
Mediolan bardzo różni się od większości włoskich miast. Jest mniej hałaśliwy, przyjemnie szokuje czystością i porządkiem. Na ulicach nie znajdzie się jednego papierka, czy porzuconej puszki po piwie. Przeciętny Mediolańczyk nie jest, co prawda, ubrany jak z magazynu mody, jednak jest schludny i czysty.
Przyjemnie chodzi się po mieście, w centrum którego, liczba rodowitych mieszkańców przerasta liczbę turystów, a eleganckich sklepów jest więcej niż kramów z pamiątkami. Można oczywiście natrafić na sklepiki z upominkami, takimi jak koszulki z napisem “I love Milan”, długopisy i zapalniczki z Duomo, czyli Katedrą Mediolańską, a zwłaszcza magnesy na lodówkę lub fajansowe figurki przedstawiające “Ostatnią Wieczerzę” - nawet podobną do oryginału, z tą różnicą, że wszyscy biesiadujący odznaczają się przerażającym zezem.
Dla wielu nieszczęśników ów magnes lub figurka może, nawiasem mówiąc, okazać się jedyną pamiątką z “wieczerzy”, gdyż tę prawdziwą, można obejrzeć wyłącznie po okazaniu dowodu, dokonanej na dwa tygodnie wcześniej, rezerwacji. Trudno opisać zawód turystów, którzy dowiedzieli się o konieczności owej rezerwacji dopiero po przekroczeniu progu kościoła “Santa Maria Della Grazie”.
O “nie-ostatnią wieczerzę” również nie jest tak łatwo, miasto bowiem szokuje brakiem restauracji. Pomijając kilka amerykańskich fast-foodów, którym króluje naturalnie wszędobylski McDonald i kilka bardzo drogich restauracji w okolicach katedry, nader smacznie, a do tego za przystępną cenę można zjeść w okolicach malowniczych, sztucznych kanałów: Naviglio Grande i Naviglio Pavese oraz monumentalnego dworca centralnego: Stazione Centrale - imponującej budowli wzniesionej z rozkazu Mussoliniego.
Wiele osób twierdzi, że do Mediolanu nie warto jechać: ot po prostu bogate, przemysłowe, mało atrakcyjne miasto. Nie rozumiem jednak jakich trzeba poszukiwać atrakcji, by nie zachwycić się wspaniałym i pełnym wszelkiego przepychu pasażem Giuseppe Mengoniego: Galleria Vittorio Emanuele II, czy - najpiękniejszą chyba na świecie, budowaną przez pięć stuleci i ukończoną na początku XIX w., późnogotycką katedrą, odznaczającą się setkami strzępiastych wież i wieżyczek i wyglądającymi zza nich gargulcami.



We wnętrzu katedry panuje niesamowity nastrój: ogarnia ją mianowicie ciemność, a jedyne światła przebijają przez bajecznie kolorowe i przepiękne witraże. Wysoko nad prezbiterium natomiast przykuwa wzrok małe, czerwone światełko, wskazujące relikwiarz z gwoździem ze Świętego Krzyża.
Nie każdemu, a raczej nie każdej, dane jest przekroczyć próg katedry. W głównej bramie, jak w wielu włoskich kościołach, stoi strażnik mający za zadanie nie dopuścić przed oblicze Pana dam odznaczających się zbyt dużym dekoltem, lub odkrytymi ramionami. Naturalnie niektóre z dam posiadają u swego boku gentlemanów gotowych rozebrać się, przed katedrą, niemal do rosołu, by własną koszulą okryć szokujące wdzięki ukochanych. Niestety, niektóre niewiasty nie umieją się spieszyć, oczarowane pięknem katedry zapominają o czekających na nie przed wejściem wybrankach, narażając ich tym samym na konfrontację z policją.
Z osławionych budowli rozczarowuje, przynajmniej z zewnątrz, powstały według projektu Piermariniego Teatr della Scala: nieduży, szary, trudno zauważalny budynek, w którym mieści się, słynna na cały świat, opera.



