Facebook Google+ Twitter

Aparaty rentgenowskie – nieszkodliwe czy szkodliwe

Usłyszałam w "Kurierze" TVP3 zapowiedź krakowskiego sanepidu, że będzie wkraczać stanowczo, kontrolować ostro i zakazywać natychmiastowo używania niektórych aparatów rentegenowskich.

fot. Paweł Miecznik/Głos Wielkopolski A mianowicie tych, które są zbyt stare, aby być bezpieczne, a więc narażające pacjenta lub personel na zwiększone dawki promieniowania jonizującego. Będzie oceniana ich wydajność oraz jakość wykonywanych nimi zdjęć. Znakomicie. Wspaniale. Nareszcie.

Z biegiem lat emerytalnych obserwuję z coraz większego dystansu, jak do użytku wchodzą aparaty nowej generacji, których bez specjalnego przeszkolenia na pewno nie umiałabym obsłużyć. "Wypada" się z zawodu po pięciu latach, a cóż dopiero po piętnastu! Elementarne podręczniki techniki rentgenowskiej: Matuszek, Trzetrzewiński, Trzaskowski i Kopera stanowią pamiątkowy zbiorek na półce.

Jestem zawodowym dinozaurem. Pracowałam bowiem w początkach swej kariery zawodowej na aparatach z demobilu armii amerykańskiej, wyposażonych w tabele miliamperosekund, które należało obliczać w pamięci na podstawie pomiaru grubości pacjenta (nogi, ręki, czaszki, brzucha). Wiem, że to brzmi absolutnie niezrozumiale, lecz jeśli ktoś musiał miał niedawno wykonane zdjęcie - może sobie porównać aparaturę: tę obecną z muzealnym Continentalem lub Philipsem z ręcznie naciąganą kratką przeciwrozproszeniową. Nawet laik zorientuje się, w czym rzecz. Potem były nieco lepsze aparaty, ale nie zdarzyło mi się widzieć pań z sanepidu wchodzących do samej pracowni. Wychodząc z założenia, że strzeżonego pan Bóg strzeże, wolały ograniczać swą działalność kontrolną do pokoju socjalnego, wc i wypicia kawy.

Owszem, kontrole inspektora do spraw promieniowania odbywały się zgodnie z przepisami i zawsze kończyły protokołem dopuszczającym do dalszej eksploatacji bo… innego aparatu nie było. Tak samo zresztą wyglądała kontrola naszego stanu zdrowia. Była obowiązkowa i miała na celu udowodnienie, że praca jest nieszkodliwa. Żeby nie utrudniać sprawy państwowej opiece, kontrolowało się krew między badaniami i na własną rękę brało preparaty krwiotwórcze. Należało też dbać o kasetki z błonami dozymetrycznymi, ponieważ znane ze słyszenia przypadki przekroczenia dawki miały niemiłe reperkusje dla pracownika - na ogół był posądzany o podłożenie kasetki pod ekspozycję.

Nie żal mi przepracowanych w tym trudnym zawodzie lat. Pamiętam wiele ciekawych przypadków, dramatycznych dyżurów, współpracę z lekarzami i atmosferę koleżeństwa w pracowni. Żal mi tylko jednej rzeczy - że za rządu pani Suchockiej odebrano nam lekką ręką uprawnienia do (chyba 10 proc.) dodatku emerytalnego. Uprawnienie to nabywało się mając 15 lat stażu pracy w rentgenie. Wszyscy my, emeryci z tego okresu, mamy wypracowane po 35 lat. Żadne z nas bowiem, po 15 latach spędzonych przy aparacie rentgenowskim nawet nie próbowało się przenosić do innej pracy. I z tego co wiem, aczkolwiek praca nasza oficjalnie "szkodliwa" nie była, wszyscy miewamy anemię. Ale budżet ZUS zyskał zapewne mocno, oszczędzając na takich, jak ja - kilku tysiącach w skali całego kraju po około 100 zł od głowy. Bo stara gwardia rentgenowska to przecież nie kombatanci. I chyba ich nic nie dobije, skoro jeszcze żyją.

 

 

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Do Mirnala: po słynnej katastrofie w Czernobylu zdarzyło sie coś, o czym przeciętny obywatel nie ma pojęcia. Oto wojewódzcy konsultanci d/s radiologii zostali wezwani do Warszawy - nie wyjaśniono nam czy to było Min. Zdrowia czy KC. Idąc w dół - każdy z nich zwołał gremialne zebranie podległych techników rentgenowskich z województwa i otrzymaliśmy : 1. szczegółowe wyjasnienia na temat znikomości dawki, jej nieszkodliwości i wogóle zbędnej paniki, ktorą należy wygaszać. i po 2.-to my mielismy byc narzędziem wygaszania paniki i uspakajania ludności poprzez uświadamianie pacjentom, że promieniowanie jest nieszkodliwe, dawka niegodna uwagi, a zdjęcia których wykonania pacjenci sobie nie życzyli, można wykonywać bez żadnej szkody. Bowiem tło promieniowania, czyli to co dostajemy wszyscy z kosmosu, nie uległo po Czernobylu zwiekszeniu.
Tak więc wojewódzki konsultant odrobił zadane lekcje, a my - no cóż. Potraktowaliśmy to zadanie domowo-służbowe tak, jak na to zasługiwało, bo w końcu rzecz była nie do sprawdzenia. A że conajmniej przez pół roku żadne "ważniaki" badań rentgenowskich dziwnie nie potrzebowały - to juz całkiem inna bajka.

Komentarz został ukrytyrozwiń

plus za pomysł. :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Po katastrofie w Czarnobylu dokładnie nie wiadomo ile osób zginęło, ale np. prof. Jaworowicz napisał parę artykułów, w których udowadnia, że ówczesna dawka wzmacnia zdrowotnie wszystkich dotknietych promieniowaniem. Trzeba poszukać w internecie.
Jak przystało na zawodowego czepiacza, także ja coś na ten temat napisałem wiele lat temu - http://www.mirnal.neostrada.pl/rozbczar.html

No i plus za poruszenie tej tematyki popartej własnym doświadczeniem.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawy artykuł.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.