Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

32566 miejsce

"Anna Bolena" - miłość do władzy w łódzkiej operze

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2013-04-08 11:49

Po ponad rocznej modernizacji, w sobotni wieczór 6. kwietnia nastąpiło uroczyste otwarcie łódzkiego Teatru Wielkiego. Otwarcie uświetniła premiera "Anny Boleny" Gaetano Donizettiego.

Prace modernizacyjne prowadzone były z rozmachem i w szybkim tempie. Po piętnastu miesiącach przerwy, podczas której zespół łódzkiej opery gościnnie występował na scenie Teatru im. Stefana Jaracza, widzowie mogli podziwiać efekt prac remontowych. Przebudowano hol szatniowy, stworzono nową salę recitalowo-edukacyjną, gruntownie zmodernizowano zaplecze techniczne głównej sceny, wymieniono instalację elektryczną i założono system "inteligentnego" sterowania instalacjami budynku. Poddano renowacji i wymianie urządzenia sceniczne, wózkowe, zapadnie, dostosowując je do najnowszych standardów.

Teatr Wielki w Łodzi po remoncie / Fot. Maciej Piąsta

Budynek teatru zyskał także system wentylacji i klimatyzacji. Rozbudowano ponadto sekcję techniczną opery - w nowym budynku znalazły się pracownie scenograficzna i krawiecka, ślusarnia i modelatornia. Wnętrze opery zostało natomiast odświeżone, powstały nowe ciągi komunikacyjne jako materiał wykorzystujące szkło i marmur. Wszystko to osiągnięto kosztem 47. milionów złotych, przy planowanym budżecie 58. milionów. Oszczędności z pewnością się przydadzą, planowany jest bowiem jeszcze remont fasady gmachu teatru i zagospodarowanie placu.

Teatr Wielki w Łodzi po remoncie / Fot. Maciej Piąsta

Zapewne ten budowlany sukces i energia zeń płynąca sprawiły, że w prasowych informacjach łódzkiej opery pojawiły się informacje o "nowym życiu" placówki, nowych wyzwaniach i ambicjach. I słusznie, niech będzie jak u Monteskiusza: "Ambitni. Ich ambicje są jak horyzont. Oddala się, gdy się doń zbliżać" - z pewnością my widzowie na tym skorzystamy.

Teatr Wielki w Łodzi po remoncie / Fot. Maciej Piąsta

Waldemar Zawodziński, dyrektor artystyczny teatru, w rozmowie w dodatku specjalnym Dziennika Łódzkiego zadeklarował, że kierownictwo placówki chce, aby teatr był wielki nie tylko z nazwy i jako pierwszy cel wyznaczył stworzenie żelaznego repertuaru, obejmującego 20-30 operowych tytułów. Na uświetnienie wieczoru otwarcia wybrano operę "Anna Bolena" Gaetano Donizettiego. Wybór z pewnością nie był przypadkowy. Opera Donizettiego to przede wszystkim zbiór znakomitych arii, duetów, ansambli dających artystom okazję do zaprezentowania wokalnego i aktorskiego kunsztu. Deklarując dążenie zespołu opery do wielkości i wybierając operę, której powodzenie zależy od wielu artystów, dyrekcja teatru zaprezentowała wiarę w możliwości własnych śpiewaków i odrobinę kokieterii. Pełnią blasku jaśniała podczas sobotniej premiery gwiazda łódzkiej opery - primadonna Joanna Woś. Okazała się wspaniałą Anną Boleyn - to czułą, to znów drapieżną, zrozpaczoną, oszalałą z rozpaczy, nieszczęśliwą. W cudowny sposób zamykała w dźwięki emocje. Bel canto w jej wykonaniu było harmonią treści i formy! Arie Al dolce guidami (śpiewana w oczekiwaniu na kata) czy finałowa Copia iniqua charakteryzowało mistrzowskie wykonanie. Zresztą trudno znaleźć w występie Joanny Woś momenty słabsze, które w czasie długiego przedstawienia byłyby przecież naturalne.

Joanna Woś jako Anna Bolena / Fot. Maciej Piąsta

Postać Anny w naturalny sposób dominuje w operze Donizettiego, ale też odniosłem wrażenie, że Joanna Woś skradła nieco show i przyćmiła innych, też znakomitych śpiewaków!, wyrazistą aktorską kreacją, sceniczną charyzmą, właściwą tylko nielicznym artystom. Łatwe to nie było, bo niewiele można zarzucić pozostałym. Aleksander Teliga w roli Henryka VIII śpiewał znakomicie i choć wyglądał jak żywcem wyjęty z obrazów Hansa Holbeina, to jednak trochę prezentował się bez królewskiej pewności siebie. Tak jakby herbowa dewiza monarchii "Dieu et mon droit" (Bóg i moje prawo) chwilami ulatywała mu z pamięci. Razem z Bernadettą Grabias jako Giovanną Seymour stworzył jednak znakomity duet w scenie schadzki.

Bernadetta Grabias jako Giovanna Seymour i Aleksander Teliga jako Enrico VIII / Fot. Maciej Piąsta

Była to bardzo sugestywna scena wzmocniona znaczeniami płynącymi ze scenografii. Miłosne deklaracje króla miały miejsce przy grobowcu. Wprawdzie biel kwiatów przywodziła na myśl ślubny wystój kaplicy, jednakowoż podwójna symbolika grobowca była wymowna. Z jednej strony Henryk deklarował miłość, aż po grób, z drugiej strony, śledzący akcję widzowie, nazbyt dobrze wiedzieli, że miłość Tudora zaprowadzi jego wybrankę do grobu. Scenograficznie był to chyba najmocniejszy i może najlepszy moment przedstawienia. Dla przeciwwagi warto wspomnieć o innym pomyśle - wprowadzeniu konia do sceny przed polowaniem. Zwierzęta na scenie z pewnością przyciągają uwagę. W tym przypadku była to jednak uwaga "pusta", pozbawiona raczej znaczenia. Był to raczej pokaz możliwości. Konia lepiej było zostawić na mniej wyeksponowanym padoku. Szczęśliwie natomiast udało się uniknąć epatowania widzów technicznymi możliwościami sceny (co zapewne było sporą pokusą) – wykorzystywano je z umiarem i w sposób uzasadniony. Scenografia i światła w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego otrzymały wyraźne cechy jego pracy – wielkie scenograficzne metafory, często wchodzące w interakcję znaczeń z tym co akurat działo się na scenie, niekiedy również otwierające dodatkowe konteksty. Tak było na przykład w finałowej scenie przed pojawieniem się oprawców Anny Boleny. Półprzezroczysta kurtyna, pokryta mapą świata, opuszczona do połowy zasłaniała stojących w amfiteatralnym półkolu kościelnych dostojników. W dole zaś rozgrywał się dramat Anny – niejako na oczach i za przyzwoleniem całego świata. Reżyserski duet Janiny Niesobskiej i Waldemara Zawodzińskiego w operze Donizettiego dostrzegł nie tylko intrygę miłosnego dramatu i zdradę, ale przede wszystkim miłość do… władzy. To jedyny stały obiekt uczuć w operze! Zmieniają się osoby, z triumfatorek kolejne żony Henryka stają się ofiarami. Łatwiej tym samym Annie przebaczyć Seymour, gdy odkrywa w niej rywalkę. Wie przecież, że także Giovanna stanie się ofiarą. Z pozostałej, nie wymienionej jeszcze, obsady - świetny był Percy - w tej roli tenor Pavlo Tolstoy. Nie miał łatwego zadania, bo przecież opera zdominowana jest przez głosy kobiece i bas króla. Jego głos brzmiał pięknie, dźwięcznie i pewnie. Może tylko aktorsko grał zbyt pewnego siebie w finałowych scenach, tak jakby brutalne śledztwo Henrykowych oprawców dotknęło tylko Smetona, jego pozostawiając nietkniętym. Bernardetta Grabias bardzo dobrze wypadła w duetach z Joanną Woś. Ich głosy ładnie się uzupełniały. Grabias była wyrazista, a jedną z najlepszych scen przez nią wykreowanych to, oprócz wspomnianej sceny schadzki z Henrykiem VIII, scena odwiedzin uwięzionej w apartamentach Anny Boleny. Duet Seymour i Boleny Dio che mi vedi in core oraz odkrycie przez Annę tożsamości rywalki to były bardzo dobre aktorsko i wokalnie chwile przedstawienia w wykonaniu obu artystek!

Scena zbiorowa - balet / Fot. Maciej Piąsta

Nie można pominąć efektów pracy Marii Balcerek. Jej kostiumy były w przypadku Henryka VIII inspirowane portretami autorstwa Hansa Holbeina, a piękno ich formy i kolorów było szczególnie widoczne w scenie otwarcia, gdy widzieliśmy rozplotkowany królewski dwór. Scena ta wzbogacona baletowymi popisami tańczących ptaków, miała niemal malarski charakter.
Jeśli potraktować premierę „Anny Boleny” jako bilans otwarcia i prezentację artystycznych możliwości Teatru Wielkiego w Łodzi, to niewątpliwie wypadł on bardzo obiecująco!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.