Facebook Google+ Twitter

Barcelona i Real w odwrocie?

Tegoroczna Ligi Mistrzów jako epicentrum futbolowego trzęsienia, jednoznacznie wskazała Niemcy i skreśliła Hiszpanię. To trend krótkoterminowy czy początek stałej tendencji?

 / Fot. EPA/ALEJANDRO GARCIANa Santiago Bernabeu przywiodła go obietnica: zdobędę dla was Ligę Mistrzów. Florentino Perez nie żałował 8 mln euro, jakie musiał przelać na konto Interu, choć niecodziennie płaci się takie kwoty za kogoś, kto nie wychodzi na boisko. Ale w końcu zatrudniał trenera, który swoje poprzednie ekipy zaprowadził na szczyt po dekadach niepowodzeń i któremu towarzyszyła aura nieomylności. "Jeśli nie prowadziłeś Realu, w twojej karierze na zawsze pozostanie luka" - mówił ubrany już w klubowy garnitur Jose Mourinho po podpisaniu czteroletniego kontraktu.

Portugalczyk przychodził do Realu, który jak nie przystało na klub-symbol, klub-instytucję, klub-markę, był organizacyjną hybrydą. W odróżnieniu od Barcelony, gdzie od zarządu po asystentów trenerów grup młodzieżowych wszyscy patrzą w tym samym kierunku, w Madrycie podejmowanie decyzji przypominało głosowanie w parlamencie - trzeba zadowolić każdą frakcję, a z pierwotnej wersji ustawy zostaje zgniły kompromis. Dlatego The Special One musiał poświęcić wiele czasu na to, by zarazić innych swoim sposobem myślenia (Jorge Valdano kosztowało to utratę posady). Historia minionych prawie już trzech lat pokazuje, że do końca mu się to nie udało.

Nie siedząc w gabinecie Mourinho nigdy nie dowiemy się, na ile realizowane były jego propozycje. Ale fakt, że rok wcześniej przeprowadzono najgłośniejszą kampanię transferową w historii futbolu, a i jego kadencja nie należała do najoszczędniejszych, świadczy o tym, że miał coś do powiedzenia. Potrzebował lewego obrońcę - znalazło się 30 mln euro na Fabio Coentrao. Chciał szybkiego skrzydłowego - kupiono mu niewiele tańszego Angela Di Marię. Po mundialu w RPA zauroczony postawą Niemiec zaprosił do siebie wartych kilkanaście milionów Mesutha Ozila i Samiego Khedirę - nie było problemu. Szukał człowieka od czarnej roboty - znalazł mogącego grać na kilku pozycjach Michaela Essiena, szukał alternatywnego rozgrywającego - namówił prezesa na Lukę Modricia. To tyle z tych, którzy mieli swój wkład w grę Realu, bo Nuri Sahin i Hamit Altintop, podobnie jak wcześniej Sergio Canales i Pedro Leon, w barwach Królewskich nie zaistnieli, a Kaka potwierdził status najdroższego rezerwowego świata. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Mourinho lubi silne osobowości, przywódców z prawdziwego zdarzenia, a właśnie kogoś takiego mu brakowało w szatni i administracji klubu. Dlatego za jego rekomendacją do stolicy Hiszpanii na stanowisko dyrektora sportowego trafił Zinedine Zidane, osobistość z największej półki, której zdania nie można zbyć ot tak.

Czy porażka Mourinho - bo trzeci z rzędu półfinał traktuje się w tych kategoriach - to porażka sposobu, w jaki starał się dotrzeć do umysłu piłkarzy? Coś, co działało w Porto, Londynie i Mediolanie, co sprawiło, że piłkarze szli za nim na stracenie, zacięło się po przyjściu do Realu. Dotychczas jego podopieczni czuli się dowartościowani jak nigdy wcześniej i nigdy później. Jeśli potwierdzą się spekulacje, że latem Perez szykuje zmianę trenera, nostalgia za Portugalczykiem będzie uczuciem raczej nieobecnym. Próba zachwiania hierarchią na dworze uprzednio rozdanych ról, czyli ustawienie w drugim szeregu wynoszącego tajemnice szatni Ikera Casillasa, była zbyt śmiała, zbyt nowatorska jak na zastałe madryckie struktury? Nawet sympatyzująca z Królewskimi "Marca" pisała, że tak złego wizerunku nie mieli nigdy, a hasło "klub dżentelmenów" straciło na aktualności.

Bella epoque Barcelony dobiegła końca w sposób bardziej sadystyczny niż ktokolwiek przypuszczał. Gdyby ktoś spojrzał na bilans dwumeczu bez wiedzy, kto w nim uczestniczył, mógłby dojść do wniosku, że spotkały się ekipy, które dzieli parę klas i lata doświadczeń.

Za Pepa Guardioli widzieliśmy dzieło doskonałe, ale ostatnimi laty rywale zrobili ogromny krok do przodu, a Barcelona Tito Vilanovy wciąż operowała tymi samymi - co nie znaczy, że do pewnego etapu niewystarczającymi - środkami. Według doniesień prasowych prezes Barcelony Sandro Rossel miał nie robić dramatu z przegranej, ale jej skala upoważnia do głębokich przemyśleń co do przyjętego modelu opierania się niemal wyłącznie na wychowankach. La Masia to nie fabryka produkująca hurtowo Xavich, Iniestów i Puyolów. Nowych katalońskich twarzy nie widać - predestynowany na następcę Xavi'ego Thiago Alcantara dostaje mało szans, Isaac Ceunca zamiast nie wiadomo jak długiego okresu wyczekiwania wybrał ofertę Ajaxu, a Marc Bartra to wciąż tylko kandydat na stopera. Zresztą, który z obrońców Dumy Katalonii oprócz zgłaszającego swoją kandydaturę nieprzeciętnym wolejem Gerarda Pique miałby miejsce w wyjściowym składzie środowych rywali?

Patrząc bardziej uniwersalnie na rozstrzygnięcia półfinałów, być może obserwujemy schyłek zespołów obudowanych wokół gwiazd. Jak pokazały Bayern i Borussia, w cenie jest równomierne rozłożenie akcentów, taktyczna elastyczność. Real i Barcelona okazały się zbyt jednowymiarowe - to zdanie jeszcze rok temu zahaczałoby o piłkarską herezję.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.