Facebook Google+ Twitter

"Belfer" na miarę polskiej publiczności. Popularność serialu to efekt przeciętności?

Najlepszy serial kryminalny roku – tak głosiły zapowiedzi. Po emisji całego sezonu widać wyraźnie, że to tylko marketing. Udało się, ale wcale nie z powodu wysokiej jakości. Wręcz przeciwnie, popularność to efekt przeciętności.

 / Fot. materiały prasowePodczas każdego z odcinków miałem wrażenie, że jestem dwadzieścia lat młodszy, a polska telewizja komercyjna stawia swoje pierwsze nieporadne kroki, podobnie jak ówczesny rodzimy kapitalizm. Nie bez przyczyny przywołuję właśnie lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku. Każdy odcinek Belfra aż do bólu przypomina produkcje powstałe właśnie w tamtym okresie, zwłaszcza Ekstradycję w jej najbardziej nieudanych odcinkach. Na szczyt, w naszym przypadku wyznaczany przez Glinę i Pitbulla, droga przed Belfrem bardzo, bardzo długa.

Niemal każda z postaci pojawiających się w serialu jest wyciosana z kartki papieru przy pomocy siekiery. Sztanca jest jedna, nie ma tu pola manewru na zmianę, żadna z postaci nie rozwija się w żaden sposób. Jeśli dziennikarz to oczywiście alkoholik, trzymany w szachu szantażem, na dodatek ma „trapeza” w garażu, bo przecież skarby polskiej motoryzacji budzą sentyment u widzów. Jeśli uczniowie biorący narkotyki to oczywiście postać kujonki, która bierze do nauki lub syn głównego bossa, który za wszelką próbuje zaistnieć jako gangster. Jeśli układ mafijny w miasteczku to musi się pojawić cysterna spirytusu z Rosji i beczki z chemikaliami z Niemiec. Nawet mądra i piękna żona bossa jest tak doskonale rozgarnięta, że przez dwadzieścia lat nie zrozumiała, że jest paprotką przy boku męża. No i oczywiście tytułowy bohater, który jednego tygodnia przerabia z uczniami klasy maturalnej Wertera z klasy niżej a następnego męczy Gombrowiczem, choć oba dzieła dzieli spory szmat czasu i całe epoki literackie. No, ale czego spodziewać się po poloniście, który ujawnia swą skrywaną tajemnicę niczym bohater południowoamerykańskiej telenoweli? W polskiej rzeczywistości zdarzają się takie historie, nie są jednak aż tak sztuczne, wszak życia nie piszą scenarzyści próbujący powtórzyć sukces dawnych produkcji telewizyjnych.

Brak nowatorstwa można oczywiście tłumaczyć sztywnymi rygorami gatunku. Kryminał pod tym względem jest bardzo wyeksplatowany, to prawda, niemniej jednak udaje się tym bardziej utalentowanym grać z nimi w taki sposób, by widz nie ziewał z nudów lub po prostu zagłosował przy pomocy pilota. Problem marazmu, w jakim tkwi polski serial kryminalny jest jednak systemowy, dziś nawet najlepsze scenariusze narażone są na to, że nikt nie będzie chciał ich zrobić. Producenci przypominają postaci określone przed laty przez jednego z bohaterów Rejsu, podobają im się rzeczy, które już widzieli.

Problem Belfra jest zatem dość prosty do określenia. To nie jest produkcja kryminalna, to nie jest w ogóle produkcja gatunkowa. Dzisiejsza telewizja w naszym kraju jest w stanie stworzyć jedynie format, skrojony według potrzeb mierzonych przez wskaźniki oglądalności, przedstawione w odpowiednim arkuszu w Excelu. Stąd zapaść telewizji czy mediów w ogóle, bo nikt nie wierzy w to, że można zrobić coś choćby o stopień wyższego od poziomu brukowego tabloidu. Skoro kasę się robi na tym, że czwartorzędne aktorki tańczą na łyżwach, to polski gangster może jedynie przemycać spirytus i chemikalia, a szczytem jego finezji jest podrobienie wpisów katastralnych. Tego widz oczekuje i to mu się dostarcza, o czym wspominał choćby Zygmunt Miłoszewski, odpowiadający na pytania o słabość napisanego przez niego Prokuratora.

W rezultacie otrzymujemy właśnie takiego hot-doga z filmowego baru „Kozaczek”. Mrożonka typowo polska, dla lepszego marketingu okraszona zachodnią nazwą i amerykańską flagą na opakowaniu. Belfer ma odniesienia do, przypadkiem również pochodzącego z lat dziewięćdziesiątych Twin Peaks, co oczywiście ma być mrugnięciem w stronę widza, ale pozostaje na poziomie kiepskiego zdania wygłaszanego przez podpitego dresa do dziewczyny przy barze w dyskotece „Kalifornia” w sobotni wieczór. Takie miejsca i postaci nadal oczywiście istnieją, ale nawet Mielno w lecie ma już trochę inny styl, bardziej plastikowy niż drewniany czy papierowy.

Zresztą, nie tylko w powielaniu polskich klisz tkwi słabość serialu telewizji Canal+. W którymś z wywiadów scenarzyści Belfra powiedzieli, że wzorowali się na serialach zagranicznych, bo przecież nie mogli na polskich. Pomijając fakt, że wzorowanie na takim Glinie mogłoby naprawdę podnieść całość, to może wzorowanie się na amerykańskich klasykach to i tak zbyt wysoka poprzeczka dla naszych rodzimych filmowców branż wszelakich. Jedyne co umieją to pójść ścieżką, którą wytyczył dawno temu ktoś inny, zresztą w trakcie wędrówki i tak zgubią się kilka razy.

Wyważanie otwartych drzwi to zresztą nasza narodowa specjalność, pozostaje zatem wrócić do wciąż powstających produkcji brytyjskich, którzy od czasów Agathy Christie wiedzą, jak zrobić doskonały kryminał w niewielkiej miejscowości. U nas mentalnie nadal chcemy po prostu nakręcić remake amerykańskich klasyków, ale wychodzą nam z tego jedynie gnioty przyprawiające o niestrawność. Niestety, wciąż jeszcze polska publiczność nie ma większych wymagań, więc pojawią się kolejne sezony i kolejne produkcje utrzymane w tym stylu. Pozostaje zatem jedynie liczyć na cud.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Najistotniejsze jest z punktu widzenia odbiorcy chyba to, czego po serialu czy filmie oczekuje. I od tego, czy ten trafi w oczekiwania, zależy ostateczna, indywidualna i subiektywna ocena. Ktoś stawia na sensację, ktoś na realistyczność fabuły, inny jeszcze na grę aktorską, a inny na wdzięki aktorek/aktorów :)

Ja widzę problem gdzie indziej.
W zapowiedziach, na przykład "Paktu", wypowiadają się aktorzy, robiąc całkiem niedwuznaczne aluzje do rzeczywistości. Podobnie uczyniła Agnieszka Holland, wypowiadając się o "House of Cards". Czy twórcy "Ostaniej rodziny". A to nic innego, jak pomieszanie światów.

Czym innym jest powiedzieć, że serial czy film ma oddziaływać na wyobraznię i inspirować do SPRAWDZENIA rzeczywistości, a czym innym sugerować, że jest, w jakimś stopniu przynajmniej, odzwierciedleniem tejże rzeczywistości.

A to ma swoje, szerokie i niewidoczne na pierwszy rzut oka konsekwencje - niestety.
Film nie staje się bodzcem do działań weryfikacyjnych, a punktem odniesienia. Niekiedy jedynym. Co jest skrupulatnie wykorzystywane - od dekad.

Komentarz został ukrytyrozwiń

A ja myślę, że "Belfer" jest kontynuatorem dobrej passy polskich seriali. Oglądam teraz drugą serię "Paktu", wcześniej "Watahę" - nie ma wstydu. Czekam na kontynuację "Belfra". Mam nadzieję, że będzie równie dobra.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękuję za komentarz, szanuję odmienności, dzięki nim ten świat nie jest nudny. Niemniej jednak obstaję przy swoim.
Polecam skonfrontowanie się z "Broadchurch", "Shetland", "Verą" czy "Hinterland", które są produkcji brytyjskiej. Nie ma w nich amerykańskiej sztampy, dzieją się w niewielkich społecznościach i są wspaniale nakręcone i zagrane. W przeciwieństwie do "Belfra", w którym poza Damięckim, Piesiewiczem i Siklatem nie grał nikt.
Co do wspomnianej recenzji - mogę z kolei przytaczać krytyczne, jak choćby ta z "Polityki" - http://seryjni.blog.polityka.pl/2016/11/28/nie-tylko-zarty-po-finale-belfra/, ale nie o to chyba chodzi.
Podobnie z popularnością - wysoką oglądalność ma też Kuba Wojewódzki, Gwiazdy na lodzie czy W tyle wizji, a dla mnie te produkcje są słabe. Wychowałem się na tym, że kultura ma podnosić poprzeczkę a nie ją obniżać, schlebiając gustom mas.
Odwołam się do moich ulubionych, co pewnie widać w recenzji, skojarzeń kulinarnych - "Belfer" obiecywał dużo, pierwsze 2 odcinki zaostrzyły apetyt, a okazało się, że w pięknej restauracji dostaliśmy pizzę z mrożonki, kupioną na wyprzedaży w markecie. Mi nie smakowało.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"(...)wciąż jeszcze polska publiczność nie ma większych wymagań." Aha, to już teraz rozumiem, dlaczego serial oceniłam pozytywnie.…;)

Według mnie, Belfer jest produkcją na dobrym poziomie, z ciekawym scenariuszem i na pewno świetną grą aktorów ( nawet tych drugoplanowych).

O gustach podobno się nie dyskutuje. Po przeczytaniu artykułu, mogę napisać tylko jedno, autor tekstu nie wyznaje tej maksymy, ok. Nie umie pogodzić się z wysoką oglądalnością serialu, szuka odpowiedzi na pytanie: jak to możliwe?- jego prawo…
Niestety, próba przekonania mnie, że to mało udana produkcja, nie powiodła się.

Poniżej recenzja dwóch pierwszych odcinków serialu, którą ja rozciągam na wszystkie wyemitowane przez stacjęCanal+. Posiłkuję się cudzym tekstem, bo niestety odezwała się znowu mój operowany bark, a po drugie, nie zamierzam przekonywać autora, że nie ma racji. Odebrał film, jak odebrał. Dla przeciwwagi zachęcam do przeczytania recenzji pozytywnie oceniającej film.

Fragment: "Belfer" - to serial wymagający. Nie rozgrywa się od "parzenia herbaty do spaceru po osiedlu". Fabularny styl, niejednoznaczne rozwiązania pewnych wątków, złożoność bohaterów może być wyzwaniem dla przyzwyczajonych od lat do innego typu produkcji telewizyjnych widzów. Wielka popularność Macieja Stuhra może okazać się dla Canal Plus "światełkiem w tym tunelu". Przeciągnąć oglądających na inną stronę mocy. A także serialowej stylistyki.”

http://film.onet.pl/recenzje/belfer-zle-wychowanie-dobre-nawyki-recenzja/vn67g1

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.