Jak pokazuje statystyka największa fala polskiej emigracji na Wyspy Brytyjskie jest już najprawdopodobniej za nami. Szacuje się, że w Anglii, Szkocji, Walii, a także Irlandii żyje i pracuje kilkaset tysięcy przybyszów znad Wisły. Nie da się ukryć, że nasz kraj na tym ucierpiał, bo jak inaczej traktować odpływ lekarzy, pielęgniarek, budowlańców czy - co gorsza - studentów. Ci, którzy wyjechali tuż po otwarciu rynku pracy w Wielkiej Brytanii i Irlandii rzadko decydują się na powrót. Trudno się dziwić, skoro zarobki są nawet dziesięciokrotnie wyższe, a to z pewnością w znaczącym stopniu decyduje o ich poziomie życia. Pogoń za funtem i euro (w przypadku Irlandii) osiągnął taki stopień, że na emigrację decydowali się często ludzie, którzy w Polsce mieli małe szanse na znalezienie jakiegokolwiek zajęcia, chyba że mówimy o spędzaniu czasu pod budką z piwem. Właśnie takich ludzi spotkałem podczas swojego pobytu w Anglii, to oni najbardziej zwrócili moją uwagę. Oni są prawdziwymi bohaterami emigracji, bo - jak pokazują fakty z ich życia na obczyźnie - nie mieli żadnych predyspozycji i nadziei na lepszą przyszłość. Bez języka, bez środków do życia, bez większych umiejętności, bez większej przebojowości. A jednak dali radę...
Pomysłowy Zdzisiek
Zdzisław to pan po czterdziestce, o ciemnych włosach, wyglądem przypominający nieco Janka Borysewicza z Lady Pank. Bez przednich zębów, ubrany w skórzaną kurtkę, do tego spodnie dresowe i skórzane buty. Do Anglii wysłała go żona, bo nie mogła już znieść jego ciągłego spędzania czasu przed komputerem i braku zainteresowania siedmiorgiem dzieci. Dostał pieniądze, bilet z Warszawy do jednego z brytyjskich miast i adres do znajomej, która miała mu zapewnić nocleg i wyżywienie, do czasu aż nie znajdzie pracy oraz lokum.
Jego znajomość na temat Wielkiej Brytanii i miejsca, do którego się udawał była znikoma: „Jak to się właściwie mówi: senk ju, penk ju czy denk ju?”- pytał. Nie chodziło jednak tylko o język, ale także o sposoby szukania pracy.
W brytyjskim JobCentre nie potrafił szukać ofert: - Ja nie idę do tego ich pośredniaka, ja te oferty ich pracy już mam, nic tam interesującego nie znalazłem. Zdzisław był raczej zainteresowany rozkręceniem własnego biznesu. Chciał być na swoim, pokazać wszystkim jak się robi interesy. Był zdumiony, że na angielskich ulicach jest tak brudno, że nikt nie sprząta latających wszędzie śmieci. Marzył o założeniu firmy, która zajęłaby się sprzątaniem ulic. - Zatrudnię kilku Polaków, kupię im miotły, szufelki, a ja będę siedział i liczył pieniążki aż miło - sądził.
Niestety, brak znajomości języka uniemożliwiał mu zajęcie się kwestiami formalnymi, bo przecież firmę wypadałoby zarejestrować. Nie poddawał się jednak i wierzył, że uda mu się zrealizować cel, dlatego chodził po ulicach i pytał przechodniów o to, gdzie zakłada się firmę. Dziwił się, że nikt nie rozumie języka polskiego. - Jesteśmy w Unii, czemu ja muszę się uczyć tego ich angielskiego, a oni nie mogą się nauczyć polskiego? - mawiał.
Po spędzonych kilku dniach w Anglii Zdzisiek nabrał pewności siebie, dzięki czemu do głowy wpadały mu pomysły w tempie kilkunastu na minutę. Myślał o założeniu firmy sprzątającej wystawy sklepowe, chciał zebrać kilku chłopaków i wyremontować sypiący się wiadukt, znajomym znającym język kazał dzwonić do firm, których numer uzyskiwał przez spisywanie z reklam na samochodach.
- Słuchaj, zadzwoń mi tutaj pod ten numer, na samochodzie były namalowane okna, więc pewnie firma zajmuje się ich czyszczeniem. Może kogoś potrzebują?. Pierwszą pracę załatwili mu znajomi. Miał być elektrykiem - „złotą rączką”. Niestety, dosyć szybko z niego zrezygnowano, nie chodziło jednak o brak umiejętności w tym zakresie, a notoryczne spóźnianie.
Kiedy pierwszego dnia podjechał po niego szef, zastał go w łóżku i musiał na niego czekać ponad godzinę. W końcu wyszedł z jednym śrubokrętem w kieszeni. Zatrudniający go człowiek zwolnił go po niecałych dwóch tygodniach: - Nie przyjechał po mnie, to pomyślałem, że roboty nie ma, że mam wolne, a on, że ja znam drogę i mogę sobie sam chodzić do pracy. Niech mi da spokój z takim traktowaniem.
Z kolejnej pracy u Pakistańczyka sam zrezygnował: - Nie będę zapieprzał jak głupi za trzy funty i zbierał jakieś głupie pietruszki. Przecież jak oni mnie przywozili po całym dniu do domu, to rzucali mnie pod drzwi i tak leżałem, bo nie miałem siły wstać.
Zdzisiek doskonale zdawał sobie sprawę, że niedługo cierpliwość ludzi, którzy go „goszczą” się skończy, dlatego oprócz pracy, szukał także lokum. Znalazł go szybciej niż myślał. W budynku obok było mnóstwo wolnego miejsca, co prawda bez dostępu do prądu, wody i bez ogrzewania, bo był to ...pustostan, ale: - Przynajmniej jestem na swoim. Słyszałem, że jeśli będę w takim pustostanie siedział ponad 2 lata to brytyjski rząd nada mi prawa do tego budynku - mówił Zdzisław.
Z jedzeniem także radził sobie nieźle. Doskonale wiedział, w którym kościele, kiedy i o której godzinie odbywają się msze lub nabożeństwa (jeśli chodzi o kościoły protestanckie). To właśnie tam dostawał od współwyznawców żywność, niekiedy po spotkaniu zawożono go pod drzwi „jego” domu. - We wtorek o 16 jest takie spotkanie w jednym kościele na końcu miasta, wyjdę trochę wcześniej to spokojnie zdążę. Dają tam super ciastka - opowiadał.
Po dwóch latach spędzonych na Wyspach, Zdzisiek dostał stałą pracę – przygotowuje jedzenie w jednym z barów w centrum miasta. Ściągnął żonę i dzieci. Żona pracuje razem z nim, są szczęśliwi, że udało im się ułożyć na nowo życie. Nie myślą o powrocie, bo po co? W Polsce żyli na zasiłku, on nie pracował. Teraz jest inaczej, on cały czas myśli o założeniu własnej firmy.
Marian alkoholikNa Wyspy Brytyjskie Marian udał się w przekonaniu, że jest człowiekiem doświadczonym i nic złego mu się nie może stać, nawet jeśli Anglia jest dla niego krajem obcym i zupełnie nieznanym. Jego pewność siebie tłumaczyć można było przede wszystkim tym, że 10 lat spędził w Niemczech, pracując w jednej z fabryk. - Wyrzucili mnie za alkohol, zresztą żona mnie też zostawiła, bo piłem. Teraz się odkuję, bo tu fajki drogie, wódka droga – jakiś taki nieżyciowy kraj, nawet nie mają wytrzeźwiałek - wspominał.
Marian co prawda nie znał języka, ale wzbudzał sympatię u swoich rozmówców. Zawsze uśmiechnięty, do swojej agencji pracy chodził całkiem schludnie ubrany - nie sprawiał wrażenia człowieka z problemami. Dzięki temu Anglicy mieli do niego więcej cierpliwości, próbowali tłumaczyć na migi, o co im chodzi.
Dostał pracę na lotnisku, w dziale, gdzie pakowane są na samolot towary tak zwane luksusowe: papierosy, alkohol, perfumy. Zaczynał codziennie o 6 rano, kończył w momencie aż odchodziły mu siły - często robił podwójną zmianę, by więcej zarobić i nie myśleć w wolnym czasie o piciu: - Robię sobie dabla (spolszczona wersja double shift), mam z tego kilkadziesiąt funtów więcej, a że w domu nie mam co robić, to pracuje. Ofa (od day off) mam raz w tygodniu, bo takie są wymogi. To najgorszy dzień w tygodniu, ani nie obejrzę telewizji, ani nie poczytam gazety, bo nic nie rozumiem.
Dopiero po jakimś czasie okazało się, że Marian tak naprawdę mieszka na lotnisku i śpi na fotelach w sali oczekiwań na wylot: - Zostawiałem bagaże u znajomego z pracy i szedłem spać na lotnisko. Kanapy wygodne, w nocy mało kogo interesowało to, że ktoś śpi. Tam jest mnóstwo turystów, więc nawet się nie rzucałem w oczy.
Po dwóch tygodniach, Marian został wywieziony z lotniska przez policję, na szczęście w mieszkaniu, gdzie trzymał bagaże, zgodzono się na jego dłuższy pobyt. Mieszkali w dziesięć osób w dwóch pokojach. Po paru tygodniach, Marian pękł i zaczął pić... w pracy, gdzie rodzajów alkoholi miał więcej niż w najlepiej zaopatrzonym sklepie monopolowym w Polsce. Potrafił ominąć wszechobecne w swoim departamencie kamery, pił i wracał do domu we wspaniałym humorze. Był załamany, kiedy go złapano, udawał skruszonego i jakoś udało mu się zostać: - Udowodnili mi tylko, że piłem małe piwko, to przecież za małe piwko nie wylecę.
Przenieśli go na dół, z dala od departamentu z alkoholem. Miał myć sałaty, warzywa i owoce: - Stoję nad tym zlewem, umyję pięć skrzynek sałat i mam robotę z głowy. Człowiek się bardziej męczy jak nic nie robi, niż jak zapieprza aż piszczy.
Jego kolega z działu obok, Polak z Pomorza, też nie miał zbyt wiele pracy. Zajmował się mięsem, a że był tylko pomocnikiem, to nie dawali mu do wykonywania odpowiedzialnych zajęć: - Urywam ogonki od krewetek i polewam piersi kurczaka oliwą, to chyba nie za wiele jak na osiem godzin? - pytał.
Obaj zaczęli kombinować, jak tu sobie zapełnić czas, by po prostu nie wracać do domu zmęczonym po „nic nie robieniu”. Po paru dniach wymyślili, że przecież kolejny pracujący w firmie Polak, który zajmuje się śmieciami ma wjazd z kontenerem na dział z alkoholem. Na kantynie, gdzie co 3 godziny była przerwa obiadowa, dopracowali rozkład pracy tak, by każdy z nich był o tej samej porze w robocie. Wyglądało to jak zaplanowanie ucieczki z więzienia, gdzie każdy miał swoje osobne zadanie. Z ich wykonywaniem nie mieli żadnego problemu, Anglicy nie wpadli na pomysł, że ktoś może kraść wódkę pakując ją do kontenera ze śmieciami i opróżniać butelki na dziale z sałatami lub mięsem, gdzie nie było żadnych kamer.
Marian swoje miejsce znalazł w innym mieście. Z pracy na lotnisku wyleciał za picie, ale szczęśliwie dla niego nikt nie udowodnił mu kradzieży, bo to mogłoby skończyć się dla niego więzieniem. Teraz pracuje w fabryce, zarabia standardowo nieco ponad 5 funtów na godzinę. Do pracy dojeżdża na rowerze, który kupił za 20 funtów. Wystarcza mu na papierosy, polski chleb, od święta lepszy alkohol. Czasami kupuje ubrania w Primarku, bo są tanie i dobrze leżą. Nie myśli o powrocie. W Polsce nie był już dawno, a z tego co słyszy to w polityce nie dzieje się dobrze, wiele się nie zmieniło. Chce tylko odzyskać kontakt ze swoją córką, jeszcze nie wie jak to zrobi, ale pomyśli.
Mariola i AntekOna w Polsce prowadziła bar w jednym z polskich miasteczek, on był bezrobotny. Dorabiał na budowie, czasami pomagał w różnego rodzaju warsztatach. Nikt nie chciał go zatrudnić na stałe, bo był Romem: - Takim ludziom w Polsce się nie ufa, ma się nas za złodziei i oszustów.
Pewnego sobotniego wieczora on przyszedł potańczyć, ona po ciężkim tygodniu pracy chciała się rozerwać - (...)to było jeszcze za czasów PRL, wtedy na dancingach była wspaniała atmosfera, można było poznawać ciekawych ludzi, można się było kulturalnie zabawić.
Od razu wpadli sobie w oko. Ona zawsze uśmiechnięta, wyglądem przypominająca nieco Beatę Kozidrak w zaawansowanym wieku, on niski, niepozorny, z lekką łysinką i charakterystyczną dla Cyganów ciemną karnacją. Do Wielkiej Brytanii wyjechali z chęcią rozpoczęcia nowego życia na obczyźnie. Bez języka, z niewielkim kapitałem, dwójką synów: - Nazwaliśmy syna Majkel przez jk, żeby miał łatwiej kiedy wyjedziemy z Polski. Teraz chodzi do angielskiej szkoły i jest bardzo lubiany, uczy się języka.
Zawsze pracowali razem, najczęściej na nocne zmiany, bo kilka pensów więcej, a w ciągu dnia jest czas na ugotowanie obiadu i na odebranie Majkela ze szkoły. Mariola, często prowokacyjnie ubrana w skórzany kostium, wzbudzała zainteresowanie mężczyzn z Pakistanu: - Moja żona może nie najmłodsza, ale jak się ubierze i umaluje to niczego sobie, prawda? - stwierdzał Antek.
Mimo braku umiejętności mówienia po angielsku całkiem nieźle sobie radzili. Wynajęli mieszkanie, kupili samochód, który Antek nazwał pieszczotliwie: ruinką. W drodze do pracy zawsze towarzyszyła im muzyka cygańska, przypominająca trochę disco polo. Na początku narzekali, że praca jest wyczerpująca, że najlepiej mieć swój własny biznes. Szybko się jednak przyzwyczaili, chociaż pracę zmieniali kilka razy, aż do momentu, kiedy zatrudniono ich (oczywiście razem) w fabryce ciastek: - Jest tutaj dużo Polaków, Mariola jest najpiękniejszą kobietą na sali. Wszystkie Angielki, nawet te młodsze, są zazdrosne.
Nie chcą wracać. Sprzedali mieszkanie w Polsce i postawili na Anglię: - Zagraliśmy va banque, ale było warto. Tu jest łatwiej, w tym kraju każdy znajdzie miejsce dla siebie. Nawet tacy jak my.
P.S. Fakty i wydarzenia opisane w artykule miały miejsce naprawdę. Zmienione zostały tylko imiona bohaterów.