Facebook Google+ Twitter

Bananowy dip z... Deep Purple

Jeśli ktoś zamknął Was w szafie albo sami to uczyniliście z sobie tylko znanych powodów i siedzieliście zamknięci przez ostatnie kilkadziesiąt lat, jest to idealna płyta na rozpoczęcie swej przygody z brytyjskim bandem.

Okładka albumu "Bananas" / Fot. Deep PurpleDeep Purple to pradziadkowie hardrockowego grania. Brytyjska legenda, o której nie ma się co rozpisywać. Przyznam się szczerze, nigdy za nimi nie przepadałem. Po nieudanym ostatnim albumie „Abandon” i wymianie klawiszowca (Jona Lorda zastąpił Don Aires) postanowili wrócić do korzeni i przywrócić wiarygodność swojej legendzie. Od stycznia do lutego 2003 roku nagrywali swoją siedemnastą już płytę studyjną. Koncertowych albumów wydali aż 27! Płyt byłoby znacznie więcej, gdyby nie przerwa na jaką pozwolili sobie w latach 1976-84.

W 2003 wydali krążek „Bananas”. Bananas czy ananas, wszystko jedno. Nazwa i tak brzmi dziwnie. Szczególnie jak na album hardrockowy. Angielskie „bananas” to synonim „crazy” (szalony) i „nuts” (zwariowany). Okładka jeszcze dziwniejsza i jeszcze mniej mówiąca. Tył albumu zdobi zabawne zdjęcie z mężczyznom pchającym rower, na którym wisi kosz bananów niewyobrażalnych rozmiarów.

Krążek zawiera 12 utworów. Ostatni kawałek to kompozycja Steve’ego Morse’a napisana dla uczczenia pamięci astronautów zmarłych w katastrofie promu kosmicznego Columbia w 2003 roku. Utwór to zaledwie półtorej minuty wzruszającego, instrumentalnego grania. Ciężko oprzeć się wrażeniu, że dla Ian Galliana, wokalisty purpurowych, czas cofnął się o kilkanaście lat. Tak dobre wydaje z siebie dźwięki. Jeszcze lepiej ze swej roli wywiązał się Don Aires. Nowy klawiszowiec godnie zastąpił grającego przez 34 lata z Deep Purple Jona Lorda.

Przyjrzyjmy się teraz wszystkim utworom. Może jedynka nie jest tak dobra jak „Smell like ten spirit” na płycie „Nevermind” Nirvany, ale to jedno z lepszych otwarć płyt jakie słyszałem. W „Mouse of pain”, na dzień dobry zaserwowana zostaje nam dynamika, solówki i popisy wokalne. Dla wielu to najlepszy utwór na płycie. Dwójka zaczyna się nieco mocniej. Nie powala, ale naprawdę dobra i solidna. Utwór numer trzy to pierwszy wolniak. Również nie zachwyca, a nawet trochę nudzi. Jakość systematycznie od jedynki spada. Zmienia to się wraz z czwartym kawałkiem „Razzle Dazzle”. Kompozycja z wieloma ciekawymi zwrotami i przejściami, dobra gra klawiszowca. Póki co, daleko do starego, ciężkiego gitarowego grania. Raczej kawałki radiowe.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.