Facebook Google+ Twitter

Arsenal, czyli spotkań z belgijską muzyką ciąg dalszy

Ten belgijski zespół, nieobecny w polskich mediach, zaintrygował mnie bogactwem dźwięków i różnorodnością albumów. W rozmowie z Hendrikiem znalazłam więcej ciekawostek - ślady Warszawy, Krakowa i Kairu, obalone mity, Kapuścińskiego i Lema...

 / Fot. Okładka LokemoTen wywiad będzie pewnie pierwszym śladem Arsenal w polskich mediach. Jak przedstawiłbyś Wasz zespół po latach działalności komuś, kto dopiero Was poznaje?
Hendrik Willemyns: - Arsenal to, bardzo wąsko ujmując, dwóch facetów, których widzisz na okładkach naszych albumów. John Roan i ja, Hendrik Willemyns. Szerzej jednak, Arsenal to tak właściwie całe nasze życie, wraz z muzykami i gościnnymi artystami, którzy przyczyniają się do powstawania kolejnych płyt. A to sporo. I to właśnie oznacza "arsenal" - kolekcję, różnorodność, co z resztą odbija się w naszej muzyce - od czasu pierwszego albumu w 2003 roku wszystkie z nich były różne od siebie, ale wspólnym mianownikiem była właśnie wielość stylów. Nasze koncerty też od początku były niesamowite...

Na Wasze koncerty przychodzą dzikie tłumy, bilety szybko się wyprzedają - czy to oznaka, że można spróbować zasłynąć gdzieś poza Belgią, czy bardziej kręci Was sława raczej lokalna?
Podoba mi się lokalna sława. Pochodzę z małej wioski w Belgii i moją jedyną ambicją, jeśli chodzi o muzykę, było granie w najfajniejszym zespole w mieście. I zdobycie serca tej jedynej! Ale dziewczyna wyszła za palanta, a ja wyprowadziłem się do Brukseli i nagle wszystko stało się o niebo poważniejsze. W życiu bym nie pomyślał, że staniemy się w Belgii tak popularni! W rzeczywistości coraz częściej myślimy o graniu poza krajem, to tak jakby naturalne.... Nie jesteśmy jednak kompletnie naiwni, wiemy, że podbijanie innych terytoriów to ciężka praca, a my jesteśmy straszliwie leniwi...

Chcielibyśmy na przykład zagrać w Polsce. Uwielbiamy Polskę, i mamy wrażenie, że Polska uwielbia muzykę. Kiedy włączysz radio w Polsce, łatwo natrafić na kilka naprawdę niezłych stacji.

Wasz album "Outsides" to jedna wielka historia miłosna, napisana w kilku językach, z różnymi / Fot. Okładka Lotuk muzycznymi i wokalnymi rozwiązaniami. Efekt jest tak jakby reprezentacyjny dla zróżnicowanej kultury i natury współczesnych wielkich miast zachodniej Europy. Jak wpadliście na pomysł tak interesującej fuzji?
Tak właściwie nie było żadnego konkretnego powodu - po prostu natrafiliśmy przez przypadek na mnóstwo ciekawych muzyków podczas nagrywania w naszym studiu w Brukseli. Choć ta fuzja zaczęła się, właściwie była najwyraźniejsza, na debiutanckim "Oyebo Soul", na której pojawili się muzycy z dobrymi historiami - ludzie z Mali, Kongo, Puerto Rico, Brazylii.

Różnica z "Outsides" polega na tym, że po raz pierwszy zaprosiliśmy do współpracy Amerykanina, Aarona Perrino z zespołu The Sheila Divine, którego jesteśmy wielkimi fanami. Na kolejnych albumach podążaliśmy tym tropem - zapraszaliśmy do współpracy nad "Lotuk" i "Lokemo" muzyków, którzy w jakiś sposób nas ukształtowali - Granta Harta z Husker Du, Johna Garcię z Kyuss i tak dalej.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.