Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

22192 miejsce

"Badanie na prezent" - akcja profilaktyczna Joli Mrotek (wywiad)

Aktorka, Jola Mrotek, ambasadorka akcji "OkoRejs - Wybieram Życie" i pomysłodawczyni akcji "Badanie na prezent". "Badajmy się" - apeluje.

OnkoRejs – Wybieram życie – czym jest?

Jest inicjatywą, powstałą z pomysłu Magdy Lesiewicz. Ma za zadanie dawać nadzieję wszystkim, którzy są chorzy. Nakłania też oczywiście do regularnych badań profilaktycznych.

BADAJ SIĘ. Wcześnie wykryty RAK jest ULECZALNY.

Odbyły się już trzy OnkoRejsy na Morzu Bałtyckim:

- W maju 2015 roku – przerwany po 30 godzinach rejs na Zjawie, która na środku Bałtyku zaczęła nabierać wody.

- Na przełomie sierpnia i września 2015 roku – kontynuacja pierwszego rejsu. Tym razem na dwóch jachtach: Cobrze i Bavarii. Symboliczne dotarcie do Visby miało pokazać, że nigdy nie należy się poddawać i jeżeli nie wychodzi za pierwszym razem, trzeba próbować do skutku. Szczególnie jeżeli leczenie nie działa za pierwszym razem nie poddawaj się i walcz dalej!

- W maju 2016 roku – OnkoRejs na Zawiszy Czarnym oraz asystującym go Neście. W majowym rejsie udział wzięła ambasadorka, aktorka, wokalistka – Jola Mrotek.

- W sierpniu 2016 r. zorganizowany został nowy projekt: Żeglowanie po lądzie czyli Wielki Ogólnopolski Marsz – OnkoRejs Granicami Polski. Tym razem zeszli z morza i w 7 dni, w 34 zespoły, okrążyli całą Polskę. Każda grupa miała za zadanie pokonać około 100 km.

Do podzielenia się wrażeniami z rejsu udało się namówić kilka uczestniczek, w tym szefową inicjatywy „OnkoRejs – Wybieram Życie – Magdę Lesiewicz.

Magda Lesiewicz o sobie:


„Zawsze szalona. Wszędzie było mnie pełno. Właśnie skończyłam realizację największego projektu w życiu. Wyszło rewelacyjnie a ja zamiast satysfakcji odczuwałam przygnębienie. Byłam słaba, zmęczona, zrezygnowana. Będąc w Warszawie pierwszy raz w życiu wybrałam się na Powązki. Spędziłam tam kilka godzin chodząc od grobu do grobu i czytając napisy na nagrobkach. Teraz po czasie myślę, że moja psychika chciała mi coś powiedzieć, że organizm dawał mi znaki… Gdy ignorowałam nastrój zaczęło boleć mnie serce. Na początku pomyślałam, że to pewnie przez spadek adrenaliny po zakończeniu projektu ale ból był coraz gorszy. Rzadko bywałam u lekarzy ale w końcu się zmusiłam. Zrobił EKG. Nic nie wyszło a serce bolało jak bolało. Łapałam się co chwilę za pierś, aż w końcu któregoś wieczora coś poczułam. Coś było twardą kulką zlokalizowaną pod sutkiem. Pomyślałam cholera coś tam jest, zaczęłam histerycznie macać drugą pierś błagając by było coś podobnego i żebym mogła uznać, że to budowa anatomiczna… W pewnym momencie powiedziałam dość do jutra na pewno zniknie! Wypiłam duszkiem piwo i poszłam spać. Niestety rano to coś było dalej w tym samym miejscu. Zaczęłam działać. Obdzwoniłam wszystkie przychodnie lekarskie i udało mi się umówić na usg jeszcze w tym samym dniu. Pani doktor nie mówiła zbyt wiele, jedynie nalegała na szybką biopsję ale ja widziałam w jej oczach, że ona już wie… Wyszłam z gabinetu i zaczęłam wyć. Cała się trzęsłam… Czułam, że rozpadam się na tysiąc kawałków… Wiedziałam jednak, że nie mogę poddać się temu uczuciu, bo już się nie podniosę… Zapaliłam kilka kolejnych papierosów i powiedziałam sobie: O nie moja droga nie ma tak łatwo! Ty będziesz żyć! Nie ma innej opcji! 1,5 tygodnia później miałam już biopsję, miesiąc później byłam po operacji oszczędzającej. Potem chemia, radioterapia, brachyterapia, hormonoterapia. Full serwis… :) Minęło już 2,5 roku od zakończenia leczenia agresywnego. Wszystko jest ok. Jestem zdrowa i znowu wymyślam zwariowane rzeczy jak na przykład te rejsy ;)
Do leczenie podeszłam jak do wyzwania, które skrupulatnie realizowałam. USG, biopsja, wizyta w WCO w Gdańsku, wizyta w CO w Bydgoszczy, badania, operacja, komisja, jedna chemia, druga, trzecia, czwarta, przeprowadzka do Bydgoszczy, 17 naświetlań, brachyterapia… Dzięki temu nie zastanawiałam się czemu ja, czy mi się uda, co będzie dalej. Wykonywałam zadanie pt. zdrowie punkt po punkcie. Pewnie mi było łatwiej, miałam szczęście. Znalazłam chorobę nim zajęła węzły chłonne i nim rozprzestrzeniła się po moim organizmie. Dziwnie to zabrzmi ale z czasu, o którym chce się zapomnieć mam wiele wspomnień, które wywołują uśmiech na mojej twarzy. Pamiętam przesympatycznego pana portiera z CO w Bydgoszczy, który zawsze jak wchodziłam witał się ze mną i mówił, ze dziś wiele osób zostanie uzdrowionych dzięki mojemu uśmiechowi, pamiętam jak notorycznie w szpitalnej restauracji wieszałam na krześle torebkę z butelkami od drenów i szłam po jedzenie (każdy kto był posiadaczem takiej torebki wie jak „przyjemne” jest szarpnięcie z powrotem), pamiętam jak tuż po operacji zwróciłam pani anestezjolog uwagę, że za wcześnie mnie wybudziła, bo byłam właśnie w trakcie pasjonującej dyskusji na tematy społeczno – polityczne, pamiętam jak rozpacz spowodowana wypadaniem włosów zmieniła się w śmiech, gdy zobaczyłam w lustrze jak koszmarnie wyglądam z obciętymi na 3 cm włosami, pamiętam urodziny niespodziankę, na które wszyscy goście założyli na głowę chusty, pamiętam jak po tygodniu chemicznej niemocy zaczynałam dostrzegać piękno świata i cieszyć się, że żyję.
Dziś gdy zastanawiam się co dała mi choroba dochodzę do wniosku, że pozwoliła mi poukładać hierarchię wartości. Nauczyła nie przejmować się głupotami (przynajmniej się staram ;) ) i otaczać się pozytywnymi ludźmi a na tych negatywnych zwracać jak najmniejszą uwagę. Dzięki niej zaczęłam naprawdę żyć. Przestałam odkładać to na jutro, na weekend, na lato. W ciągu roku zwiedziłam: Podlasie, Wielkopolskę, województwo kujawsko – pomorskie, Toskanię, Meksyk, Kubę :D Staram się też przekazywać dalej tą pozytywną energię, którą dostałam w trakcie leczenia od bliskich i zupełnie obcych mi ludzi. Wszyscy, których spotkałam na swojej drodze byli dla mnie niesamowici: pielęgniarki, lekarze (Moja Kochana Pani Doktor jeżeli Pani to czyta to bardzo pozdrawiam :) osoby, z którymi leżałam w szpitalu, których spotykałam na szpitalnych korytarzach, z którymi byłam w sanatorium. Dziękuję im wszystkim i dziękuję wszystkim moim bliskim! Bez Was nie dałabym rady! (mamuś, tatuś specjalne dziękuję dla Was)!”

Asia Brzozowska o sobie:

Choroba...

„Zaczęło się niby niewinnie, od złych wyników badania krwi. Niby, albo aż – kolejne badania tylko potwierdzały fakt, że dobrze nie jest. I wówczas wynik biopsji, jej powtórka. Guz olbrzymiokomórkowy kręgu szyjnego. Szyi się amputować nie da, więc chemia. Jedna, druga, trzecia i kolejna. Szpitale, badania i chemia… I tak w kółko. Ale kto miał dać radę? Zwierzęta motywowały, by codziennie wstać z łóżka – same się w końcu nie nakarmią, nie wyprowadzą na spacer. I to mi dawało największego Powera. Nie dałam się położyć w łóżku, ile mogłam pracowałam, nie chciałam, by inni widzieli, że choruję. Bo po co? Mieliby się nade mną użalać, współczuć? Byłoby jeszcze gorzej… I w końcu po rejsie ze znajomymi po chorwackich morzach wiadomość- REMISJA. Ogromne poczucie szczęścia, zadowolenia z siebie, z tego, że dałam radę. Jednak nie wszystko było w porządku – nerka i serce zniszczone leczeniem. Nerka nie pracowała, tak, jak powinna. Po dwóch miesiącach – powtórka z rozrywki – wykryty nowotwór na nerce . Cóż miałam zrobić, walczyłam dalej – kolejne „trucizny” wpompowywane do organizmu, do tego radioterapia. Udało się. Przed samym ONKOrejsem właściwie dowiedziałam się, że znów mam REMISJĘ. Teraz zostaje tylko się badać… i żyć. A co, gdybym nie oddawała krwi? Nie robiła badań? Czy miałabym szansę zwyciężyć te bitwy? Z pewnością nie tak duże”.

ONKOrejs…

„Nie od zawsze interesowałam się żeglarstwem… nie było chyba osoby, czy celu w tym. Aż tu nagle na mej drodze ustała Magda Lesiewicz. Dała cel. Nie tylko dla rejsu, ale też dla walki z chorobą. Pomagała, doradzała, odpowiadała na pytania. Bo tak naprawdę w chorobie jesteśmy sami, zdrowi nie rozumieją tego, co czujemy, przez co przechodzimy. Tak naprawdę „rakowca” zrozumie tylko inny „rakowiec”.
I w maju nadszedł ten długo oczekiwany moment – najpierw sesja zdjęciowa i zapoznanie się z ludźmi, których znałam już przecież doskonale przez internet, czy telefon. Dzień później ONKOrejs – najpierw szkolenie (te wszystkie fały i szoty, żagle i koje :) ). I wypłynęliśmy. Wachta I, czyli moja rozpoczęła od wachty nawigacyjnej… po niej chęć drzemki, ale nie! Alarm żaglowy. Raz raz… ubieramy się i do żagli. I tak w kółko. Wieczorne rozmowy w mesie, wspólne gry w karty, jedzenie ciasteczek czy kisielków, donoszenie sobie wzajemnie herbaty na wachty nawigacyjne, rozmowy na rufie, czy wylegiwanie się na bukszprycie. Tego nie da się opisać słowami, bo byłaby o tym książka i to z pewnością nie jedna, a książka każdego z uczestników. Bo każdy z nas przeżywał to na swój sposób, z innej perspektywy. Inaczej, ale jednak wspólnie z innymi.
Z pewnością była to przygoda życia! Mojego, wygranego życia. Przygoda, spędzona ze wspaniałymi ludźmi – mimo, że każdy z nas jest inny, przeżył inne rzeczy, rozumieliśmy się niemal bez słów, byliśmy jedną wielką rodziną. I tak zostało do dziś – mailujemy, dzwonimy, ba, nawet żeglujemy dalej wspólnie.
Mimo, że nie zawsze było łatwo – zimno, wachta w deszczu, sporą część osób zaatakowała choroba morska, szorowanie rejonów, brak snu, czy zagubienie się w porcie w Kłajpedzie– to bez wątpienia mamy co wspominać i nikt nam tego nie zabierze, tak jak nie zabierze nam więzi, która się między nami wytworzyła.
Nikt nie narzekał, każdy był pełnoprawną załogą, starał się ile sił (w rękach i nogach).”

Ewa Fabisiak o sobie:

„Najpierw był pęd, brak odpoczynku, łapanie zbyt wielu "srok za jeden ogon". Własne sprawy raczej pod koniec listy "do załatwienia". Owszem, przychodziły momenty gorszego samopoczucia, ale wtedy trzeba było działać z tym większą siłą, na przekór.

Możliwe, że gdyby nie uparta lekarka, jeszcze dłużej opierałabym się zrobieniu podstawowych badań. Opierałam się, opierałam... aż ona nie odpuściła. Pierwszy wynik do szybkiej powtórki, bo "to chyba pomyłka". A jednak nie... Grudzień, czekają święta, a tu świat nagle bardzo pociemniał. Co robić, aby dzieci, mąż, mama nie zobaczyły, jak bardzo się boję?
Ponad 4 miesiące czekania na ostateczną diagnozę. Przez trzy miesiące była mowa o przewlekłej białaczce - przeżyłam wtedy najgorszy czas czekania, jaki mogłam sobie wyobrazić. Wpadłam w psychiczny dołek, wydawało się, że z jednej strony czas stanął w miejscu, z drugiej: że czekanie nigdy się nie skończy, a ja nie wiem, co ze mną i ile czasu zostało mi na życie.

W końcu jest diagnoza: cieszę się, że nie białaczka; trafił na mnie jeden z nowotworów krwi, nadprodukcja czerwonych krwinek (czerwienica). Oswajanie z chorobą trwało parę miesięcy. Głównie zaszywałam się w domu, nie chciałam martwić znajomych. Jedynie rodzina było blisko i wiem, że było im ciężko, może równie ciężko jak mnie. Czułam, że moje życie zakończyło jakiś etap. I nie wiem kompletnie, jak będzie wyglądać dalej. Czy gdzieś jeszcze wyjadę, coś zobaczę, przeżyję? Wątpiłam w to.

Tak było do maja 2016 roku, gdy niespodziewanie dowiedziałam się o możliwości wzięcia udziału w Onkorejsie po Morzu Bałtyckim, na jachcie Nest towarzyszącym głównemu żaglowcowi rejsu - Zawiszy Czarnemu. Miałam mało czasu na podjęcie decyzji: najpierw szok: przecież nigdy nie pływałam, a tu mam być załogantem pełniącym wszystkie wachty na takich warunkach jak reszta załogi? "Nie dam rady, nie dam rady". Na szczęście nutka szaleństwa wzięła górę i jednak pokonałam większość wątpliwości (większość, bo z niektórymi obawami zostałam do dnia wypłynięcia i musiałam się z nimi uporać ).

Od rejsu minęło już parę miesięcy, a ja stale wracam do tamtego tygodnia, w którym życie znowu napełniło się dla mnie barwami. Poznałam ludzi, którzy pokazali mi, jak należy podchodzić do chorowania. Przeszłam ekspresowy kurs na temat życia z chorobą. Ona może gdzieś tam była, jest, ale wygrało życie. Rejs zostawił we mnie przekonanie, że chorowanie jest w głowie, a nie w ciele. Majowe morze jest cudowne. Wschody i zachody słońca, fale, wiatr. Rozmowy, śmiechy, poczucie wspólnoty, odpowiedzialności za siebie - tego nie da się przecenić.

Dowiadując się, że jestem poważnie chora, nie umiałam nawet wyobrazić sobie, co mogłoby mi wrócić marzenia i plany. Okazało się, że otrzymałam od losu prezent w postaci projektu Fundacji Onkorejs. To ci ludzie, ich energia i morze dały mi siłę, z której mam zamiar czerpać tak dużo, jak się da. Aż po horyzont ”.

Violetta Pabisiak o sobie:

„Czasami siedzimy bezczynnie i czekamy aż los podaruje nam prezent i zdarzy się coś, co nas popchnie, nakieruje lub wręcz dokładnie naprowadzi. Gorzej, gdy to trwa całe życie. Wtedy nasze dni i noce nie mają sensu, nic nie cieszy, jest tylko czekanie na śmierć z wiecznymi pretensjami do losu, że tak nie miało być.
Takiego życia właśnie nie chciałam. Los jednak zafundował mi urozmaicenia zupełnie nieoczekiwane. Z drwiną w głosie, przymrużonym okiem i złośliwym chichotem przesłał mi wiadomość: Masz raka!
I co? Ano jak powiedział cudowny ksiądz Kaczkowski: szału nie ma, jest rak. Zamknęłam zatem przerażone usta na 2 tygodnie. Myślałam, że go przemilczę, zignoruję i urażony moim zachowaniem stwierdzi, że to pomyłka, pójdzie, zniknie, nieważne gdzie, nieważne do kogo. Ja czułam, że nie jest mój, nie chcę być jego „nosicielem”. Ale to nie sklep, gdzie okazując paragon można wymienić sobie towar na ten z metką: „Uwaga: grozi zdrowym i szczęśliwym życiem”.
Przyszło więc zmierzyć się z czymś, co do tej pory było obce. Do tego dochodził strach o dziecko, byłam przecież w siódmym miesiącu ciąży. Zupełnie na początku tej szczęśliwej drogi, gdzie zjawiła się prawdziwa miłość, w perspektywie ten upragniony azyl, wyczekiwane potomstwo, w marzeniach nie jedno, mały, biały dom i pies leżący wiernie u moich stóp. A tu mogło zabraknąć miejsca na to wszystko. Miejsca i czasu.
Strach może być jednak świetnym motywatorem. Ale to nie był lęk o siebie. Do mnie dotarło, że jak się poddam, to moje dziecko nie będzie miało matki. Do boju zatem. Tę bitwę stoczyłam i wygrałam ją. Nie chcę ich więcej, dlatego zaczęłam robić wszystko, aby cieszyć się codziennością. Banalne...tak, ale bardzo potrzebne.
Po 12 latach od choroby niczym w zamkniętej butelce wrzuconej do morza, którą wyłowiłam ja, pojawiła się wiadomość: chcesz płynąć w następnym OnkoRejsie?
Czy chcę, co za dziwne pytanie. Ja nawet przez sekundę nie wahałam się. Całemu światu chciałam krzyczeć: TAK, zrobię to, chociaż tak strasznie boję się wody, zrobię to, żeby pokazać właśnie, że można być silniejszym od własnego strachu, słabości, że mój mały ruch może dać nadzieję tym, którzy na początku swoich zmagań nie wierzą w nic i nikogo nie chcą słuchać.
Udało się! Jeszcze tydzień po rejsie co noc śniłam, że jestem na Zawiszy. To było bardzo magiczne. Czas płynie szybko, zdecydowanie za szybko. Ale najważniejsze, że w pamięci pozostały te niezwykłe chwile, ci ludzie, którzy tak niesamowicie potrafili cieszyć się ze wszystkiego, ta równość, troska o każdego, pomocna dłoń, która nadchodziła w najbardziej odpowiednim momencie, uśmiech znikąd, ale tak bardzo szczery. Tego się nie zapomina, to nosi się ze sobą i w sobie na zawsze.
Teraz wiem, że nie trzeba z nikim zjeść przysłowiowej beczki soli, żeby go pokochać, szanować i mieć pewność, że ma się prawo do radości, spontaniczności. Nikt nikomu nie może zabronić prawa do bycia szczęśliwym, choćby za nim były lata świetlne smutku i bólu.
I tego wszystkim życzę-dajmy sobie prawo do życia takiego o jakim sami marzyliśmy.”

Jola Mrotek - maj 2016 - OnkoRejs na Zawiszy Czarnym, Jola Mrotek w rejsie wzięła udział jako honorowa ambasadorka. / Fot. Fot. Zdjęcie nadesłane przez Jolę Mrotek
JOLA MROTEK – aktorka, wokalistka, ambasadorka OnkoRejs – Wybieram życie

Czy trudno jest namówić ludzi do robienia badań profilaktycznych?

-Tak, trudno! To jest tak naprawdę wbrew logice, bo walczymy przecież o swoje życie. Większość ludzi zdaje sobie sprawę,jak poważne jest zagrożenie i jaki procent ludzi choruje na raka, a także, jak szybko wzrasta zachorowalność. Według statystyk nowotwory złośliwe są drugą, po chorobach układu krążenia przyczyną zgonów w Polsce. Co roku ponad 140 tysięcy osób dowiaduje się, że ma raka, a 90 tysięcy umiera z tego powodu.Gdybym miała przytoczyć konkretny przykład choroby, która jest niemal w 100% możliwa do wyleczenia, mogłabym wymienić raka szyjki macicy. Rozwija się nawet przez kilkanaście lat. Kobiety mają mnóstwo czasu na to, by zapobiec jego powstaniu i wychwycić zmiany w momencie, gdy w ciele są pojedyncze komórki rakowe. By uchronić się przed rakiem szyjki macicy, wystarczy badanie cytologiczne. Jest bezbolesne, zajmuje niewiele czasu. Najczęstszą wymówką jest brak pieniędzy, ale to naprawdę TYLKO wymówka, ponieważ badania przesiewowe są bezpłatne, a zaproszenia wysyłane są pocztą. Tymczasem w Polsce ten rodzaj nowotworu zabił w 2012 roku aż 1669 kobiet.
Niestety, NIE BADAMY SIĘ! Większość z moich znajomych ma w rodzinie kogoś, kto ma albo miał problemy onkologiczne. Wydaje nam się, że póki nic nas nie boli, problemu nie ma. Kiedy zadaje pytanie o badania, odpowiadają, że nie mają czasu, bądź że pójdą wkrótce. A potem? Potem odkładają te plany na następny rok…Mój Tata miał raka prostaty, ale dzięki temu, że Mama pilnowała regularnych badań, skończyło się na operacji i naświetlaniach…Tata żyje i ma się dobrze:))) Często potrzeba kogoś, kto nas pilnuje, bo w zabieganym świecie szukamy wymówek i nie mamy czasu:) Wczesna diagnoza to połowa sukcesu. Mogę śmiało powiedzieć, że w większości wypadków to wygrana!!! To najważniejsza rzecz, jaką powinniśmy mieć z tyłu głowy. Sama nie zwracałam na to uwagi dopóki nie spotkałam Magdy Lesiewicz i nie zostałam Ambasadorką Onkorejs -Wybieram życie!
Trzeba cyklicznie się badać! Nawet podstawowe badanie krwi już obrazuje stan organizmu. USG jamy brzusznej, tarczycy, cytologia czy mammografia to bardzo ważne, CYKLICZNE badania! PSA dla mężczyzn po 50tym roku życia to konieczność.

Czego najczęściej się boimy?

-Dlaczego np. kobiety nie przyjmują zaproszeń na badania? Co nimi powoduje? Strach? Ucieczka przed tym co mogłoby się wydarzyć? Brak odpowiedzialności? Każda z kobiet, powinna zadać sobie pytanie, czy tym zachowaniem krzywdzi nie tylko siebie, ale także swoich bliskich. Zapytani mężczyżni boją się igły albo samego widoku krwi:) To standard:) Boją się samych badań,tego,że są bolesne albo uciążliwe! Nie wiem,skąd powstały takie mity.Wszystkie badania są bezbolesne i można je zrobić łatwo i szybko. Do badania PSA nawet nie trzeba być naczczo. Jednak prawda o strachu jest inna. Wszyscy tak naprawdę boją się" wyroku". Boją się usłyszeć, że są chorzy albo że rak jest już w ich organiżmie w zaawansowanym stanie. I tu koło się zamyka bo musimy dać szansę losowi, badać się regularnie i nie dopuscić do rozwoju choroby.

Kiedy pojawił się u Ciebie pomysł na kampanię „Badanie na prezent“?

-Powtarzałam do znudzenia: badajmy się. Mówiłam w każdym wywiadzie: Rak wcześnie wykryty to duża szansa na wyleczenie. Jeśli nie zależy nam na swoim zdrowiu (w co wątpię), bo jesteśmy zbyt zabiegani, żeby zaprzątać sobie głowę badaniami, to zróbmy to dla bliskich, nie bądźmy egoistami! To rodzina cierpi z niemocy i wyrzutów sumienia, że nie zmusiła nas do badań i nie zapobiegła chorobie! Żyjemy pełnią życia, kształcimy się, zakładamy rodziny, walczymy o pracę i realizację celów, powalczmy zatem o życie! Poza tym choroba zmienia w rodzinie wszystkie priorytety!! Wiem, że wszyscy odkładają to na później, ale może się okazać, że nie będzie tego "póżniej". Zadałam sobie pytanie: Jak sprawić, aby badania były naturalną rzeczą? Ba! Wręcz trendy! Wtedy wpadłam na genialny pomysł: PREZENT! Piszę o tym wszędzie i mówię w TV. Jest tyle okazji. Urodziny, imieniny, Dzień Matki, Kobiet czy Mężczyzn (nie zapominajmy, że rak nie rozróżnia płci). Kupmy prezent bliskiej osobie. Na pewno będzie oryginalny i świadczący o tym, jak bardzo nam zależy na czyimś życiu. Może to być zwykłe badanie krwi albo mammografia, USG czy cytologia. To już coś!
I nie uważam, żeby to było mało romantyczne. Zgoda, oprócz tego niech będzie kwiatek:)) Wierzcie mi - każdy to doceni. Jest jeszcze jeden plus. Nie będzie mu wypadało odmówić. Albo zrobi to dla świętego spokoju, albo z szacunku dla nas lub z wdzięczności za troskę. Wszystko jedno, ale zrobi! A o to nam chodzi.

Jak duże jest zainteresowanie?

-Wiele osób udało mi się namówić do zrobienia takich prezentów.To miód na moje serce i mój osobisty sukces.Myślę,że z czasem stanie się to popularne i takie prezenty będą czymś naturalnym:) Cieszę się, że mogłam zapoczątkować taką akcję!

Czy osoby publiczne popierają pomysł?

-Wiele publicznych osób popiera ten pomysł. Każdy z moich znajomych z którymi rozmawiam przy okazji zdjęć do serialu, czy różnych wywiadów mówi, że to genialnie proste i śmieją się,że jest to świetny patent na wszystkich „opornych" Korzystając z tego, że jestem Ambasadorką Onkorejs - Wybieram Życie zachęcam wszystkich do sprawiania sobie takich prezentów. Może uratujemy czyjeś życie. Zastanówmy się nad tym. Myślę, że to świetny pomysł.

(Rozmawiała Mariola Morcinková)

BADANIE NA PREZENT – czym jest?
Sesja zdjęciowa Joli Mrotek / Fot. Fot. Zdjęcie nadesłane przez Jolę Mrotek
Kampania aktorki, wokalistki i ambasadorki projektu „OnkoRejs – Wybieram Życie“ – Joli Mrotek.

BADANIE NA PREZENT – Jak wesprzeć inicjatywę?

-Zbliżają się urodziny, imieniny albo inny ważny dzień dla osoby, która jest Ci bliska? Zastanawiasz się nad oryginalnym i trafnym prezentem? Wykup pakiet badań profilaktycznych :) Obdarowany nie odmówi, a Ty zrobisz coś dobrego. Nie zapominaj też o sobie, kup dwa pakiety. Dla siebie również!






Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.