Facebook Google+ Twitter

Bejrucki dance macabre

Ari Folman, chcąc wykreślić się z rejestru wojskowych rezerwistów, był zmuszony udać się na rozmowę z psychoterapeutą. Nie potrafił odpowiedzieć jednak na podstawowe pytanie: "Co Pan pamięta z wojska?". Nakręcił więc "Walc z Baszirem".

plakat filmowy / Fot. dystrybutorSłużbę odbywał dość dawno, 20 lat temu, ale brak jakichkolwiek wspomnień wzbudził u niego samego spore zdziwienie. Może nie do końca "brak", bo coś jednak pamięta: wieczór, Ari wraz z kompanami odpoczywa leżąc w morzu, po czym po kolei wszyscy wstają i wolno ruszają w stronę brzegu. Tyle. Dziwne, że z wojennej przygody, która musiała wywrzeć olbrzymie wrażenie na dziewiętnastoletnim wówczas chłopaku, pozostała tylko taka migawka. Folman postanowił na podstawie relacji kolegów z wojska zrekonstruować swoje losy i przeżycia.

Cały film został nakręcony w formie reportażu z fabularyzowanymi wstawkami, przedstawiającymi wydarzenia, o których mówią rozmówcy Folmana. Z opowieści żołnierzy biorących udział w libańskiej wojnie z 1982 roku, wyłania się często surrealistyczna rzeczywistość, którą trudno jest oddać słowami czy dokumentalnymi nagraniami, więc pozostaje to, co doskonale sprawdziło się niedawno w "Persepolis"- animacja. Jednak jest tu zasadnicza różnica - w "Persepolis" cała warstwa plastyczna była bardzo umowna, sztywno trzymająca się komiksowego pierwowzoru. Cechy fizyczne postaci były przerysowane, śmieszne.

W "Walcu z Baszirem" mamy wrażenie, że grają prawdziwi aktorzy i tylko nałożono na nich filtr, dzięki któremu nabrali jaskrawych kolorów. Dopiero gdy wizualizacje historii weteranów przekraczają granice realności, przekonujemy się o zaletach rysunkowej konwencji. Często nie jesteśmy w stanie zauważyć kiedy przechodzimy od tego co mogło się wydarzyć naprawdę do tego co jest stanem umysłu aktualnego rozmówcy Folmana. W ostatnim fragmencie filmu kończy się jednak ta żonglerka. Kolorowe obrazki ustępują miejsca autentycznemu materiałowi zarejestrowanemu na ulicach Bejrutu we wrześniu 1982 roku. kadr z filmu / Fot. producent

Historie, których wysłuchuje Folman, często nabierają kształtu makabreski, np. ta o rekrutach, którzy będąc pod wrogim obstrzałem, prawie pobili się w okopach o ulubiony karabin, niczym dzieciaki w piaskownicy, albo opowieść o mercedesie, którego pojawienie się wywołało atak paniki u widzących go izraelskich żołnierzy. Folman pokazuje, że w tej wojnie panami życia i śmierci są dwudziestoletni gówniarze, którzy najpierw wystrzelą kilka kilogramów pocisków, a później patrzą do czego trafili. Gdy przez przypadek zginie ktoś niewinny, umywają ręce w piłatowskim geście, mówiąc: "taki był rozkaz". Nie wydają się być zresztą tym faktem specjalnie przejęci. Po prostu wyrzucają go z pamięci...

Ari Folman w końcu przypomni sobie swoje wojenne dzieje. Przypomni sobie jak jego czołg stał na skarpie nieopodal bejruckich dzielnic- Sabra i Shatila. Jak jego oddział rozdawał broń falangistom, których wpuszczenie do obozów palestyńskich uchodźców, można by porównać z wpuszczeniem wygłodniałego wilka pomiędzy stado owiec. Skutek był oczywisty. Dziś żydowscy żołnierze tłumaczą się "my tylko wykonywaliśmy rozkazy"- dokładnie tak samo jak tłumaczyli się na procesie w Norymberdze naziści z masakr dokonywanych na ich przodkach. Historia powtarza się w bardzo przewrotny sposób.

Nowatorstwo i oryginalność w formie oraz głęboko pacyfistyczna wymowa to główne zalety tego filmu. Jeżeli tego oczekiwaliśmy od "Walca z Baszirem", to się nie zawiedziemy. Film ten z pewnością zapisze się w kanonie lektur obowiązkowych, przeznaczonych dla antywojennych działaczy, jak i dla wszystkich zainteresowanych zgłębianiem istoty bliskowschodnich konfliktów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.