Mam dwadzieścia jeden lat, a marzę się jak jakiś maminsynek, a konkretnie mamincórka. Nie znoszę słabości. Zwłaszcza u siebie.
- Przestań. Jesteś dorosła. Nie ma sensu histeryzować. Trzeba wziąć się w garść. Zarobisz, trochę świata zobaczysz. Będzie dobrze. Za trzy miesiące wrócisz. – Dawka maminej dobrorady ukoiła rozedrgane nerwy.
Tak, wzięłam się w garść. Poleciałam pierwszy raz do Nowego Jorku. Do miasta, o którym nigdy nie miałam powodu myśleć. Miasta abstrakcji, miasta marzenia, miasta molocha, miasta historii, miasta mitu, swobody, sztuczności i upadku. Nowy Jork to współczesny Babilon. Można się nim upić, zachłysnąć; jest jak narkotyk – jest piękną wizją, halucynacją. Lecz zacznijmy od początku.
Wystartowałam z lotniska im. Fryderyka Chopina. O godzinie dwunastej trzydzieści miałam planowo wzbić się w powietrze. Jednakże LOT opóźnił lot. Mówią, że samoloty stare, ale piloci najlepsi na świecie. Stewardesy miłe. Był też steward. Dżentelmen i podrywacz. Przystojny podrywacz. Mam zdjęcie, dowód mej rzetelności percepcyjnej.
Lot trwał ponad dziewięć godzin. Na szczęście na pokładzie serwują alkohol. A propos trunków wyskokowych - wisky bez lodu i coli kopie jak rozwścieczony muł. Siedziałam obok starszego pana, który amortyzował monotonię podróży rozwiązywaniem krzyżówek. Na wysokości dziesięciu tysięcy metrów niebo jest jak pola lodowców na Antarktydzie; różne odcienie bieli.
Nie będąc jeszcze w pełni trzeźwą, stopami dotknęłam amerykańskiej ziemi stanu Nowy Jork. Ciekawym przeżyciem było oczekiwanie na odprawę paszportową. Mnóstwo ludzi z różnych kręgów kulturowych: Hindusi, Muzułmanie, Europejczycy. Przeżyłam lekki stres podczas rozmowy z celnikiem, ale nie taki diabeł straszny jak go malują.

Nowojorczycy to grzeczni ludzie, chętnie służą pomocą – zdarzało się, że sprawdzając coś na mapie metra (subwey) słyszałam: Where do you want to go? Chyba, że jesteś na Manhattanie w godzinach szczytu. Ludzie płyną jak fale na oceanie. Na Times Square trzeba trzymać się za ręce, by nie zagubić się w warkocie aut, gwarze języków i ścisku ciał.
Reklamy bombardują cię ze wszystkich stron; oszałamiają umysł, mieniąc się i skrząc kolorami tęczy; zza witryn sklepów wyzierają ciuchy, buty i biżuteria krzycząc: „Kup, kup, kup! Ostatni krzyk mody.” Zapachy kawy, fast foodów, spalin, ludzi, parującego betonu; aromat tego miasta.
W city spędziłam dwa tygodnie. Miałam czternaście dni, by chociaż jednym palcem dotknąć tego miasta. Skupiłam się na Dolnym Manhattanie – taka pigułka ciekawych miejsc: SoHo, Small Chinatown, Greenwich Village, WTC, Brooklyn Bridge, Statue of Liberty.
Wielu, myśląc o Nowym Jorku, widzi drapacze chmur z Manhattanu. To zrozumiałe. Ta dzielnica zdominowała pozostałe: Queens, Brooklyn, Bronx i Long Island – „Każdy zna historyjkę o Manhattanie - skrawku dzikiego lądu kupionego za sznurek paciorków” (Godziny, Michael Cunningham).
Zatem opowiem wam, co zaobserwowałam podczas mojego krótkiego pobytu w Nowym Jorku, mieście wielu kultur, narodowości; miejscu, które pamięta się bez względu na fakt, czy się je lubiło czy nie.
Relacje z metra
Ciekawym miejscem jest subwey. W podziemiach nieznani artyści promują swą twórczość: grają, rozdają wizytówki i sprzedają płyty. Spotkałam kobietę, grającą na pile (z ang. saw). Grała Ave Maria. Naprawdę pięknie. W trakcie rozmowy, kiedy dowiedziała się że jestem Polką, wyjawiła mi z entuzjazmem, że była ostatnio w Polsce. Zawitała nawet do Białegostoku. Sympatyczna kobieta.
Rozbrzmiewająca muzyka wywiera niesamowite wrażenie. Akustyka jest w sam raz. Wchodzicie do metra, a dostajecie po uszach kameralnym koncertem, a dech zapiera królująca tam duchota. Nie zapomnę reakcji ludzi, kiedy wbiegając na perony, zatrzymywali się jak zaczarowani, zasłuchani w nostalgiczną nutę, wybrzmiewającą z wyeksploatowanych klawiszy pewnego staruszka i jego zachrypnięty bas, współbrzmiący z instrumentem. Zwróciłam uwagę na jednego mężczyznę: taki dziadkowaty, szef albo pracownik, z aktówką w dłoni, miał zaszklone oczy. Co było powodem - muzyka czy człowiek? Bóg jeden wie. Ludzie potrzebują być ludźmi, jest w nas coś, co pragnie być wyżej od zwierząt.
Podczas jazdy niestosownością jest przyglądać się komuś dłużej niż muśnięcie spojrzeniem. Ludzie śpią, słuchają muzyki, czasem nucą, czytają, patrzą przed siebie albo, jeżeli są znajomymi, rozmawiają. Jadąc wieczornym kursem, można natknąć się na bezdomnych, przemierzających wagony metra w poszukiwaniu drobnych. Pamiętam jednego: wysoki, chudy, w zniszczonym ubraniu; kiedy podczas postoju zauważył ochronę, wyszedł jednymi drzwiami, po czym wrócił innymi i od nowa rozpoczął swą krucjatę.
Pamiętam moją pierwszą przejażdżkę – z zaaferowaniem rozglądałam się po wnętrzu wagonu, obserwowałam ludzi i próbowałam rozszyfrować reguły poruszania się nieznanym mi środkiem lokomocji. W końcu mój wzrok zatrzymał się na dwóch młodych mężczyznach: siedzieli obok siebie, prowadząc ożywioną rozmowę i trzymając się za ręce. Pomyślałam, że od niedawna są parą i niedawno wyszli z szafy. Mieli to wypisane na twarzach: nieśmiałość względem siebie a niepewność wobec otaczających ludzi. Pozostali pasażerowie zajęci byli sobą i swoimi sprawami, tylko ja patrzyłam na tych chłopaków, jakbym prowadziła studium przypadku. Poczułam się niezręcznie i zaniechałam dalszej obserwacji.