Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

28991 miejsce

Arctic Monkeys "AM" - "Dirty Dancing" - recenzja

Alex Turner poderwie twoją dziewczynę. Tak by się stało, gdyby tylko tego chciał. Co więcej, ona oddałaby mu się z całym swoim wachlarzem zalet i zawsze prosiła o jeszcze.

 / Fot. mat. prasowe Na początek zagadka. Co łączy Alexa Turnera, Iggy’ego Popa i Lou Reeda? Możecie się nad tym zastanawiać przez całą lekturę owej recenzji. Uwaga, będą nagrody! Ale o tym pod koniec.
Przez to, że długo nic nie pisałem, powinienem chyba zacząć, że kocham rok 2013 za te wszystkie świetne płyty, wspaniałych artystów, które do tej pory się ukazały. Jest ich tyle, że jak sobie o tym pomyślę, to robi mi się cieplej w środku. To wspaniałe uczucie. A mamy dopiero wrzesień! Ciekawe, czy jeszcze taki rok nastąpi? Kiedy? Kiedy?! Chciałbym już to wiedzieć. No nic tam. Dziś postanowiłem wspomnieć o jednej z tych płyt, która znalazła się na moim osobistym podium, mianowicie o „AM” zespołu Arctic Monkeys z High Green, Sheffield, to jest w Anglii.
Alex Turner poderwie twoją dziewczynę. Tak by się stało, gdyby tylko tego chciał. Co więcej, ona oddałaby mu się z całym swoim wachlarzem zalet i zawsze prosiła o jeszcze. Jeśli jest gdzieś taka, która odparłaby jego zaloty, to pewnie jest nudną osobą, nie potrafiącą się wyluzować i seksownie poruszać biodrami w rytm muzyki. Albo jest miss „dużego rynku”, gdzie ciągle sprzedaje się kasety dance i discopolo. Chodzi w dziwnych białych adidasach i do każdego odzywa się „koleś”. Pewnie nigdy nie słyszała o Arctic Monkeys. Cóż, jej strata. Albo i nie. Są pewnie jeszcze takie panny, które nie rozumieją fenomenu Alexa i jego grającego gangu. Słyszały trzy piosenki na krzyż i uważają ich za jakiś tam „indieband”, grający pewnie to samo od dziesięciu lat. Żyją w błędzie. Narzekają, że Małpy to, Małpy tamto… Ale nie chce mi się ich do niczego przekonywać. Niech wracają do słuchania Coldplay. Najwyżej nie zostaną ukochaną Alexa. No a ty, porzucony chłopaku… Co z tobą? Zostałeś sam (o ile twoja była miała trochę oleju w głowię i zostawiła cię dla faceta z plakatu). Co ci pozostaje? Powiem ci. Jeśli nie możesz pokonać wroga, przyłącz się do niego, kapujesz? Kup „AM”, zapuść głośno i ucz się, jak być naprawdę „cool”. Podlansujesz pewne wzorce i znajdziesz inną.
A jaka jest sama płyta? Pozwólcie, że posłużę się przykładem. Kilkoma przykładami. No dobrze, całą lawiną przykładów! Potrafi ona być jednocześnie niewinna i urocza jak Jennifer Grey w „Dirty Dancing” i ultragorąca, jak Rebecca Romijn podczas striptizu w filmie „Femme Fatale” Briana De Palmy. Jest jak niedawna sesja z Marie Taylor Hill dla pewnej firmy odzieżowej. Jest jak igraszki z dwoma lesbijkami na polu namiotowym jakiegoś festiwalu po koncercie The Legendarny Tiger Mana, przy oparach marihuany. To seks w gwieździstą noc na balu maturalnym w Alfie Romeo Giulietta Spider z 1962 roku twojego tatusia. To jak publiczna masturbacja dla nimfomanów i wbijanie szpilek na plecach przez partnerkę dla masochistów. To romantyczna randka w garniturze, z zawadiacko rozpiętą białą koszulą wraz z kochanką w pięknej sukience, pończochach, bez stanika. Przy kominku i z dużą ilością wina. Płyta jest jak szept Penelope Cruz, że ma ochotę na szybki numerek. To Keira Knightley. Puszczana po zmroku zamieni cię w tańcząca seksmaszynę. Przy niej modelki potrzebują więcej kokainy, a projektanci dużo więcej viagry. To podróż Tardisem do Sodomy i Gomory w jej czasach świetności na „Weekend z orgią”. A krótko mówiąc, jest całkiem seksowna. Słucha się jej na zapętleniu. Jest przyjemna i zaskakująca. Z ciekawymi, bujającymi melodiami i chórkami prosto z kosmosu. Tańczę, konam. Konam, tańczę. Proste. Do tego sprawdza się w dłuższych i tych całkowicie krótkich trasach samochodowych. Sam sprawdzałem. To ich piąta płyta, osiągnęli niemały sukces, grali koncerty na całym świecie, a dalej wyczuwa się od nich świeżość i polot, łatwość, z jaką komponują kolejne bardzo fajne piosenki.
Arctic Monkeys to zespół, który na singlach publikuje piosenki, które inni artyści spokojnie mogliby zamieszczać na swoich longplayach i to właśnie one byłyby ich największymi hitami. Taki jest fakt. To czwórka bardzo utalentowanych bestii, która wie z kim współpracować i gdzie szukać inspiracji. Do tego są jeszcze młodzi. Jak jeszcze się rozwiną? W którą popłyną stronę? Może być jeszcze lepiej? Z takim sukcesem na koncie? Tak wiele pytań, a nie chce mi się na nie odpowiadać. Pewnie jeszcze nie raz nas czymś zaskoczą. Niech wpadną do Polski na koncert. Byłoby całkiem klawo.
Pamiętacie o zagadce z początku strony? Jeśli nie, to cofnijcie się tam, jeśli tak, to nie musicie wracać. Zastanawiacie się pewnie, jakie są nagrody. Mianowicie, jeśli jesteś dziewczyną i zgadniesz, o co do jasnej cholery mi chodzi, to będę twój i zacznę do ciebie pisać po pijaku. Jak jesteś facetem i to czytasz, to jeśli odpowiesz prawidłowo pijemy whisky z colą popalając kubańskie cygara w towarzystwie panienek z jakiegoś klubu z „69” w nazwie. Za moje. Don’t believe the hype. Pozdrawiam.

P.S. Shelly, ty się nie liczysz, bo Tobie mówiłem, o co chodzi z Iggym i spółką :D.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.