Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

92777 miejsce

Architekci za wcześnie urodzeni. Filip Springer o Hansenach

„Czy architekt nie powinien proponować czegoś lepszego niż to, do czego człowiek przywykł?” – pytał Oskar Hansen kilkadziesiąt lat temu. I projektował w myśl tej dewizy, znacznie wyprzedzając epokę, w której żył. Dziś jego nazwisko jest w Polsce niemal nieznane, a ci którzy je kojarzą, np. mieszkańcy warszawskiego Przyczółka Grochowskiego, woleliby o nim nigdy nie słyszeć. Dlaczego wspaniałe idee rozminęły się z rzeczywistością próbuje dociec Filip Springer w swej najnowszej książce „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”.

 / Fot. Okładka, wydawnictwoPrzyczółek Grochowski w Warszawie. Moloch. 7 tysięcy ludzi zamkniętych w jednym, wielkim, powyginanym bloczysku, długim na ponad 1,5 km, z 30-metrowymi klitkami, z których wychodzi się na ciągnące się w nieskończoność galerie. Miały sprzyjać budowaniu więzi mieszkańców, doskonale sprzyjają złodziejom…

Osiedle Słowackiego w Lublinie – bloki w przestrzeni osiedla niczym chiński mur. Długie, meandrujące, sprawiają wrażenie niedokończonych. I to nie tylko dlatego, że spółdzielnia mieszkaniowa nie zgodziła się na zewnętrzne szafki na… kisiel. Hansen nie rozumiał dlaczego. W jego domu takie były. Przydawały się…

Osiedle Rakowiec w Warszawie. A właściwie tylko dwa bloki, które zaprojektowali tu Hansenowie, oczywiście z myślą o wygodzie przyszłych mieszkańców, których zaproszono nawet do projektowania. Mieszkanie dla krawcowej - bez przeciągów, dla wielodzietnej rodziny – lepsze rozwiązania wentylacyjne. A potem: mieszkania z listy, jak szło…

Trzy projekty, trzy pomyłki. Zamiast uszczęśliwionych - sfrustrowani.

W Skandynawii o Hansenie i jego projektach mówi się z uznaniem, przywołuje jego nazwisko jako guru współczesnych architektów, stawia w jednym rzędzie z Le Corbusierem!

Czym wytłumaczyć, że humanista, który nie znosił socrealizmu, ale chciał uczynić życie ludzi piękniejszym, nie poradził sobie z tym w polskich warunkach lat 50. i późniejszych. Dlaczego wizjonerskie pomysły Zofii i Oskara Hansenów nie sprawdziły się w polskiej rzeczywistości? Dlaczego wiele z nich nigdy nie wyszło poza fazę projektów, jak choćby projekt pomnika w Auschwitz.

Z tymi pytaniami, chcąc zrozumieć Hansenów, wędruje śladami ich działań Filip Springer. „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”, to książka o osobowościach nieprzeciętnych, wizjonerach i pasjonatach, architektach z powołania, którzy w swej pracy widzieli misję, a nie źródło szybkiego zarobku i sławy.

Książka Springera jest pozycją niezwykłą z kilku powodów. Przede wszystkim z mroków zapomnienia wydobywa małżeństwo: Zofię i Oskara Hansenów, których wkład w rozwój i filozofię architektury, jest nie do przecenienia (o czym wiedzą głównie na Zachodzie). Ponadto świetny językowo i kompozycyjnie reportaż Springera, czytać można wręcz jak powieść, której leitmotivem uczynił autor Przyczółek Grochowski. Miejsce nie z tej ziemi, miejsce przeklęte (przez mieszkańców) i fascynujące (dla architektów). Miejsce, które rzuca nieco światła na ideę Hansenów. I jeszcze na naszą, Polaków, mentalność.

On - z wyboru Polak, ona – z wyboru w jego cieniu

Burzliwe losy rzuciły Oskara Hansena, syna Rosjanki i Norwega, do Wilna. Tu przeżył II wojnę światową, angażując się w ruch oporu. Już tylko opowieść o przodkach Hansena i jego udziale w partyzantce, dostarczyłaby materiału na film. Po wojnie, jak wielu mieszkańców Wilna, zdecydował się na wyjazd do Polski, by tu studiować architekturę. Wielka szansa otworzyła się przed nim, gdy trafił na staż w Londynie. Mógł zostać na Zachodzie, ale dokonał wyboru: „Tam są ruiny, tam czekają na mnie”. „To co tu zaproponowałeś, tam jest nie do zrobienia" - usłyszał. "Ale tego akurat Oskar jeszcze nie wie” – komentuje jego decyzję Springer. Hansen wrócił do Polski, by z żoną, także architektem, budować ideę Formy Otwartej. Zofia, studentka takich sław jak Lalewicz, Zachwatowicz, Bryła, pozostawała nieco w cieniu męża. Była jednak, co podkreślają i syn, i znajomi, jego dopełnieniem. Najczęściej pracowali razem. Razem też chcieli zaszczepić Formę Otwartą w polską rzeczywistość powojenną.

„Forma Otwarta podąża za przygodą jaką jest życie, ufa człowiekowi, zaprasza do dyskusji”

Tego pragnął Hansen. Dlatego wraz z Zofią projektowali mieszkania nie dla „typowego mieszkańca”, bo takiego, twierdzili, nie ma, ale dla indywidualnego odbiorcy. Ich projekty były niestandardowe, odbiegały od schematu i miały konkretny cel: zapewnić ludziom maksimum komfortu i sprawić, by odbiorca był też współtwórcą. „Nie można ludziom zrobić czegoś takiego” – to a propos Przyczółka i planów upchnięcia jak największej liczby ludzi na jak najmniejszej przestrzeni. Hansenowie wykłócali się o metraż mieszkań, o windy, o łazienki w mieszkaniach, o przestrzeń wokół bloków. Szukali rozwiązań służących budowaniu więzi społecznych, stawiali na kreatywność mieszkańców, z którymi spotykali się w fazie projektowania. Ale tu właśnie napotkali na pierwszy problem. Ludzie wcale nie chcieli wpływać na cokolwiek; chcieli po prostu otrzymać wreszcie własne mieszkanie z jasną kuchnią i łazienką. „Ludzie dostali co innego niż się spodziewali [...] Ich marzenia się nie spełniły. Czy to oznacza jednak, że architekt nie powinien proponować czegoś lepszego, niż to, do czego człowiek przywykł? To jest podstawowe pytanie. To jest przede wszystkim pytanie moralne” – przytacza słowa Hansena, Springer.

Chciał dobrze. Wyszło jak zwykle?

Lata 50., 60., 70. … I kolejny problem. Urzędnicy pozwalają budowlańcom, by odbiegli od projektów Hansenów, bo te komplikują budowę. Efekt? Na Przyczółku galerie zawieszone zupełnie inaczej niż w planach, wadliwie zrobione schody, już za zgodą Hansenów zmniejszone i ciemne kuchnie. Na Rakowcu przyszli mieszkańcy projektowali swe metry kwadratowe, ale potem dostali mieszkania „jak leci”, więc u krawcowej przeciąg wywiewa ścinki, a u wielodzietnej rodziny zawodzi wentylacja. Na osiedle Słowackiego w Lublinie Hansen dojeżdża co jakiś czas z Warszawy. Dla budowlańców najlepiej gdy go nie ma, bo w blokach straszą źle osadzone balkony, prefabrykaty niepasujące do reszty. To, co wg Hansenów było najpełniejszą realizacją Formy Otwartej, dziś robi nie najlepsze wrażenie.

„Czy o to chodziło” - pyta Springer spacerując alejkami osiedli w Lublinie i Warszawie… Wiatr hula pomiędzy galeriami.

Zrozumieć czym jest Forma Otwarta. Zrozumieć, na czym polegają jej zalety, ot, choćby na Przyczółku Grochowskim. To jest między innymi zadanie Springera. Autor „Zaczynu…„ nie ocenia, pyta, próbuje dociec, jak to możliwe, że idea uszczęśliwienia ludzi, tak bardzo się nie sprawdziła. Odbiegła od realiów. Idzie śladami Hansenów, ma mnóstwo wątpliwości, nie zawsze rozumie, nie zawsze nadąża za swoim bohaterem. Springer przytacza wypowiedzi Hansenów, fragmenty wywiadów z profesorem, rozmawia z ludźmi którzy go znali, m. in. z jego byłymi studentami, ale i mieszkańcami osiedli. Sam też zamieszkał na jednym z nich, na Przyczółku Grochowskim. Wszystko, żeby zrozumieć utopistę. Wizjonera, który świadom był, że nie jest możliwym, by stworzyć wszystko co wymyślił, ale chciał choć wyznaczać kierunek. Szaleniec? Być może, wszak to szaleńcy zmieniają świat. A Springer zapowiada, że z Przyczółka się nie wyprowadza.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Świetne.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawy temat. Recenzja książki zachęca do przeczytania przedstawionej lektury.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Z wielką ciekawością przeczytałam, tym bardziej, że rozwiązałam ten tytuł spośród czerwcowej porcji książek do recenzji. Jak wnioskuję, książkę można by czytać jak powieść niemal sensacyjną, więc to lektura trzymająca w napięciu...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.