Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

30108 miejsce

Asymilacja czy integracja – widziane inaczej

Klaus Bachmann podjął na łamach Wiadomości24.pl polemikę z zarzutami minister spraw zagranicznych, Anny Fotygi, dotyczącymi sytuacji Polaków w Niemczech. Polemikę nie do końca trafną.

Anna Fotyga. Fot. PAP/Paweł Kula Klaus Bachmann zamieścił w Wiadomościach24.pl tekst dotyczący problemów integracji/asymilacji Polaków w Niemczech. Warto podjąć z nim polemikę, bo pokazuje te trudne sprawy w dość jednostronny sposób.

Ma rację, gdy podkreśla, że Polacy są w Niemczech grupą wyjątkowo bezproblemową w porównaniu z innymi mniejszościami, doskonale zintegrowaną z otoczeniem. Niektórzy z czytelników tego nie zrozumieli, reagując trochę na zasadzie: O Jezu, porównał nas z Turkami! Tymczasem, jeżeli ktoś zna Niemcy, to kontekst sformułowań Bachmanna jest oczywisty. W Niemczech problemem nie są Polacy, ale takie społeczności jak imigranci tureccy, zachowujący zwyczaj sprowadzania żon z Turcji i to nie z najbardziej jej rozwiniętych regionów.

Taka żona nie zna języka, siedzi w domu, jest zależna całkowicie od męża i nie sprawia mu podobnych kłopotów jak żona, który wyrosła już w niemieckim otoczeniu, jest znacznie pewniejsza i bardziej samoświadoma. Problemem są rodziny imigrantów tureckich, w których w kolejnym pokoleniu procesy postępującej integracji potrafią załamać się, a osoby wyrosłe już w Niemczech nagle stają się islamskimi fanatykami. Ta część argumentacji Bachmanna jest jedynie apelem, aby dostrzegać problemy w ich rzeczywistej skali i tu można się do niego jedynie przyłączyć. W dalszej części jednak pokazuje, że nie rozumie argumentacji polskiej. Nie wiem dlaczego, bo przecież zna te sprawy świetnie.

I nie wiem, dlaczego jako świetny fachowiec odwołuje się do streszczenia w niemieckiej prasie, skoro wystąpienie minister Fotygi dostępne jest chociażby na internetowej stronie Sejmu. Minister Fotyga nie jest bohaterem z mojej bajki, raczej wolałbym, żeby przyszedł jakiś zły wilk lub czarownik i ją zabrał. Chwilowo chroni ją inny zły czarownik. Ale fragment jej wystąpienia o problemach Polaków w Niemczech jest powściągliwy i trafny: „I chociaż w liście ministra Skubiszewskiego znalazł się zapis o tym, że w trakcie negocjacji rząd Republiki Federalnej Niemiec zobowiązał się do wspierania osób pochodzenia polskiego bądź przyznających się do języka polskiego i polskiej tożsamości, w naszej ocenie ten postulat jest realizowany bardzo słabo lub w dużej mierze nie jest realizowany. Jest to postulat, który ja i przecież wielu moich poprzedników zgłaszamy nieodmiennie pod adresem władz niemieckich.”

Zwracam uwagę, że nie ma tu mowy o dyskryminacji Polaków w Niemczech, mimo że w dalszej części pojawi się także sprawa używania języka polskiego w polsko-niemieckich rodzinach mieszanych. Taki zarzut były zbyt daleko idący, wspomniane przypadki są paskudne, ale nie są także regułą działania niemieckich urzędów. Minister Fotyga wskazała wyraźnie na odmienne podejście w Polsce i w Niemczech do aktywnego wspierania danej mniejszości. Tę odmienność widać od razu, gdy spojrzymy na politykę polską wobec mniejszości niemieckiej. Nie opierała się ona po 1989 r., ani nie opiera dzisiaj na sformułowaniu: nie dyskryminujemy was, więc nie ma sprawy. Przyjęto odmienną zasadę, a jestem pewien, że była to jak najbardziej trafna decyzja. Uznano, że celowe jest podejmowanie działań aktywnie służących lepszej integracji mniejszości niemieckiej. Temu służy przecież ułatwienie mniejszościom narodowym wyboru swoich przedstawicieli do parlamentu.

Dwa lub cztery mandaty to nie jest wielka cena za dowartościowanie jakieś grupy społecznej, danie jej poczucia bycia podmiotem. Nie ma sensu tego idealizować, nie zawsze było to proste, napotykało na opory. Mimo to linia pozostała, przy wszelkich historycznych zygzakach po drodze, klarowna: nie wystarczy niedyskryminowanie, lepsza jest aktywna polityka. Radykałowie w naszym kraju mówić będą o prześladowaniu Polaków w Niemczech; tyle, że to nie ma sensu. Prawdziwy problem to oparcie polityki niemieckiej wobec kształtującej się mniejszości polskiej na odmiennych założeniach niż opisana powyżej, wobec mniejszości niemieckiej. Wiadomo przy tym, że sytuacja Polaków w Niemczech nie jest łatwa – grupa stabilizująca się dopiero, często o nieuregulowanym do końca statusie pobytu. Polacy, w kolejnych sondażach postrzegani są jako narodowość gorsza, mało prestiżowa, do której lepiej się nie przyznawać.

Oczywiście, tak nie myślą wszyscy Niemcy, ale ich bardzo istotna część. I tu pojawia się pytanie: czy władze niemieckie, skoro uznają kontakty i porozumienie z Polską za tak istotne, nie powinny prowadzić znacznie bardziej aktywnej polityki wspierania Polaków w Niemczech. Przecież po 1989 r. mniejszości niemieckiej w Polsce było w pewien sposób łatwiej. Związana była z krajem zamożnym, atrakcyjnym (wyjazdy do pracy), będącym już członkiem Wspólnot Europejskich. Polacy w Niemczech do takich „atrakcyjnych” skojarzeń nie mogą się odwołać. Można by oczekiwać, że elity niemieckie spojrzą na sprawę tak: chcemy dobrych i coraz szerszych kontaktów z Polską; chcemy wspierać grupy, które mogą być w naturalny sposób łącznikiem między obydwu krajami; pewni siebie Polacy w Niemczech lub mniejszość polska w Niemczech to najlepszy sposób na zmianę negatywnego stereotypu Polaka w Niemczech.

Takiego myślenia jednak nie widać. Gdy w Polsce brakowało na początku lat 90. nauczycieli niemieckiego potrafiono wprowadzić przejściowe rozwiązania, które to w dużym stopniu rozwiązały. W Niemczech problem odmiennych kwalifikacji nauczycieli z Polski, którzy uczyliby polskiego, jest problemem nie do przejścia. Podział kompetencji między władzami centralnymi i krajów związkowych (im podlega edukacja) to jedynie wygodne maskowanie braku politycznej woli rozwiązania problemu. Zasadniczym problemem jest właśnie ten brak politycznej woli prowadzenia aktywnej polityki i odwoływanie się do dość pustych haseł o równości wszystkich obywateli.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (8):

Sortuj komentarze:

Witam Piotrze, i wszystkich innych też!

Cieszę się, że udało mi się trochę wywołać poważną dyskusję. Ja być może rzeczywiście stwarzam wrażenie, jakobym polskiej strony w tym sporze nie rozumiał, ale to wynika z tego, że nie zgadzam się z dwoma podejściami, co do którego niemal wszyscy są zgodni, mianowicie:
1. że porównanie mniejszości niemieckiej w Polsce i Polaków mieszkających w Niemczech jest sensowne. Moim zdaniem nie jest, tak samo jak porównanie polityk obu państw, ponieważ jedna polityka opiera się na kryteriach narodowych a druga na kryteriach obywatelskich. Wyjaśnię to w moim następnym tekście
2. Zgadzam się ze wszystkim co Piotr napisał na temat przywileju dla niemieckiej mniejszości. To wszystko prawda, tylko że ja od początku uważałem to za błąd. Ja jestem zwolennikiem integracji obywatelskiej - w stosunku do Polaków w Niemczech tak samo jak w stosunku do Niemców w Polsce. Z tego powodu też nie zapiszę się nigdy do żadnej mniejszości niemieckiej w Polsce, jeśli kiedyś dostanę obywatelstwo polskie. Ja bym wolał, aby posłowie z mniejszości kandydowali z list polskich partii, tak jak n. p. Mirosław Czech. Polacy przeważnie chcą, aby Polacy w Niemczech mieli podobne przywileje jak Niemcy w Polsce. Ja natomiast chciałbym, aby niemiecka mniejszość w Polsce była traktowana tak (mniej więcej) jak Polacy w Niemczech. Nie dlatego, że ich nie lubię, tylko dlatego, że uważam, że jest to mniej konfliktowe i lepiej służy i większości i członkom mniejszości.

A to, że Polacy w Niemczech w przeważającej większości nie są mniejszością wynika z:
Europejskiej Konwencji o mniejszościach narodowych, która przewiduje że członkowie mniejszości muszą mieć obywatelstwo kraju, w którym żyją
z Traktatu polsko-niemieckiego (ten o przyjaźni etc. nie ten o granicy!), bo tam nawet polski rząd nie domagał się wpisania mniejszości
z niemieckiego i polskiego ustawodawstwa, gdzie to pojęcie jest zdefiniowane i gdzie też wyklucza się przynależność do mniejszości bez obywatelstwa

Z oceną Piotra o braku dobrej woli po stronie niemieckiej w tej kwestii się zgadzam.

A min. Fotygę cytowałem za wywiad w Sueddeutsche Zeitung. Tam mówiła o asymilacji.

Pozdrawiam serdecznie

KB

Komentarz został ukrytyrozwiń

Szanowny Panie Madejczyk,

panskie twierdzenie ze w sensie prawnym mniejszosci polskiej w Niemczech nie ma , przyjmuje tutaj do wiadomosci jako pozbawione refleksji powtorzenie wypowiedzi jakiejs absolutnie prywatnej osoby i do tego obrazliwe dla polskiej mniejszosci narodowej w Niemczech.

Ciekawy jestem jednakowoz pana wypowiedzi jako historyka i powtarzam pytanie na ktore do tej pory nikt nie udzielil odpowiedzi:

Kto , kiedy i gdzie (dokladnie) i zobowiazujaco prawnie ! powiedzial lub napisal ze mniejszosci polskiej w Niemczech juz nie ma ??

(oprocz Pana)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Droga Pani Beato, wpisała Pani wprawdzie polemikę nie pod tekstem Klausa Bachmanna, a pod moim, w którym zostało zaprezentowane stanowisko trochę odmienne. Jest jednak w Pani tekście fragment, który budzi moi wątpliwości. Chodzi o traktowanie działań Jugendamtów jako jednolitej polityki prowadzonej wobec Polaków w Niemczech. W ocenie samych konkretnych przypadków zabraniania używania lub uniemożliwiania nauki języka polskiego będziemy niewątpliwie zgodnie. Mam jednak duże wątpliwości, czy można mówić o prowadzeniu jednolitej polityki w tym zakresie.
Odwołuję się tutaj trochę do własnych doświadczeń. Sam ze względów rodzinnych miałem pewne kontakty dotyczące dzieci z władzami niemieckimi - nie spotkałem się z antypolskim nastawieniem z ich strony. Bywając w różnych stronach Niemiec, gdy spotykałem osoby, które przeniosły się do Niemiec, lub z małżeństw mieszanych, podpytywałem je o różne aspekty życia w Niemczech. Niestety nie mogę powołać się na żadne nazwiska, bo nie zbierałem żadnych materiałów. Były to takie zwyczajne Polaków rozmowy, także dotyczące dzieci. W nich także nie pojawiały się częściej (bo rzecz jasna niekiedy tak) problemy antypolskiego nastawienia przedstawicieli władz , czy to oświatowych, czy to ds młodzieży, czy też jeszcze innych. Wiem, że nie jest to w żaden sposób reprezentatywne, ale trochę mnie dziwi.
Chętnie poznałbym Pani ocenę, bo ja widzę dwie możliwości:
1. polityka władz niemieckich uległa radykalnej zmianie i zaostrzeniu w ostatnich kilku latach.
2. (i to wydaje mi się bardziej prawdopodobne) nie jest to jednolita polityka władz niemieckich, ale pozostawienie zbyt szerokiej swobody interpretacji przepisów lokalnym urzędom. Jeżeli zasiada w nich osoba rozsądna, otwarta na świat, wtedy jest stosunek do dwujęzycznych dzieci (nie tylko polskich) jest otwarty i życzliwy. Jeżeli jest to ktoś, komu wpojono wyobrażenie idealnego narodu rodem z pierwszej połowy XX wieku, to także ma możliwość dowolnego działania. Jako zamaskowanie wystarczy hasło "dobro dziecka", i nikt tego nie sprawdzi, bo Jugendamt ma rację.
Jeżeli chciałaby Pani obszerniej, w formie rozbudowanej zaprezentować problemy, o których pisze, zapraszam na łamy wydawanego przez Instytut Studiów Politycznych PAN "Rocznika Polsko-Niemieckiego". Proszę wtedy o kontakt ze mną.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Szanowny Panie Bachmann,

W swoim artykule powołuje się Pan na rozmowę Pani Minister Fotygi z Panem Ministrem Steinmeierem – nie podając źródła, w którym znajduje się informacja o przebiegu tej rozmowy. Oczywiście krytykuje Pan formę stawiania krytyki przez Panią Minister.
Stosuje Pan tu powszechnie stosowany oraz sprawdzony przez niemieckie elity (polityczne) trick retoryczny, polegający na odwróceniu uwagi od właściwego problemu – urzędowej dyskryminacji polskich dzieci i ich rodziców, który został jednoznacznie stwierdzony dnia 30.01.2007 na posiedzeniu Komisji Petycji przez przedstawiciela Komisji Europejskiej z Dyrekcji ds. Praw Podstawowych (Prawa, Sprawiedliwości i Bezpieczeństwa) parlamentu Europejskiego (dr Gavrilidis) – a nie przez panią Fotygę!!!

Panu – tak jak innym przedstawicielom niemieckich elit politycznych fakt ten nie wystarczy, aby przyznać się, że w RFN taki problem został po prostu stwierdzony.
Największą jednak arogancją niemieckich elit (politycznych) jest to, że wzbraniają się przed zasięgnięciem informacji na ten temat, po prostu z góry zakładają, przepraszam nakazują innym, że problemu takiego nie ma.
Typowym przykładem jest tu pełnomocnik niemieckiego rządu ds. polityki praw człowieka, pan Günter Nooke, który na skargę o dyskryminacji dzieci polskich w Niemczech pisemnie stwierdza, że 1) z ramienia rządu RFN on zajmuje się sprawami łamania praw człowieka na całym świecie, tylko nie w RFN oraz, że 2) skargi tej nikomu (do żadnej innej instytucji) nie przekazał, bo nie ma ona żadnych szans na powodzenie.
Pani prof. dr G. Schwan - Koordynator Rządu Republiki Federalnej Niemiec ds. Niemiecko-Polskiej Współpracy Przygranicznej i Społecznej zastosowała na moje zgłoszenie o dyskryminacji inny trik – i potraktowała mnie jako jedyny przypadek, – mimo, że wysłałam jej dokumenty innych rodziców i stwierdziła, że skoro zakazy wydają niezależne Jugendamty i sądy, to są one słuszne!
O urzędowej dyskryminacji dzieci polskich i urzędowych zakazach j. polskiego zostali poinformowani: Pan Prezydent Horst Köhler, Pani prof. dr Gesine Schwan, Pan prof. D. Bingen, Pan Georg Boomgarden (niemieckie MSZ), Pani Brigitte Zypries (Ministerstwo Sprawiedliwości), Pani Ursula von der Leyen, Pani prof. dr Rita Süssmuth, Pani dr Angelica Schwall-Düren, Pan Martin Schultz, Pan Volker Beck, Pani Claudia Roth, Pan Günther Nooke, Pan Elmar Brook, Pan Hans-Gert Pöttering, Pani Mechthild Rothe, Pan Alexander Graf Lambsdorff, Pan Christoph Strässer.
Osoby te nie zechciały się bliżej poinformować o problemie.
Bez komentarza – jest to najlepszy dowód na troskę (nie tylko) rządu RFN o dobrosąsiedzkie stosunki z Polską.

Pan Bachmann sugeruje, że zasługą rządu RFN jest to, że Polacy mają taki dobry wizerunek – jaki przedstawia w swoim artykule pan Bachmann-, bo ciągle różnorako awansują – pytanie tylko, dlaczego w niemieckich żartach (tak bardzo popularnych i do rozpuku bawiących przyjaźnie nastawionych Polakom rubasznych obywateli niemieckich) i które mają większą wymowę niż medialne i werbalne zapewnienia niemieckich polityków przy okazji różnych oficjalnych uroczystości o polsko-niemieckiej przyjaźni, Polacy występują jako debilni przedstawiciele tych najniższych warstw społecznych z pogranicza kryminalno-prowincjonalnego. I temu przypuszczam też winna jest pani Fotyga, która przeszkadza rządowi niemieckiemu w kreowaniu dobrego wizerunku awansowanego społecznie w Niemczech Polaka.

Pan Bachmann ostro krytykuje panią Fotygę w ten sposób, że nie ustosunkowuje się w sposób rzeczowy do konkretnie stawianych przez panią Fotygę zarzutów asymilacji – a są to – jak podałam w mojej petycji do Komisji Petycji UE nr 713/06: psychiczne i fizyczne maltretowanie dzieci przez Jugendamty lub za ich przyzwoleniem, odbieranie władzy rodzicielskiej polskim rodzicom i zabranianie kontaktów z dziećmi w celu likwidacji więzi dziecka z polskim rodzicem, aby dziecko było – jak to sformułował pewien niemiecki adwokat – pełnowartościowym obywatelem niemieckiego społeczeństwa, następnie urzędowe ogłupianie dziecka przez zakazy naturalnej dwujęzyczności (konkretnie: j. polskiego) dla obywateli polskich, po zakazie kontaktów z polskim rodzicem zakazy nauki j. polskiego, zakazy odwiedzin rodziny w Polsce – pan Bachmann jest tu dobrze poinformowany, że Polacy wręcz perfekcyjnie mówią po niemiecku (co nie jest zasługą rządu niemieckiego, ale głównie ich samych) i nie potrzebna jest tu nauka niemieckiego.

Wynaradawianie dzieci polskich odbywa się w ciszy „urzędowych” pomieszczeń, gdzie w intymnej atmosferze, bez (niepotrzebnych) świadków, zgodnie z powszechnie stosowanymi (choć nie całkiem jawnymi) wytycznymi politycznymi Jugendamtów, za pomocą nacjonalistycznej i retorycznej perwersji pojęcia „Kindeswohl” (dobro dziecka) pod pretekstem „konfliktu rodzinnego”, i gdzie pokorni rodzice zrobią wszystko, aby korzystnie wypaść w oczach tych politycznych „urzędników” – wybieranych przez lokalnych polityków i nie podlegających żadnemu ministerstwu, żadnemu kuratorium, żadnemu innemu urzędowi ani żadnej innej instytucji nadającej wytyczne pedagogiczne.
Tak na marginesie – dokładnie taki sam problem urzędowej dyskryminacji rodziców francuskich próbowała rozwiązać parlamentarna Komisja Mediacyjna (francusko-niemiecka), która po wytrwałym „wysiedzeniu” sprawy przez stronę niemiecką musiała sama się rozwiązać – nie rozwiązując problemu.

Największe oburzenie wywołuje u pana Bachmanna jednak chęć osób przyznających się do pochodzenia lub obywatelstwa polskiego do uzyskania statutu mniejszości. A każdy Niemiec jednoznacznie kojarzy zagłębie Ruhry z Polakami, których korzenie w międzyczasie zdążyły być sprawnie zamazane.
Polakom w ramach przyjaźni polsko – niemieckiej wolno pracować na polu ogórkowym, truskawkowym lub szparagowym (ogromny wybór możliwości!), ale jak ktoś chce żeby w Niemczech uznane były nabyte w Polsce kwalifikacje n.p. tłumacza czy nauczyciela j. polskiego – to jest to oczywiście możliwe, ale tylko teoretycznie. Dlatego polskojęzyczny psycholog nie zostanie uznany przez Jugendamt za psychologa, ponieważ istnieje niebezpieczeństwo, że nie zastosuje się on w wydawaniu swoich opinii rzeczoznawczych do niejawnej linii politycznej Jugendamtów wobec polskich rodziców.

Argumenty „naukowe” pana Bachmanna co do Turków z „dobrowolnym” obywatelstwem niemieckim potraktuję tak, jak niemieckie urzędy traktują naukowe argumenty popierające dwujęzyczne wychowanie, które jednoznacznie pozytywnie wpływają na rozwój dziecka i na jego lepszą pozycję w życiu zawodowym. To znaczy Pan Bachmann sugeruje, że tylko i wyłącznie dla dobra obywateli tureckich państwo niemieckie daje im obywatelstwo niemieckie, bo tylko w ten sposób można mieć nad nim pełną kontrolę: obywatel taki (już niemiecki, a nie turecki) nie może już założyć tureckiej partii, a w nagrodę za dane mu przez niemieckie państwo wolności obywatelskie będzie asymilował, przepraszam, integrował następne pokolenia.

To Niemcy walczą z polskimi dziećmi i rodzicami! Polacy nie walczą, a jedynie bronią zagwarantowanych im elementarnych praw w konstytucji (niemieckiej i polskiej), w traktacie polsko-niemieckim z 17.06.1991 r. oraz międzynarodowych konwencjach – przede wszystkim praw, jakie mają członkowie Unii Europejskiej.

Szanowny Panie Bachmann! To nie Pani Minister Fotyga, ale Komisja Europejska stwierdziła dyskryminację Polaków przez niemieckie urzędy!
Proszę się poinformować zanim zacznie Pan atakować panią Fotygę czy Polaków śmiejących domagać się zagwarantowanych im unijnie praw.
Chętnie oddam do dyspozycji dokumentację o urzędowej dyskryminacji i planowym wynaradawianiu dzieci polskich w Niemczech!!!



Beata Monika Pokrzeptowicz-Meyer
lektorka j. polskiego
Tłumacz Przysięgły j. niemieckiego
Universität Bielefeld
Fakultät für Linguistik und Literaturwissenschaft
Postfach 10 01 31
33501 Bielefeld
Tel.: 0049 521 106 3610
Pryw.
Schneider Str. 2
33613 Bielefeld
Tel. kom. 0049 162 3393 843
Tel. 0049 521 9824816 zastrz.

Stowarzyszenie Polskie
Rodzice Przeciw Dyskryminacji Dzieci

Komentarz został ukrytyrozwiń

To jest wlasnie ciekawe i jednoczesnie zagadka dla innych zainteresowanych tematem :

Kto , kiedy i gdzie (dokladnie) i zobowiazujaco prawnie ! powiedzial lub napisal ze mniejszosci polskiej w Niemczech juz nie ma ??

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tak, ciągłe przypominanie III Rzeszy niewiele daje. Mniejszość polska faktycznie uległa wówczas likwidacji lub gwałtownej asymilacji, a to oznacza, że obecnie nie ma w Niemczech takiej zasiedziałej od pokoleń mniejszości. W sensie prawnym mniejszości polskiej w Niemczech więc nie ma, warto zresztą dodać, że także w Polsce uznano formalnie jako mniejszości grupy zasiedziałe od około 100 lat. To dość powszechnie przyjmowany okres (i bardzo umowny).
W znaczeniu szerszym, społecznym, odpowiedź nie jest już tak prosta. Polacy w Niemczech to grupa, która podlega ciągle burzliwym przemianom, gdzie rośnie drugie pokolenie (trzecie chyba jeszcze nie), już chodzące do niemieckich szkół, często tam urodzone. Niektórzy jednak nie mają obywatelstwa niemieckiego, a przyjmuje się, że mniejszość narodową lub etniczną stanowią obywatele danego kraju. Powiedziałbym, że jest to mniejszość polska, chociaż mniejszość w okresie formowania się, kształtowania swej tożsamości. Itd. Jeżeli chcesz jednak drogi Mirku zrozumieć problemy i trudności, jakie się z tym wiążą, przypominanie Hitlera na pewno ci tego nie ułatwi.

Komentarz został ukrytyrozwiń

dobra polemika.w zasadzie nie mozna nic ujac
ale dodac trzeba ze polska mniejszosc narodowa w Niemczech byla ,jest i bedzie,pomimo ze elity polityczne w Niemczech i komunisci w Polsce tego zaprzeczaja.

Wymordowano prawie wszystkich nauczycieli jezyka polskiego a dzialaczy Polskiej mniejszosci narodowej wymordowano o ile dobrowolnie pod kara smierci nie podpisali Volkslisty.

Malo kto wie ilu polskich poslow mielismy w Reichstagu i dlaczego polityczne elity wspolczesnych Niemiec zaprzeczaja ze mniejszosci polskiej nie ma - bo taka byla wola proroka z wasikiem i niemiecki narod przez niego wybrany (no i polski) musi to dzisiaj respektowac.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 17.02.2007 21:00

Bardzo ciekawy tekst polemiczny, przeczytałem z uwagą.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.