Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1655 miejsce

Bajkosia o kapeluszach, czyli potęga i urok modystki

"Mary Poppins lekko pchnęła wózek, który skręcił w bok i nagle się zatrzymał. Janeczka i Michaś również zatrzymali się nagle i naraz znaleźli przed najdziwniejszym sklepem, jaki kiedykolwiek widzieli.

Fot. Ola Solarewicz(...) Między oknami były niewielkie, czarne drzwi, przez które Mary wtoczyła wózek i Janeczka z Michasiem weszli za nią. Spoza oszklonej gablotki stojącej w rogu ukazała się właścicielka. Nazywała się Bajkosia, a była równie cieniutka jak jej głos i ze swymi przerzedzonymi włosami, pomarszczoną twarzyczką wydała się dzieciom czymś najstarszym na świecie. Lecz, jakby na przekór temu, podbiegła do nich tak lekko i zwinnie jak młoda dziewczyna - Kogo ja widzę?! Czy mnie wzrok nie myli? Toż to Mary Poppins z Jasiem i Basią! Uśmiechnęła się mile, podchodząc, by ich przywitać i jej nogi w maleńkich, obcisłych trzewikach wykonały kilka tanecznych ruchów". (P.L. Travers, "Mary Poppins", tłum. Irena Tuwim).

Bajkosię odkryłam przypadkiem w sierpniu 2005 roku. Jej sklepik mieści się przy ul. Kołłątaja we Wrocławiu, w cieniu socrealistycznych arkad. Jest skryty w załomie muru, łatwo go ominąć w pośpiechu. Idąc wolno, dostrzega się na wprost skromną wystawę, a nad nią szyld: "Mistrz kapelusznictwa damskiego "Liliana" Henryka Górska".

Pani Lila

Oficjalnie ma na imię Henryka, ale klientki mówią na nią "pani Lila". Od progu, z młodzieńczą energią zaprasza do przymierzania. - Kochanie, dla pani to tylko ten kapelusz - orzeka z mocą, jak kapitan statku o właściwym kursie, a potem zerka na zaplecze. Tam jej znajoma, starsza dama o miłym wyglądzie, z uśmiechem popija herbatę. Sklep, jego właścicielka i gość jakby zatrzymali się w czasie. Ciasne pomieszczenie wypełniają lady i półki, wytarty fotel z lat 60, opierający się o lustro. I taki specyficzny duszek dawnych lat, kiedy każda zamożniejsza kobieta ubierała się u swojej krawcowej, a kapelusze robiła na zamówienie. Kręcąc się wśród "główek", stojaków, czapek, kokard i kwiatów z satyny, energiczna i rozmowna właścicielka przypomina wróżkę z bajki, która przypadkowo sfrunęła do centrum, między eleganckie salony i studia.

Kapelusze, kapelusze!

Siedzimy między stolikiem, na którym stoi blaszany dzbanek a malutkim zlewem. Z lampki, zawieszonej nad lustrem sączy się żółte światło. – Było nas we Wrocławiu 65 modystek - zaczyna w zamyśleniu pani Lila. – Dzisiaj jesteśmy tylko dwie... Modystki z prawdziwego zdarzenia to tak powymierały – przyznaje smutno i za chwilę ożywia się. – Wie pani, ja uwielbiam swój zawód. Ciągnęło mnie do niego, ot tak, od dziewczynki. Jak tylko gdzieś zobaczyłam kapelusz na wystawie czy u kuzynki (a miałam bardzo eleganckie kuzynki), to od razu musiałam, o tak: "łaps!" i założyć na głowę.

- Pani jest modystką od 1950 roku, prawda? - pytam.Fot. Ola Solarewicz

- Kochanie, w 1950 roku (w lipcu to było) to ja już miałam firmę, już podatnikiem byłam - mówi z dumą pani Lila. - Ale najpierw od 1947 uczyłam się w Łodzi, na Zielonej (bo ja z Tomaszowa Mazowieckiego jestem). Potem przyjechałam do Wrocławia i tak zostałam. Miałam szkołę tu kończyć, ale co innego w głowę mi wleciało. A tak kocham Wrocław... - mówi gorąco. - Pamiętam odgruzowywanie miasta. Nawet dziewczyny tam pracowały, za darmo oczywiście. Co to za dziewuchy były! Mówię pani. A chłopaki to tylko patrzyli, która lepsza i zaraz jej proponowali małżeństwo. Coś niesamowitego. Ile zapału do pracy wszyscy mieli. Powiem pani, płakałam po Stalinie, naprawdę, ja płakałam po Stalinie. I po Gomułce płakałam - pani Lila ociera łzę, tym razem ze śmiechu. – Ale potem zmądrzałam - kręci głową, jakby z niedowierzaniem, jaka to była ta młodzież.


Komedie z kawalerami


Przez zakład pani Lili przewinęły się pokolenia studentów, artystów i żon peerelowskich notabli.
- Oj, tak, kochanie. Pamiętam, jak miałam siedzibę przy pl. Uniwersyteckim 13, nad kliniką lalek. Wtedy operetka i teatr nie miały swoich modystek i zaopatrywały się u mnie. Raz, kochanie, robiłam kapelusz dla jednej aktorki. Jak ona latała przed lustrem, wyginała się, pozy robiła - opowiada pani Lila. - Grała swoją rolę, bo tylko tak mogła dopasować odpowiedni kapelusz. Chciałam jej pomóc, żeby się tak nie męczyła, a ona mi na to: "Nie, ja tylko wtedy ten kapelusz "widzę", gdy rolę odgrywam". A ja, z oczami pełnymi łez ze śmiechu, myślałam, że spadnę pod ladę. A te żony peerelowskich dostojników... Sympatyczne babeczki były, tylko bardzo pewne siebie i potrafiły mi grozić, jak coś im się nie spodobało. Ale ja się nie bałam: a co ty mi tutaj możesz zrobić, myślałam. Komedie były też, gdy jeszcze prowadziłam artykuły ślubne, teraz duże sklepy zabrały mi klientki - kiwa głową. - Oj, co to było z tymi kawalerami. Ona chciała się jemu podobać, przymierzała, a on popatrzył na nią i tak czasem odpowiedział, że aż człowieka zatkało.  

Fot. Ola Solarewicz

Moja droga jest prosta i jasna

- Uwielbiam mój zawód. Wyżywam się artystycznie, przybierając kapelusze, ach, a kiedyś jeszcze były te piórka, te kwiatki... To jest taki radosny zawód.

Już wyobrażam sobie wyczarowywanie kapelusza. Każdy z nich od początku do końca pani Lila robi robi sama.

A ona ciągnie: – Jestem doświadczona modystką i żurnale nie są mi już tak potrzebne. A praca trudna, oj, trudna i wymagająca cierpliwości. Pewnie dlatego młodzież się do niej nie garnie – tłumaczy modystka. – Bo to jest kapelusz. Kapelusz może, proszę pani, postarzyć, obrzydzić, może podnieść urodę, np. różowy poprawia wyblakłą cerę. Trzeba też mieć podejście do klientki - dodaje. – I nigdy nie iść do niej z pyskiem – podkreśla surowo. – Nie przypominam sobie, żebym ja komuś w trakcie rozmowy jego poglądy wypominała. Mnie nie polityka interesuje, tylko zawód modniarski. To jest mój obowiązek, wysłuchać klientkę, doradzić – mówi pani Lila i widać, że przemawiają przez nią lata pracy. – Są panie, co się zdają na mnie, bo nigdy kapelusza nie nosiły. Panie grymaszą, ot taka, za granicą jakiś kapelusz widziała. A ja jej na to: Kotku, a skąd ja mam go tutaj mieć? W dawnych latach bardzo lekko ubierało się panie, a teraz... zagranica idzie - oczy pani Lili smutnieją, więc uderzam z innej strony. 

– Co Pani pozwoliło przetrwać przez tyle lat? – pytam.

Lila zastanawia się chwilę. – Chyba taka uczciwość moja. Ja się pani nie chwalę zastrzega. – Ja ciągle mam książkę życzeń i zażaleń. Za PRL, wie pani, chodzili inspektorzy, nikt żadnej złej rzeczy mi nie wpisał. Bo wie pani, trzeba iść prostą, jasną drogą, żeby każdemu można było w oczy spojrzeć.

 

Chciałam być jak Piłsudska

- Jestem w wieku emerytalnym, a tak kocham mój zawód i broń Boże, żebym musiała zmienić go na coś innego. Przyszły ciężkie czasy dla rzemiosła, ja się dziwię, jak oni nas traktują, przecież my jesteśmy dźwignią miasta – mówi. – Ale żeby ktoś mi zapłacił za wyjazd za granicę! Nie wyjadę nigdy! Tak jestem wychowana. Bo ja mam od maleńkości wpojonego "Dziadka" - Piłsudskiego. Kocham Polskę, że nie wiem, ile by mi dawali, nie wyjadę - podkreśla. Jakże niesamowicie brzmią te słowa Lili w 2007 roku.
– A moi rodzice? Boże słodki, Piłsudski to było wszystko. Nie było pokoju, nie było mieszkania, żeby nie było jego portreciku. Miałam fotografię z jego córką Jagodą, tą, co samolotem latała. "Tatusiu, ja też będę latać samolotem!" mówiłam do swego ojca – pani Lila chichoce. – Więc ta Jagoda Piłsudska była lotnikiem, a Marszałek mawiał po wileńsku: "Jak mnie Bóg skarał, że ja mam dwie córki" - tak ordynarnie mówił, ten stary żołnierz, ale to był proszę pani o, taki człowiek! Każdemu najprostszemu człowiekowi przemówił do sumienia.
Jestem pod wrażeniem. – Pani znała Marszałka osobiście? – upewniam się.
– Nie, po prostu tak byłam w nim zakochana, że pamiętam takie anegdoty – parska śmiechem Lila.
– A potem wojna przyszła? - pytam nieśmiało. Pani Lila kiwa głową. – Szkoda mówić – i głos jej się łamie.

Fot. Ola SolarewiczCzuję, że nie trzeba podtrzymywać tematu na siłę. Zresztą u drzwi odzywa się staroświecki dzwonek i do sklepu wchodzi klientka. Patrzę z podziwem, jak Lila-Bajkosia z uśmiechem słucha listy życzeń młodej panny.
– On nie ma przybrania, a pani chciałaby z kokardką? Proszę bardzo – Lila po prostu bierze nożyczki i odpruwa upatrzoną ozdobę od innego kapelusza. W trakcie gdy klientka w nowym nakryciu głowy (już z przyszytą kokardką) gimnastykuje się przed lustrem, pani Lila stoi z boku, czujna na każdy grymas klientki. Jest właśnie taka, jak mówi. Zakochana w swoim zawodzie.

Spacerując po mieście lub będąc tu przejazdem (to niedaleko od Dworca Głównego), warto panią Lilę odwiedzić i przymierzyć jeden ze zrobionych przez nią kapeluszy. I warto odkrywać inne skromne sklepiki, ukryte w zaułkach i pooddychać w nich atmosferą ciocinego domu. Póki ona jeszcze jest. Odwiedzić Bajkosię od kapeluszy, wielbicielkę Dziadka - legionisty czy Ptaszniczkę, byłą położną, a teraz sprzedawczynię galanterii, która z uśmiechem opowiada o "dzieciaczkach", które witała na świecie. - "A może jej tam wcale nie będzie? – powiedział Michaś. - Ależ będzie - mówiła Janeczka - bo ona jest tam zawsze i zostanie tam już do końca życia".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (13):

Sortuj komentarze:

Juta Lindemann
  • Juta Lindemann
  • 21.11.2011 12:35

Niestety nie ma już tej pracowni a tak chciałam przerobić kapelusz.Szkoda. Może uchowała się pracownia w pobliżu ul.Zielińskiego. Jakie kiedyś bywały tam piękne kapelusze !.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dopiero co odkryłam. Tekst - rewelacja! :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

+
Wspaniale wprowadzasz w klimat :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

miodzio

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ za "atmosferyczny" tekst ...

--------------------------------------------
Olu,dzięki tobie pani Lila będzie wieczna.Bo takich Bajkos to już jest jak na lekarstwo. Unikat. A ten jej sklepik, no coś niesamowitego ,rozumiem ,ze Cie zafascynował.W moim rodzinnym miasteczku były dwa takie sklepiki,które przyciągały mnie jak magnes...mała klitka ,gdzie chodziło się plisować spódnice oraz wystawa kapelusznika u którego później uczyłam się robić kwiatki z tkaniny...
Moje wyrazy uznania. ;-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bez cienia ironii, wiesz za kim powtórzę: "ja na kolana padłem.." +
Za materiały znacznie słabsze ludzie biorą od gazet ciężkie pieniądze. Coś mi mówi, że już niedługo przestaniesz doinwestowywać w24... Na Twoją cześć, Olu, zaciągam na Wawelu "chonorową wahtę" ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Po prostu rewelacja!!!!!! P L U S!!!

Komentarz został ukrytyrozwiń

+
:-)
p e r f e k c y j n e

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ świetne

Komentarz został ukrytyrozwiń

Olu...a co ja się będę wysilał, inni napiszą za mnie


+!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.