Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

184553 miejsce

(Beł)Kod Leonarda

„Wrzask” wokół „Kodu” jest zamierzonym dziełem agencji reklamowych.

Kilka lat temu miało miejsce wielkie wydarzenie literackie. Niejaki Dan Brown opublikował książkę „Kod Leonarda”. Literackie napisałem? Aaa, to zwykły błąd. „Kod Leonarda” i „cały ten zgiełk” wokół niego jest wydarzeniem socjologicznym. Jest również wielkim zwycięstwem manipulatorów od reklamy i public relation nad zdrowym, społecznym rozsądkiem. O książce Browna napisano wiele słów – znacznie więcej niż autor sam „wypichcił”. Pojawiła się okazja, ba konieczność, dopisania jeszcze kilku, bowiem na ekrany kin weszła filmowa wersja „Kodu”.
Film, podobnie jak książka wzbudził wiele kontrowersji. Na długo przed premierą podniosły się głosy watykańskich purpuratów o szkodliwości oglądania filmu. Watykańskim tuzom natychmiast zawtórowali lokalni biskupi i szeregowi księża. Potencjalnym widzom grozi się ekskomuniką, „ogniem wiecznym”, inkwizycją... (kto wie, czy nie doczekamy się powołania kolejnego Świętego Officium). W ślad za księżmi w bój przeciwko kinematografii ruszyli chadeccy politycy z całej Europy (nasi – pożal się Boże – politycy mężnie wiodą prym w krucjacie XXI wieku; filmu co prawda nie oglądali, książki nie czytali, ale zdanie mają – czasami tylko nie zgadzając się własnymi opiniami!).

Kontrowersja popularna

Na efekty takiej powszechnej krytyki nie trzeba długo czekać i nie trzeba być prorokiem, żeby wiedzieć, co z takiej nagonki wyniknie. Zadziała tako oto prawidłowość: im energiczniej człowiek próbuje się z bagna wydobyć, tym bardziej się pogrąża. Im dzieło sztuki bardziej „obrazoburcze”, „kontrowersyjne”, „skandalizujące”, tym większą cieszy się popularnością. Wszelkiej maści krytycy, starając się odwieść widzów/czytelników od kontemplacji dzieła, osiągają efekt odwrotny od zamierzonego. Zapominają tylko o jednym: metoda skandalizowania atmosfery wokół różnych „dzieł”, często miernych, jest dziś kanonem sztuki reklamowej. Krytycy – kościelni i artystyczni – dali się zmanipulować sprytnym i bezwzględnym specom od reklamy.

Śmiem twierdzić, że „wrzask” wokół „Kodu” jest zamierzonym dziełem agencji reklamowych. Ci wszyscy zaś, którzy tak ochoczo wyruszyli na krucjatę podejmują nierówną walkę nie z publicznością czy autorem, a z przemyślaną kampanią reklamową. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń i ja podejmę walkę z „Kodem Leonarda”. I znowu błąd popełniłem, miało być z Bełkodem Leonarda. Tak bowiem myślę o tym dziełku, niedouczonego autora, a kto wie, czy nie plagiatora.

Błąd na błędzie, błędem pogania

Zatem do meritum. Książka, a w konsekwencji i film roi się od błędów, mimo iż autor już na samym wstępie oświadcza, że podaje fakty sprawdzone, potwierdzone i wiarygodne. Haha, pusty śmiech ogarnia. Po kolei: - pisze Brown: „papież nakreślił przemyślny plan operacji, która miała doprowadzić do zniszczenia templariuszy”. Każdy średnio wykształcony uczeń wie, że ów plan wymyślił król Francji, Filip IV Piękny. Papież Klemens V, rezydujący wówczas w Poitiers był całkowicie zależny od Filipa.

W „Kodzie” czytamy, że Paryż założyli Merowingowie. Ten sam uczeń podpowie Brownowi, że początek dynastii Merowingów dał Meroweg panujący w latach 447-457, a jego wnuk Chlodwik uczynił Paryż stolicą państwa Franków około 486 roku. Paryż istniał już wtedy 7 wieków, założony przez celtyckie plemię Parisii (250-200 p.n.e.).

Brown twierdzi, że Dagobert, król z dynastii Merowingów, zginął we śnie od ciosu w oko zadanego przez assasyna nasłanego przez Watykan. Historia mówi zaś, że Dagobert zginął podczas polowania w lesie, zabity przez jednego ze swoich towarzyszy, którego przekupił Ebroin, majordomus pałacu w Neustrii. Zaś ośrodkiem papiestwa nie był wcale Watykan, lecz Lateran, której to wiadomości mógł Brown zasięgnąć u ucznia.

O nonsensownym ukryciu rozlicznych ewangelii nie ma co mówić, bo nawet w tak ortodoksyjnie katolickim kraju, jak Polska można w księgarniach (nawet zdecydowanie katolickich) znaleźć kilkadziesiąt ewangelii, łącznie z ewangelią Judasza.

Ważną rolę w powieści odgrywa Przeorat Syjonu (Priere de Sion). Taka organizacja faktycznie istnieje, ale nie jak chce Brown i jego poprzednicy od 1099 roku, a od lat 50. XX wieku. A stworzona została przez niegroźnego maniaka, oszusta i szaleńca – niejakiego Plantarda, które to informacje zostały dawno i ostatecznie wyjaśnione.

Brown twierdzi, że Zakon Syjonu założył Godfryd z Boullion, „późniejszy król Jerozolimy”. Na Boga! Godfryd nigdy nie był królem Jerozolimy. Dopiero po śmierci Godfryda, Baldwin z Lotaryngii objął władzę w Królestwie Jerozolimskim i koronował się na pierwszego króla jerozolimskiego.

Według bohaterów powieści, „przez 300 lat Kościół spalił na stosach 5 milionów kobiet”. Gdy zajrzymy do źródeł historycznych dowiemy się, że w latach 1400-1800 straconych zostało 30.000-80.000 osób uznanych za czarownice. Nie wszystkie zostały spalone. I nie wszystkie były kobietami. I nie wszystkie zginęły z rąk Kościoła, ani nawet katolików. Większość ofiar pochodziła z Niemiec, podczas wojen protestanckich z XVI i XVII wieku. Sądy cywilne, lokalne i regionalne były nastawione szczególnie entuzjastyczne do egzekucji, zwłaszcza w kręgach luterańskich i kalwińskich.

Dzieło, łagodnie mówiąc, kiczowate

Dość już wymieniania błędów „Kodu” – nie chce mi się dalej na ten temat pisać. Przejdźmy do samego filmu, który wywołał tyle namiętnych sporów. Otóż mamy do czynienia z kiczem. Film jest marniutki artystycznie. Nie ratuje go nawet doborowa obsada (Tom Hanks, Audrey Tautou). Komiksowe sceny, schematyczna rola pięknej zakochanej w bohaterze kobiety to remake Jamesa Bonda. I to w nie najlepszym wydaniu. I takie dzieła wywołały burze? Ano tak. Powód zaś jest prosty. Ogromna większość wykształconych chrześcijan nie zna historii i filozofii swojej wiary. Ogromna większość tzw. Publiczności jest niedouczona. Większości ludzi nie chce się sięgnąć do ogólnie dostępnej literatury naukowej czy popularnonaukowej, żeby zweryfikować "sensacje” zawarte w kieszonkowych książeczkach. Wolimy się karmić komiksami, w których nawet nasi politycy są mądrzy, piękni i dobrze sprawują służbę wobec nas – politycznego elektoratu. A prawda jest smutna: w życiu, literaturze i kinie rządzą kicz, chała, komiks...


Od redakcji : A co o "Kodzie" sądzi Opus Dei? Jeśli jesteś ciekaw, zobacz tutaj

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Ups, "hadeccy" pisze się przez "ch" ;). A tak to tekst ciekawy, choć w sumie nic odkrywczego - wielokrotnie już o tych błędach i filmie pisano. Pozdrawiam

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.