholera!! Chyba jego bateria się rozładowała. Jest coraz ciemniej... W dole widzimy światła w schronisku oraz w namiotach. Dajemy im znaki latarkami. Odpowiadają nam. Posyłam SOS. Gochy telefon jeszcze ma dobre baterie. Numer telefonu do schroniska jest zapamiętany w telefonie u Mariusza. Postanawiam alarmować 112. Cholera! Siada bateria. Na szczęście meldunek przyjęto, gdyż jeszcze odbieramy odpowiedź. Maariuusz!!- wrzeszczymy cała trojką. - Mariusz, pomoc wezwana, zaraz tu będą po nas. Mariusz macha do nas ręką, ale tak jakoś bez entuzjazmu, jakby od niechcenia.
CZYTAJ DALEJ ---->>

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (10):

Sortuj komentarze:

Pani Basiu - ma Pani krew mrożącą żyły . Po co walczyć z wiatrakami .? Proszę się pocieszyć zwycięstwem Chrystusowym On nie tylko został ukrzyżowanym ,? ale przede wszystkim z martwych powstał , i żyje wiecznie już i wstawia się za wierzącymi Jemu samemu On Pan Panów jest zawsze blisko , tylko jest ta różnica On król królów jest teraz w duchu , a my ludzie grzeszni , wciąż w tych grzesznych ciałach , i mamy problem w nawiązaniu czystej łączności z Nim Panem i Bogiem wszelkiego stworzenia.1 A Chrystus zrobił wszystko abyśmy mieli z nim społeczność w duchu i w prawdzie. Amen. Pozdrawiam serdecznie Brat Roman.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"teoria wzajemności portalowej autorów" - króluje. Ja nie podbijam, to i mnie nikt nie podbije.;[ A sens? nie ważny. ;[
mimo tego zostaje bez piórek.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Masz racje Barbaro, szkoda ze artykul zostal pominiety ze stony redakcji.
Moim zdaniem powinien byc chocby na liscie wyroznionych.
Gratuluje piora

Komentarz został ukrytyrozwiń

@ Marcin R. Ma Pan rację Matt jest dla każdego, ale od tej łatwej strony. Ba! nawet mistrzowi wystarczą 2,5 godziny by wbiec i zbiec z niego tą drogą. Natomiast strony północna i inne ścieżki, należą do b. trudnych nawet dla wytrawnych wspinaczy. W Muzeum w Zermatt, Polscy wspinacze mają swoje miejsce. Tak więc wszystko zależy od... ?

Komentarz został ukrytyrozwiń

polecam też art. link
"o wypadkach polskich alpinistów"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Opowiadanie powstało na prośbę szefa ratownictwa w Zermatt Bruno Jelka - znanego na całym świecie. Jest wielkim przyjacielem polskich wspinaczy, a ten wypadek młodych ludzi poruszył go także. Nazwał go "polska odwaga"

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo współczuje bohaterom historii bo przeżyli koszmar. Nie ma co jednak demonizować Matterhorna, który jest prostą górą i osiągalną dla każdego kto ma trochę doświadczenia górskiego, kondycji i wyobraźni. Co dziennie jak pogoda dopisuje na jego szczyt zmierzają setki osób, aż robią się korki. Także Matt jest dla każdego. Ale historia niech służy wszystkim za przestrogę, że jednak w górach nie ma żartów.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Historia jest autentyczna. Zmieniłam imiona bohaterom opowiadania. Przyznaje, że wydarzenie zrobiło na na mnie mocne wrażenie i wywołało uczucia wzruszenia, współczucia i złości, by nie powiedzieć zdenerwowania. Chyba nie muszę mówić dlaczego.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawy fragment , ale nie chce tam być to pachnie zamarznięciem .Nie.!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Gor nie wolno zdobywac lekcewazac zejscie, euforia po zdbyciu szczytu czesto jest zgubna. Doskonale sie czyta, to wstrzasajace opowiadanie i zarazem wzruszajace.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.