
Materiały bezpieki zebrane przez gdański oddział Instytutu Pamięci Narodowej opisują m.in. operację "Klan" i próbę zamachu na Walentynowicz w 1981.
– "Klan" był akcją, która miała na celu skłócenie środowiska solidarnościowego, szczególnie Lecha Wałęsy z panią Walentynowicz i małżeństwem Andrzeja i Joanny Gwiazdów - mówi dyrektor gdańskiego IPN Edmund Krasowski.
Anna Walentynowicz swoje akta w gdańskim IPN będzie czytać cały przyszły tydzień. Dokumenty IPN dostała nie po raz pierwszy. Trzy lata temu otrzymała kopie części materiałów. Wczorajsza lektura była pobieżna.
– Dowiedziałam się, jak bardzo aktywni byli tajni współpracownicy, a to byli pracownicy MKZ (Międzyzakładowy Komitet Założycielski - red.) - mówiła Walentynowicz. – Najbardziej interesuje mnie okres po rozstaniu z MKZ i wprowadzeniu stanu wojennego. Wczoraj stwierdziła, że dokumenty, choć nic jeszcze w nich nowego o Lechu Wałęsie nie znalazła, nie zmieniają jej relacji z nim. Od lat Walentynowicz utrzymuje, że Wałęsa był współpracownikiem SB.
W październiku 1981 r. Służba Bezpieczeństwa usiłowała otruć Annę Walentynowicz.
– To była bardzo silna kobieta, bezpieka się jej bała - uważa szef gdańskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej Edmund Krasowski. Walentynowicz wczoraj oglądała swoje akta.
Akta SB na jej temat zgromadzone w Instytucie obejmują ok. 50 tomów z lat 1978-89. – Dokładnie opisane są działania SB mające na celu skłócenie pani Ani, Andrzeja i Joanny Gwiazdów z Lechem Wałęsą - mówi Krasowski. – To odbywało się np. przy pomocy kłamstw rozpowiadanych przez agentów.
Była działaczka "S" zdążyła wczoraj pobieżnie przejrzeć akta z lat 1978-81. To co ją zaskoczyło to nazwisko jednej ze współpracownic bezpieki ze Stoczni Gdańskiej o pseudonimie "Wala". – Była zatrudniona jako prawnik, zajmowała się kombatantami - mówiła Walentynowicz. - Dopiero teraz się dowiedziałam, że była tajnym współpracownikiem. To co teraz czytałam, znam z autopsji, pamiętam te rozmowy.
Sprawa zamachu na Walentynowicz jest już od ubiegłego roku badana przez prokuratorów IPN. Walentynowicz o tym, że była próba jej otrucia dowiedziała się z jednego z mikrofilmów, jakie zachowały się w dokumentach bezpieki. W październiku 1981 roku w Radomiu, kiedy zaproszono mnie na spotkanie z pracownikami, pojawiło się też dwóch oficerów SB z Warszawy. Instruowali oni tajnych współpracowników, jak mają się zachowywać podczas spotkania z Walentynowicz, jakie mają zadawać pytania.
– Działaczka "S", która miała mnie gościć miała mi podać w potężnej dawce furosemid bez osłony, co powoduje zawał serca - relacjonowała zapisy z akt Walentynowicz. – Nie udało im się dzięki temu, że miałam tam być przez kilka dni, a po pierwszym spotkaniu zdecydowałam się wrócić do domu. Uważałam, że takie zachowanie pracowników, taką atmosferę wywołali ludzie zakochani w Wałęsie. Nie przypuszczałam nawet, że to mogą być ustawieni ludzie, tajni współpracownicy.
Anna Walentynowicz kolejne wizyty w gdańskim IPN zaplanowała na przyszły tydzień.
Michał Lewandowski
PT