Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

24334 miejsce

Asymilacja czy integracja?

Krytyka "asymilacji Polaków" przez Niemcy w wykonaniu minister Fotygi i prezydenta Lecha Kaczyńskiego kryje bardzo poważne nieporozumienie.

Nizar Trabelsi był doskonale zintegrowany. Miał pracę, dobrze mówił po niemiecku, zarabiał spore pieniądze grając w Bundeslidze. Być może to właśnie stało się jego przekleństwem, bo z jednej z najlepszych lig piłkarskich na świecie łatwo wypaść. Nizar wypadł. Zadłużył się, wszedł w konflikt z prawem, pił, popadł w nieodpowiednie towarzystwo. W końcu wyjechał do Afganistanu, wówczas opanowanego przez Talibów. Tam nawrócił się na polityczny islam, stał się zwolennikiem al Kaidy. Po spotkaniu z Osamą bin Ladenem wrócił do Europy, konkretnie do Belgii, aby tam jako zamachowiec-samobójca wysadzić bazę lotniczą NATO. W porze lunchu miał wjechać ciężarówką załadowaną materiałem wybuchowym w żołnierską stołówkę. W trakcie przygotowań aresztowała go belgijska policja, która przypadkowo odkryła arsenał chemikaliów. W więzieniu Nizar nauczył się francuskiego. Podczas procesu nie potrzebował tłumacza.

Czy Nizar Trabelsi został przymusowo zasymilowany? A jeśli tak, to gdzie? W Niemczech? W Belgii czy w Afganistanie?


Zastanawiałem się nad tym czytając streszczenie wywiadu minister Anny Fotygi dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung". Zarzucała w nim władzom niemieckim zmuszanie Polaków mieszkających w Niemczech do asymilacji. Rozmowa, którą prowadziła na ten temat z niemieckim ministrem spraw zagranicznych Walterem Steinmeierem pewnie przebiegałaby dość zabawnie, gdyby rzeczywiście wysunęła swoje zarzuty w taki sposób, jak w rozmowie z “FAZ”. Ale wiadomo, że im bardziej twardo, nieustępliwie i stanowczo polscy politycy wypowiadają się do prasy, tym mniej śmiało, odważnie i zdecydowanie przedtem występowali wobec swoich rozmówców. Psycholodzy nazywają to kompensacją. Niemniej, gdyby minister Fotyga tak atakowała ministra Steinmeiera, ten pewnie nic by nie zrozumiał. W Niemczech bowiem Polacy tam mieszkający uchodzą za przykład doskonałej integracji. Przeważnie mają pracę, mówią po niemiecku, rozwijają kontakty z innymi mieszkańcami, wysyłają swoje dzieci do szkoły, nie tworzą gett, nie prześladują swoich kobiet i – wbrew stereotypom rozpowszechnionym przez prasę brukową – nie zawyżają statystyk kryminalnych bardziej niż inne grupy. Innymi słowy: korzystnie różnią się od niektórych grup imigrantów z północnej Afryki, Turcji czy Iranu. Dotąd uważano to w Niemczech za sukces polityki integracyjnej.


Nie podejrzewam minister Fotygi o to, że chciałaby doprowadzić do sytuacji, w której Polacy w Niemczech będą tworzyli zamknięte osiedla, trzymać kobiety w domu (importowane z najbardziej konserwatywnych i religijnych części Polski), zaprzestaną wysyłać dzieci do szkół niemieckich (i zamiast tego organizować im wspólne modlitwy z Radiem Maryja). Gdyby tak się stało, przestaliby integrować się, przepraszam, nie ulegliby asymilacji – ale przestaliby też awansować społecznie. Wtedy mielibyśmy w Niemczech siedliska stuprocentowych, narodowo-patriotycznych Polaków, z 50 proc. bezrobociem, roszczeniowym stosunkiem do państwa, wysokim wskaźnikiem przestępczości, z którymi i Niemcy, i Polska miałyby poważny kłopot. Pewnie wtedy minister Fotyga zarzuciłaby niemieckim władzom izolowanie i ekonomiczną dyskryminację Polaków w Niemczech, a minister Steinmeier kiwałby głową i byłby bezradny.


Tak się nie stanie, choćby dlatego, że Polacy, tak samo jak Turcy i imigranci z północnej Afryki nie mogą się stać mniejszością narodową w Niemczech. Nie mogą, bo aby się nią stać, najpierw musieliby mieć pełne prawa obywatelskie. W większości przypadków grupy te mają status obcokrajowców i jako takie nie mogą być mniejszością. Jak pokazuje przykład Turków: kto otrzyma obywatelstwo, ten się tym prędzej integruje i nie chce już być mniejszością. Politycy niemieccy pochodzenia tureckiego nie zakładają tureckich partii ani nawet tureckich frakcji w niemieckich partiach. Po prostu starają się być mostem między establishmentem politycznym RFN i grupami, z których się wywodzą. Sytuacja jest trochę porównywalna z sytuacją Mirosława Czecha w dawnej Unii Wolności, z tą może różnicą, że Ukraińcy w Polsce po wojnie byli przymusowo asymilowani (poprzez administracyjne ograniczenia osiedlania się). Ponieważ Ukraińcy w wyniku Akcji Wisła są tak rozproszeni po kraju, że korzystanie z przywilejów wyborczych dla mniejszości jest dla nich bez sensu, ukraińscy politycy “wchodzą” do innych partii i tam zachowują się podobnie do niemieckich polityków tureckiego pochodzenia w Niemczech. Dzięki temu w Bundestagu nie ma ani “szarych wilków” ani “narodowej partii tureckiej” ani też posłów którzy reprezentują “narodowe interesy Polaków”, ale za to są ludzie, którzy znają instytucje, prawo, procesy podejmowania decyzji i mogą być pomostem między grupami, z których pochodzą i establishmentem politycznym kraju w którym mieszkają.


Grupą której integracja doskonale się udaje i która z tego powodu stała się przedmiotem zazdrości prezydenta Kaczyńskiego są Żydzi. Ich wpływ na życie intelektualne, na media, na politykę, na establishment polityczny jest rzeczywiście o wiele większy niż wynika ze stosunkowo skromniej liczby członków wyznaniowych gmin żydowskich w Niemczech. Nie jest to zjawisko wyłącznie wynikające z “niemieckich wyrzutów sumienia”, jak ujął to ostatnio prezydent Kaczyński. W Stanach Zjednoczonych jest podobnie. Jest to wynik doskonałej asymilacji, przepraszam, integracji tej społeczności. Ani w Niemczech, ani w Stanach Zjednoczonych nie ma posłów, sekretarzy stanów, senatorów, dziennikarzy, adwokatów, biznesmenów, którzy zawdzięczaliby swoje pozycje przywilejom wyborczym zarezerwowanym dla mniejszości narodowych. Wszyscy doszli do tego dzięki temu, że się zintegrowali i stali pomostem między “asymilowaną mniejszością” i większością.


Dlatego nie można z jednej stronie zarzucić niemieckim władzom asymilacji Polaków i jednocześnie zazdrościć Żydom ich pozycji w innych krajach. Trzeba wybrać między integracją obywatelską i obroną tradycyjnej tożsamości etnicznej. Przed wojną Polacy (i Niemcy) wybrali to drugie. Dziś Polacy w Niemczech ubiegając się o niemieckie obywatelstwo, podwójne paszporty, wracając do Polski jako inwestorzy zagraniczni i zakładając mieszane małżeństwa – wolą to drugie, bo zapewnia im większe możliwości awansu społecznego w Niemczech i w Polsce. Ci, którym się to nie udaje, uciekają się do pomocy państwa, najpierw niemieckiego potem – żądając ochrony przed asymilacją – polskiego. Postępują tak jak Nizan Trabelsi, który dopiero wtedy kiedy już nic innego nie miał, odkrył swoją arabską, muzułmańską tożsamość. Mimo że nauczył się francuskiego w belgijskim wiezieniu, to nie twierdzi, że Belgia go przymusowo asymilowała. Był wyraźnie dumny z tego, że nawet w wiezieniu udało mu się jeszcze coś osiągnąć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (6):

Sortuj komentarze:

Szanowny Panie Bachmann,

W swoim artykule powołuje się Pan na rozmowę Pani Minister Fotygi z Panem Ministrem Steinmeierem – nie podając źródła, w którym znajduje się informacja o przebiegu tej rozmowy. Oczywiście krytykuje Pan formę stawiania krytyki przez Panią Minister.
Stosuje Pan tu powszechnie stosowany oraz sprawdzony przez niemieckie elity (polityczne) trick retoryczny, polegający na odwróceniu uwagi od właściwego problemu – urzędowej dyskryminacji polskich dzieci i ich rodziców, który został jednoznacznie stwierdzony dnia 30.01.2007 na posiedzeniu Komisji Petycji przez przedstawiciela Komisji Europejskiej z Dyrekcji ds. Praw Podstawowych (Prawa, Sprawiedliwości i Bezpieczeństwa) parlamentu Europejskiego (dr Gavrilidis) – a nie przez panią Fotygę!!!

Panu – tak jak innym przedstawicielom niemieckich elit politycznych fakt ten nie wystarczy, aby przyznać się, że w RFN taki problem został po prostu stwierdzony.
Największą jednak arogancją niemieckich elit (politycznych) jest to, że wzbraniają się przed zasięgnięciem informacji na ten temat, po prostu z góry zakładają, przepraszam nakazują innym, że problemu takiego nie ma.
Typowym przykładem jest tu pełnomocnik niemieckiego rządu ds. polityki praw człowieka, pan Günter Nooke, który na skargę o dyskryminacji dzieci polskich w Niemczech pisemnie stwierdza, że 1) z ramienia rządu RFN on zajmuje się sprawami łamania praw człowieka na całym świecie, tylko nie w RFN oraz, że 2) skargi tej nikomu (do żadnej innej instytucji) nie przekazał, bo nie ma ona żadnych szans na powodzenie.
Pani prof. dr G. Schwan - Koordynator Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Niemiecko-Polskiej Współpracy Przygranicznej i Społecznej zastosowała na moje zgłoszenie o dyskryminacji inny trik – i potraktowała mnie jako jedyny przypadek, – mimo, że wysłałam jej dokumenty innych rodziców i stwierdziła, że skoro zakazy wydają niezależne Jugendamty i sądy, to są one słuszne!
O urzędowej dyskryminacji dzieci polskich i urzędowych zakazach j. polskiego zostali poinformowani: Pan Prezydent Horst Köhler, Pani prof. dr Gesine Schwan, Pan prof. D. Bingen, Pan Georg Boomgarden (niemieckie MSZ), Pani Brigitte Zypries (Ministerstwo Sprawiedliwości), Pani Ursula von der Leyen, Pani prof. dr Rita Süssmuth, Pani dr Angelica Schwall-Düren, Pan Martin Schultz, Pan Volker Beck, Pani Claudia Roth, Pan Günther Nooke, Pan Elmar Brook, Pan Hans-Gert Pöttering, Pani Mechthild Rothe, Pan Alexander Graf Lambsdorff, Pan Christoph Strässer.
Osoby te nie zechciały się bliżej poinformować o problemie.
Bez komentarza – jest to najlepszy dowód na troskę (nie tylko) rządu RFN o dobrosąsiedzkie stosunki z Polską.

Pan Bachmann sugeruje, że zasługą rządu RFN jest to, że Polacy mają taki dobry wizerunek – jaki przedstawia w swoim artykule pan Bachmann-, bo ciągle różnorako awansują – pytanie tylko, dlaczego w niemieckich żartach (tak bardzo popularnych i do rozpuku bawiących przyjaźnie nastawionych Polakom rubasznych obywateli niemieckich) i które mają większą wymowę niż medialne i werbalne zapewnienia niemieckich polityków przy okazji różnych oficjalnych uroczystości o polsko-niemieckiej przyjaźni, Polacy występują jako debilni przedstawiciele tych najniższych warstw społecznych z pogranicza kryminalno-prowincjonalnego. I temu przypuszczam też winna jest pani Fotyga, która przeszkadza rządowi niemieckiemu w kreowaniu dobrego wizerunku awansowanego społecznie w Niemczech Polaka.

Pan Bachmann ostro krytykuje panią Fotygę w ten sposób, że nie ustosunkowuje się w sposób rzeczowy do konkretnie stawianych przez panią Fotygę zarzutów asymilacji – a są to – jak podałam w mojej petycji do Komisji Petycji UE nr 713/06: psychiczne i fizyczne maltretowanie dzieci przez Jugendamty lub za ich przyzwoleniem, odbieranie władzy rodzicielskiej polskim rodzicom i zabranianie kontaktów z dziećmi w celu likwidacji więzi dziecka z polskim rodzicem, aby dziecko było – jak to sformułował pewien niemiecki adwokat – pełnowartościowym obywatelem niemieckiego społeczeństwa, następnie urzędowe ogłupianie dziecka przez zakazy naturalnej dwujęzyczności (konkretnie: j. polskiego) dla obywateli polskich, po zakazie kontaktów z polskim rodzicem zakazy nauki j. polskiego, zakazy odwiedzin rodziny w Polsce – pan Bachmann jest tu dobrze poinformowany, że Polacy wręcz perfekcyjnie mówią po niemiecku (co nie jest zasługą rządu niemieckiego, ale głównie ich samych) i nie potrzebna jest tu nauka niemieckiego.

Wynaradawianie dzieci polskich odbywa się w ciszy „urzędowych” pomieszczeń, gdzie w intymnej atmosferze, bez (niepotrzebnych) świadków, zgodnie z powszechnie stosowanymi (choć nie całkiem jawnymi) wytycznymi politycznymi Jugendamtów, za pomocą nacjonalistycznej i retorycznej perwersji pojęcia „Kindeswohl” (dobro dziecka) pod pretekstem „konfliktu rodzinnego”, i gdzie pokorni rodzice zrobią wszystko, aby korzystnie wypaść w oczach tych politycznych „urzędników” – wybieranych przez lokalnych polityków i nie podlegających żadnemu ministerstwu, żadnemu kuratorium, żadnemu innemu urzędowi ani żadnej innej instytucji nadającej wytyczne pedagogiczne.
Tak na marginesie – dokładnie taki sam problem urzędowej dyskryminacji rodziców francuskich próbowała rozwiązać parlamentarna Komisja Mediacyjna (francusko-niemiecka), która po wytrwałym „wysiedzeniu” sprawy przez stronę niemiecką musiała sama się rozwiązać – nie rozwiązując problemu.

Największe oburzenie wywołuje u pana Bachmanna jednak chęć osób przyznających się do pochodzenia lub obywatelstwa polskiego do uzyskania statutu mniejszości. A każdy Niemiec jednoznacznie kojarzy zagłębie Ruhry z Polakami, których korzenie w międzyczasie zdążyły być sprawnie zamazane.
Polakom w ramach przyjaźni polsko – niemieckiej wolno pracować na polu ogórkowym, truskawkowym lub szparagowym (ogromny wybór możliwości!), ale jak ktoś chce żeby w Niemczech uznane były nabyte w Polsce kwalifikacje n.p. tłumacza czy nauczyciela j. polskiego – to jest to oczywiście możliwe, ale tylko teoretycznie. Dlatego polskojęzyczny psycholog nie zostanie uznany przez Jugendamt za psychologa, ponieważ istnieje niebezpieczeństwo, że nie zastosuje się on w wydawaniu swoich opinii rzeczoznawczych do niejawnej linii politycznej Jugendamtów wobec polskich rodziców.

Argumenty „naukowe” pana Bachmanna co do Turków z „dobrowolnym” obywatelstwem niemieckim potraktuję tak, jak niemieckie urzędy traktują naukowe argumenty popierające dwujęzyczne wychowanie, które jednoznacznie pozytywnie wpływają na rozwój dziecka i na jego lepszą pozycję w życiu zawodowym. To znaczy Pan Bachmann sugeruje, że tylko i wyłącznie dla dobra obywateli tureckich państwo niemieckie daje im obywatelstwo niemieckie, bo tylko w ten sposób można mieć nad nim pełną kontrolę: obywatel taki (już niemiecki, a nie turecki) nie może już założyć tureckiej partii, a w nagrodę za dane mu przez niemieckie państwo wolności obywatelskie będzie asymilował, przepraszam, integrował następne pokolenia.

To Niemcy walczą z polskimi dziećmi i rodzicami! Polacy nie walczą, a jedynie bronią zagwarantowanych im elementarnych praw w konstytucji (niemieckiej i polskiej), w traktacie polsko-niemieckim z 17.06.1991 r. oraz międzynarodowych konwencjach – przede wszystkim praw, jakie mają członkowie Unii Europejskiej.

Szanowny Panie Bachmann! To nie Pani Minister Fotyga, ale Komisja Europejska stwierdziła dyskryminację Polaków przez niemieckie urzędy!
Proszę się poinformować zanim zacznie Pan atakować panią Fotygę czy Polaków śmiejących domagać się zagwarantowanych im unijnie praw.
Chętnie oddam do dyspozycji dokumentację o urzędowej dyskryminacji i planowym wynaradawianiu dzieci polskich w Niemczech!!!



Beata Monika Pokrzeptowicz-Meyer
lektorka j. polskiego
Tłumacz Przysięgły j. niemieckiego
Universität Bielefeld
Fakultät für Linguistik und Literaturwissenschaft
Postfach 10 01 31
33501 Bielefeld
Tel.: 0049 521 106 3610
Pryw.
Schneider Str. 2
33613 Bielefeld
Tel. kom. 0049 162 3393 843

Stowarzyszenie Polskie
Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardzo smutny artykul w ktorym nie ma wyjasnienia co to znaczy asymilacja a co oznacza integracja i dlatego jest on wielka pomylka.

Niezaleznie od tego i od roznych narodowosci wymienionych w tym artykule skoncentruje sie nad wypowiedzia Pani Minister Fotygi i do czego sie ta wypowiedz odnosila.

Otoz chodzi tutaj o corazm bardziej nieustepliwa polityke niemiecka,ktora zezwala na bezprawne jednakowoz oficjalne bo sadowe i urzedowe zakazy jezyka polskiego i zakazywanie widywania dzieci polskich przez polskich rodzicow pod pretekstem szkodliwosci jezyka polskiego.

Niezaleznie czy jest to nazywane polityka przymusowej asymilacji,czy tez przymusowej integracji,czy tez po prostu dyskryminacja narodowosciowa albo Nationale Säuberung(nie mylic z Etnische Säuberung- jest to po prostu dzisiejsza aktualna polityka niemiecka w imie wiodacej kultury narodu niemieckiegoOficjalnie nazywa sie to dzisiaj w jezyku politykow i urzednikow niemieckich DEUTSCHE LEITKULTUR i jest to tak sluszne jak wczesniej to samo zjawisko pod nazwa Kultur der Rasse der Herren.

Niemcy czuja sie i nie tylko czuja sie ale sa tez narodem wybranym przez proroka z wasikiem.Czasem ma sie wrazenie ze czekaja na zmartwychwstanie i ponowne wprowadzenie jedynej slusznej polityki integracyjnej tego jedynego proroka narodu niemieckiego.

A ja uwazam ze moj syn powinien uczyc sie polskiego i niemieckiego,poniewaz jest Niemcem i Polakiem a nie powinno mu sie jak i innym dzieciom urzedowo zabraniac nauki polskiego.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 16.02.2007 20:41

Nie podejrzewam Autora o złe intencje - sparafrazuję w ten sposób fragment powyższego tekstu. ;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 16.02.2007 17:06

Beato, ja się chyba nawet domyślam kto.;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 16.02.2007 15:06

Dobrze, że nie pojawił się "Lubieżny Turczyn i inni okrutnicy".;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 16.02.2007 13:32

Beata ma rację, umiarkowanie paskudny ten tekst. Dlaczego Autor widzi alternatywę wobec niemieckiego szkolnictwa w Radiu Maryja?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.