Facebook Google+ Twitter

Apokalipsa - miłość i walka klas w Nowym Teatrze

"Apokalipsa" Michała Borczucha to premiera otwierająca jesienno-wiosenny sezon w Nowym Teatrze Krzysztofa Warlikowskiego. Walka klas, śmierć, Pasolini i Fallaci - z Borczuchem koniec świata niestraszny.

 / Fot. Nowy TeatrChoć sam spektakl nie został wyreżyserowany przez dyrektora teatru, ale przez Michała Borczucha, to styl twórców dawnego Teatru Rozmaitości wyraźnie w nim odczuwam – nie bez przyczyny; Borczuch wszak ma już na koncie tamże wystawiany "Portret Doriana Gray’a". Dla teatralnych widzów nie jest też postacią anonimową – dwukrotnej nominacji do Paszportu Polityki nie zdobywa się ponoć przypadkiem…

Sztuka Borczucha inspiruje intelektualnie i działa na sfery emocji i wyobraźni, jawnie odwołuje się jednocześnie do wysokiej literatury, a takich inspiracji próżno szukać w polskim współczesnym kinie. Sztuka Borczucha nie tworzy może zjawiska nowego – Maciej Nowak w "Wątrobie" pisał, że artyści scen polskich już od końca lat 90. swoją rewolucyjna estetyką (a może i treścią, o czym później) odżegnują się od wszystkiego, do czego przyzwyczaiła wcześniej polska kultura. Naprzeciw smutnym urzędnikom w szarych garniturach występować mieli oto, zdaniem Nowaka, buntownicy z irokezami na głowach, ale i Bibliami w kieszeni.

O ile irokez cały czas pasuje tylko do Jana Klaty, Biblia już inaczej – W "Apokalipsie" czuć jej wpływ już w samym tytule. Borczuch, jak mało kto, silnie mówi o sprawach ostatecznych. Tutaj prywatna śmierć jest końcem świata. Ale i zarośnięty bezdomny to może właśnie Jezus-rewolucjonista z "Ewangelii według św. Mateusza" Pasoliniego.

W "Apokalipsie" jednym z dwóch najważniejszych tematów jest śmierć. To śmierć kontrowersyjnego reżysera filmowego Pasoliniego, a także opowiedziana zaraz potem relacja listowna między nim a starzejącą się Orianą Fallaci. Nazwiska te to legendy same w sobie.
Przywołują one nie tylko twórczość filmową i literacką samych pierwowzorów, ale i ducha włoskich lat 70. Klimat ten w odbiorze sztuki uwiódł mnie już z samych opisów spektaklu – o Włoszech tamtych lat można mówić dużo, a nie powie się prawie nic. To czasy rewolucjonizowania się elit kulturalnych i występowania przeciw dość konserwatywnym rządom; to porwanie i zabicie chadeckiego premiera Aldo Moro przez Czerwone Brygady; to rewelacyjni filmowcy, konserwatywni z pochodzenia a zasadniczy w treści (Visconti), także ci dla których czasy nie były tak ważne, bo tworzyli wybitne dzieła w każdej dekadzie, w której było im dane tworzyć (Fellini), nieśmiertelni eksperymentatorzy (Antonioni) i wybijające się nowe twarze kina (Bertolucci), o gwiazdach aktorskich nie wspominając. To wreszcie świetni dziennikarze (Terzani, Magris, czy Fallaci właśnie).

Sama Fallaci to legenda dziennikarstwa światowego. Włochy tamtych czasów zresztą miały wiele relacji z samą Polską – która otworzyła się na nie poprzez wymianę handlową, czy osadzenie pewnego wadowiczanina w samym centrum Rzymu. W ostatnim filmie Wajdy sama Fallaci przeprowadza wszak wywiad z Wałęsą. To, co u Wajdy było elipsą – tutaj jest potencjałem niewykorzystanym – mocny, skomplikowany wywiad dwóch silnych jednostek odbywa się tylko w pierwszej scenie, gdzie dziennikarz (Marek Kalita) rozmawia z Pasolinim, który jest trochę pretensjonalny, trochę protekcjonalny, a trochę zagubiony i poddający się narracji rozmówcy. Ta soczysta scena mogłaby być kluczem do enigmatycznego reżysera, jednak pozostawiona sama sobie – wydaje się przegadana, niknie później w natłoku pozostałych wątków i w sumie wydaje się nieważna. W filmie, zdaniem Krzysztofa Kłopotowskiego, to co nie dzieje się w obrazie, nie dzieje się w ogóle. W teatrze jest trochę podobnie.

Miłość klas



Najważniejszym, obok śmierci, powracającym motywem, jest tutaj klasowość. Oglądamy w podwójnym sensie zwielokrotnioną, bo dublowaną, kręconą na naszych oczach, niedokończoną finalnie scenę z filmu, który miał zrobić Pasolini. Występuje w niej bezdomny, zmarznięty człowiek, którym chce zaopiekować się przypadkowa, bogata kobieta pełna ambiwalencji; z jednej strony wzruszona własną, potencjalną wielkodusznością, z drugiej - zażenowana ubóstwem wykluczonego. Ten motyw współodpowiedzialności bogatych za biednych, tę specyficzna walkę klas, a w zasadzie niepokojącą miłość klas Borczuch pokazuje tu też w scenie współczesnej, opowiadającej o utopionym na Morzu Śródziemnym Afrykaninie; najlepiej zagranym epizodem jest też występ Jacka Poniedziałka w roli fotoreportera Kevina Cartera, mającego wyrzuty sumienia po wykonaniu zdjęcia życia (dziecko sudańskie na tle czyhającego na nie sępa). Tutaj bieda jest tylko estetycznym niuansem, który może zaszokować gawiedź, wykorzystana jest - w odbiorze intelektualistów - jako żerowanie na śmierci przez fotoreportera - będącego ich zdaniem wskazanym sępem. Wreszcie konflikt pojawia się w scenie kojarzącej się ze śmiercią Pasoliniego (zabitego w rzeczywistości w trakcie spotkania o charakterze homoerotycznym z młodym buntownikiem); pytanie jest takie, czy to szalony tryb życia, czy może zbytnie zżywanie się Pasoliniego z wykluczonymi nie prowadzi go do zguby.

Czarny koń ze stajni Warlikowskiego, czy już wolny mustang?


Borczuch – mimo okrzepnięcia konwencji obranej przez Warlikowskiego, (n.p. przeniesienia spektaklu z tradycyjnej sceny w przestrzeń sceny post-fabrycznej, „panoramicznej”, wymagającej podzielności lub selektywności uwagi w przypadku scen zbiorowych) po tej sztuce wydaje mi się jego kontynuatorem - artystą, a w zasadzie czarnym koniem ze stajni Warlikowskiego. Borczuchowi na pewno świetnie wychodzi aranżacja, od scenografii dobrze oddającej romantyczny klimat Włoch, przerywania tradycyjnego spektaklu (o ile coś jeszcze z niego zostało) wstawkami filmowymi, czy transmitowanymi za pomocą projektora i kamery na żywo ujęć z innej części sceny; Borczuch dobrze się w tej konwencji porusza – świetnie prowadzi aktorów, w tym młodych (Piotr Polak, Bartosz Gelner), odnajduje też własne wątki, bardziej lewicowe niż Warlikowski - bo nie tylko obyczajowe, ale i nieobecne u tego klasowe; zobaczymy więc, czy czas, kiedy będzie wolnym mustangiem kiedyś nadejdzie.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.