Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

13349 miejsce

Ameryka Południowa – skarbnica wiedzy medycznej

Prof. Zdzisław Ryn odbył ok. 50 podróży do Ameryki Południowej. W samym Chile był 39 razy – to praktycznie jego druga ojczyzna. Jest specjalistą od medycyny górskiej, członkiem prestiżowego nowojorskiego The Explorers Club. W księgarniach ukazała się niedawno jego książka popularnonaukowa: "Medycyna indiańska".

Zdzisław J. Ryn w rozmowie z szamanem Rosendo Marin López nad Laguna Yarinacocha (Peru), fot. archiwum autora Skąd fascynacja Ameryką Południową?
– Zaczęło się w 1973 r. od wyprawy do Patagonii w Andy. Była zaplanowana na 4-5 miesięcy, ale ze względu na zamach stanu w Chile przedłużyła się do 14 miesięcy. Wtedy zwyczajnie zachorowaliśmy na tę Amerykę. Przeżyliśmy tyle przygód – z przyjaźnią, zdradą, emocjami, lękiem, fascynacjami, i rozwodem, i małżeństwem zawartym podczas tej wyprawy.
Już wtedy jako lekarz niemalże węszyłem za indiańskimi sposobami leczenia. To jest fascynujący świat. Przez 30 lat gromadziłem materiały. Tam funkcjonują dwa światy medycyny – w dużych miastach medycyna naukowa, profesjonalna, a na prowincji miliony Indian korzystają z pomocy curanderos.

Kim jest curandero?
– To powszechne określenie uzdrawiacza. To postać znacząca w każdej grupie społecznej. Spełnia rolę i lidera, i po części wodza, i strażnika wartości etyczno-moralnych, obyczajów i tradycji. Jest i filozofem, i medykiem, i trochę kapłanem. Currandero łączy w sobie funkcje, które my w świecie cywilizowanym rozdzieliliśmy. Jest kapłanem, bo pośredniczy między bóstwami i duchami przodków a nami. Robi to poprzez trans psychodeliczny. Dla mieszkańców Ameryki Południowej granica między rzeczywistością a światem marzeń sennych, magii i duchowości jest bardzo płynna. Właściwie jej nie ma. Dla curandero interpretacja marzeń sennych jest tak rzeczywista, jak dla nas badanie ciepłoty ciała czy poziomu globulin. Stąd się zrodziło w literaturze latynoamerykańskiej pojęcie rzeczywistości magicznej.

Czy podczas podróży po Ameryce Południowej był Pan świadkiem uzdrowień?
– Uczestniczyłem w wielu seansach terapeutycznych, czy jak oni mówią "ceremoniach", będących także pewnego rodzaju widowiskiem. Minionego lata, w czasie ostatniej podróży do Peru, zabrałem grupę moich młodszych kolegów. Nad Ukayali, nad jeziorem Yarinacocha, spędziliśmy tydzień mieszkając w szałasach z Indianami, obserwując się nawzajem. Tam po raz pierwszy uczestniczyłem w ceremonii ayahusca. To nazwa jednej z roślin halucynogennych. Szamani używają roślin zawierających alkaloidy, który wywołują iluzje, halucynacje, jednym słowem trans psychodeliczny. Dopuścili nas do uczestniczenia w całonocnej ceremonii. Curandero pozwolił nam na obecność w szałasie, gdzie prowadził terapię jednego z pacjentów, Indianina.

Jak wyglądał ten seans?
– Szałas szamana, jego konsultorium, znajduje się zawsze na skraju wioski, gdzie jest cisza, spokój. Na początku zapalona jest tylko jedna świeca, która rozprasza ciemności. W szałasie curandero był ze swoim asystentem – i pacjent.
My na obrzeżu szałasu obserwowaliśmy w milczeniu. Moim zdaniem pacjent cierpiał na zaburzenia o charakterze psycho-somatycznym. Miał dolegliwości żołądkowo-sercowe, ale wynikające z konfliktu wewnętrznego. Napięcia psychiczne i frustracje odezwały się w postaci fizycznych objawów. Pacjent, szaman i asystent wypili wywar z kłącza ayahusca. Ayahusca znaczy "liana śmierci" – to krzew, który się wije po drzewie i w końcu je dusi. Po wypiciu wywaru, szaman okadził pacjenta. Po 20 minutach weszli w trans halucynacyjny. Asystent, który po raz pierwszy pił ten napój, zaczął nagle strącać coś z siebie. Mistrz powiedział, żeby się nie bał i zapytał, co się z nim dzieje. Asystent odpowiedział, że ma wrażenie, że węże oplatają jego ręce. Po chwili zaczął coś łapać w powietrzu. "Co teraz robisz?" – zapytał curandero. "Zrywam rośliny lecznicze, które widzę przed sobą". "One w rzeczywistości nie istnieją" – odpowiedział mu mistrz.

Trans psychodeliczny, w który wchodzi się po wypiciu mikstury polega na tym, że nie traci się krytycznego wglądu na to, co się przeżywa. Curandero nie tracą kontaktu z rzeczywistością, a równocześnie mają wizje. W transie szaman zaczął śpiewać. Najpierw pojedyncze monotonne rytmy, na jednej, dwóch nutach. Rozwinęło się to w pieśń, w skandowanie. Możliwe, iż ten rytm z prostymi instrumentami perkusyjnymi Indianie dopasowują do czynności bioelektrycznych mózgu, co ułatwia wchodzenie w trans.

Pacjent został do połowy rozebrany. Szaman badał go za pomocą masażu – od dolnych części ciała do głowy i z powrotem. W pewnym momencie jakby wydobył z pacjenta obce ciało. W kosmowizji indiańskiej choroba jest spowodowana jakimś przedmiotem, który wtargnął do wnętrza, albo ktoś rzucił zły urok, albo wprowadziły go złe duchy czy zwierzę, np. żaba. Curandero w symboliczny sposób wydobywa ten przedmiot i odrzuca go. To są gesty. Ale w transie psychodelicznym ten gest trafia głęboko w podświadomość pacjenta. Indianie wierzą, że magiczne działania curandero są skuteczne. Z jednej strony zdają sobie sprawę, że jest to symbol, ale z drugiej – tak głębokie przeżycie emocjonalne wpływa także na psychosomatykę, zwiększa siłę odpornościową organizmu.
Po godzinie doznania halucynacyjne minęły. Szaman nadal śpiewał, pacjent był zrelaksowany. Curandero rozmawiał z nim, pytał, co odczuwa. Właściwie był to rodzaj wywiadu lekarskiego.

Niesamowity jest tak bliski kontakt uzdrowiciela z pacjentem.
– To podstawa. Seans trwa długo, a szaman bardzo się koncentruje na swoim pacjencie. U nas jeden terapeuta prowadzi terapię grupową z kilkoma osobami i jest z góry na straconej pozycji. Nie sposób współbrzmieć z wieloma pacjentami; z jednym jest czasem trudno znaleźć nutę porozumienia, także emocjonalnego. Tam pacjent jest jeden, w centrum, a curandero angażuje do terapii najbliższe otoczenie, rodzinę chorego, a nawet całe pueblo, jak np. u Indian Mapuchów na południu Chile. Indianie jeżdżą konno wokół wioski i odpędzają złe duchy. Gdy pacjent, nawet w depresji, widzi, jak ogromne wsparcie otrzymuje, nie tylko od rodziny czy uzdrawiacza, ale od całej społeczności, nie ma innego wyjścia, jak wyzdrowieć. Cała wioska bierze udział w szeregu bardzo precyzyjnych obrzędów, które mają charakter magiczny – z muzyką, z tańcami, z kadzidłami. To rodzaj pantomimy. Chory czuje jakby wszyscy przekazywali mu życzliwość i pozytywną energię. Przeżywa duży wstrząs emocjonalny, co niewątpliwie wpływa na zwiększenie odporności. Fot. mat. wydawcy


Pisze Pan także, że w przypadku niektórych chorób fizycznych stosuje się np. pocieranie drewnianą łyżką, świnką morską. Czy to też ma na celu bardziej działanie na podświadomość?
– Myślę, że na sferę magiczną. My ze wstydem przyznajemy, że w naszych cywilizowanych populacjach również istnieje margines magii. Czasem sobie tego nie uświadamiamy. Np. sportowcy przed zawodami robią rozmaite ruchy – a to się żegnają, a to modlą, albo ściskają jakieś amulety, dziewczyny kręcą na palcu włosy. A obsesje, które nas otaczają? Człowiek współczesny i wykształcony wypiera ze świadomości magię. A ona wciąż w nas tkwi – atawistyczna pozostałość naszego rozwoju. Indianie przywiązują do tej sfery znacznie większą wagę niż my. My na ogół bagatelizujemy nasze atawizmy, mówimy, że to przesądy. A przecież to część naszej osobowości.

W medycynie indiańskiej ważne jest oczyszczenie.
– Jednym z podstawowych zabiegów jest limpia, czyli oczyszczenie. Curandero nie przystąpi do leczenia, dopóki nie oczyści pacjenta – w znaczeniu catharsis. Jeśli chory ma na sumieniu jakieś grzeszki, skrzywdził kogoś, ubliżył, ukradł coś, naruszył tabu czy zasady etyczno-moralne, to curandero najpierw – jakbyśmy użyli naszego języka – rozgrzesza go, spowiada. Inkowie stosowali np. zbiorowe spowiedzi na placu ceremonialnym, cała społeczność się spowiadała.
Curandero najpierw oczyszcza, żeby uwolnić od poczucia winy. W kulturze judeo-chrześcijańskiej taką rolę spełnia kapłan, który spowiada i rozgrzesza. Curandero też "może rozgrzeszyć". Odbywa się to przez rozmaite techniki limpii – albo przez pocieranie jajkiem, które przejmuje chorobę, napięcie czy węzeł emocjonalny, albo właśnie przez pocieranie świnką morską, którą się potem zabija, otwiera wnętrzności i szuka, gdzie się mieści choroba. To oczywiście jest magia. Trudno uwierzyć, żeby świnka morska mogła przejąć od człowieka chorobę, ale takie gesty trafiają w ich magiczne myślenie. Indianie mają poczucie, że choroba została zlikwidowana – nie w sensie somatycznym, ale w sensie węzła emocjonalnego. Chory wchodzi w stan głębokiej relaksacji, który sprzyja terapii. Uzdrowiciel dopiero wtedy przepisuje odpowiedni zestaw ziół, środków mineralnych czy zabiegów fizykoterapeutycznych, jak masaż, techniki ucisku, ugniatania – wszystko, co także my stosujemy w rehabilitacji.

Dla Indian ważne jest działanie temperatury.
– Oni mają koncepcje choroby z ciepła i zimna. Są środki lecznicze na ciepłe choroby i na zimne. Ten podział też jest odrobinę magiczny, ale z drugiej strony my dziś też wierzymy, że z przeciągu można się przeziębić, ruch powietrza także u nas odgrywa pewną rolę. A tamten wiatr jest jakby nośnikiem ducha. Przypomnijmy sobie biblię na trumnie Jana Pawła II, którą zamknął wiatr. Dla wierzących to było działanie Ducha Świętego. To był moment łączności świata materialnego z duchowym. Indianie nie mieliby najmniejszej wątpliwości, że to bóstwa tak oddziałują. U nich jest to jeden świat. Dlatego efekty leczenia bywają dla nas czasem zaskakujące. Tak jak u nas się zdarza przy solidnie prowadzonej psychoterapii: pacjent traci poczucie lęku – i przy okazji cofają się objawy somatyczne.

Indianie dużą wagę przywiązują do równowagi między światem żywych, natury i duchów.
– Ta zasada równowagi, harmonii, a więc zgody, złagodzenia konfliktów. Podłożem większości zaburzeń nerwicowych są sytuacje konfliktowe – albo z samym sobą, albo z najbliższymi. Curandero bada, co jest źródłem konfliktu. Uzyskuje to w rozmowie, także w wywiadzie z otoczeniem. Pełni rolę psychiatry, analizuje sytuacje konfliktowe pacjenta i na tej podstawie stawia diagnozę i zaleca, co trzeba zmienić. Indianie rozumieją harmonię w tym wymiarze, który cywilizowany świat zaprzepaścił. My się odgrodziliśmy od natur. Rzadko kładziemy się na ziemi, rzadko śpimy pod otwartym niebem, rzadko dotykamy roślin. I w ten sposób zatracamy poczucie jedności z przyrodą. Druga zasada to zasada przeciwieństw. Indianie głęboko wierzą, że w naturze nie może powstać żadna choroba, dolegliwość, na którą w tej samej naturze nie byłoby leku. To jest podstawowa, prosta mądrość, nad którą warto się zastanowić.

Czy medycyna uniwersytecka może otworzyć się na medycynę naturalną? Wielu lekarzy odrzuca mądrość medycyny ludowej, a przecież w wielu przypadkach medycyna konwencjonalna jest bezradna.
– Jednym z motywów napisania tej książki była próba budowania pomostów. Aby to, co jest wartościowe, bo wypróbowane przez tysiące lat, przenieść na nasze podwórko. Przecież około tysiąca leków, które stosujemy w nowoczesnej farmakoterapii, pochodzi z produktów naturalnych. Teraz je syntetyzujemy, ale natura już przed tysiącami lat zsyntetyzowała te środki. Instytut Farmacji Collegium Medicum w Krakowie podjął współpracę z peruwiańskim Uniwersytetem w regionie Ukayali. Będziemy weryfikować rzeczywistą wartość wielu produktów leczniczych, żeby pokazać, co ma naukową uzasadnioną wartość medyczną, a co jest tylko kwestią wiary.

Lekarze konwencjonalni często przestrzegają przed korzystaniem z usług niekonwencjonalnych uzdrawiaczy, nazywając ich szarlatanami.
– To bardzo delikatny problem rozróżnienia, co jest etnomedycyną, w moim przypadku etnopsychiatrią, a szarlatanerią. Grasuje po świecie wielu szarlatanów, dla których jest ważny interes własny, a nie dobro chorego. Curanderos i szamani troszczą się o chorego i wykorzystują swą wiedzę, żeby mu pomóc. Szarlatan wykorzystuje pacjenta, żeby zarobić.

Może prawdziwi specjaliści od etnomedycyny powinni mieć specjalne certyfikaty, żeby można ich było odróżnić od oszustów.
– Ministerstwa zdrowia Meksyku i Peru wprowadziły takie certyfikaty. Są już szpitale, gdzie lekarz współpracuje z curandero. Czasem lekarz nie zna języka, więc curandero jest często tłumaczem. A gdy dochodzi do zabiegu chirurgicznego – interweniuje lekarz. To jest droga, jak można te dwie drogi medycyny połączyć. Większe zainteresowanie medycyną "uniwersytecką" przejawiają uzdrawiacze niż lekarze – medycyną ludową.

Przeczytaj także: Tajemnice indiańskiej medycyny

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

podpisuję się pod słowami Marcina. No oprócz tego czekania, bo trudno czekać na coś, o czym się nie ma pojęcia, że nastąpi :) świetne

Komentarz został ukrytyrozwiń

Super Magdo! Dzięki za ten ciekawy wywiad. Długo czekałem :>

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.