Facebook Google+ Twitter

Bergman w stylu Tarantino, czyli okrutna przypowieść Coenów

Bracia Coen w swoim stylu nie zatrzymują się na szczycie dostępnym czysto rozrywkowemu rzemiosłu, oni ten szczyt ironicznie przeskakują, czyniąc z fabularnej konwencji i westernowych dekoracji tło dla gorzkich dociekań egzystencjalnych.

Sceną teatru świata w tej ponurej grotesce jest teksańska pustynia, przytłaczająca swoim jałowym ogromem. Jest to kraj to surowy i nieprzyjazny, gdzie sprawiedliwość, prawo i aksjologiczne systemy umarły, a fundamentem nowych dekalogów jest walizka pełna dolarów, niosąca przekleństwo i unurzana we krwi. Zło wyziera tu z drwiących oczu psychopatycznego mordercy, nikt nie ma już dość siły ani moralnej racji, by się mu przeciwstawić, a ubijane jak zwierzęta ofiary pozbawione zostały instancji, do których mogłyby wznosić błagania o ratunek. Tytuł nowego filmu braci Coen nie kłamie – to nie jest kraj dla starych ludzi. Pytanie tylko, czy jest to kraj dla kogokolwiek innego?
 / Fot. Plakat filmu
Jakakolwiek jest odpowiedź, w tym apokaliptycznym świecie rodzą się, żyją i umierają ludzie. Coenowie odnajdują jednego z nich, jak samotnie, z myśliwską strzelbą na ramieniu, przemierza nagrzaną słońcem pustkę. Weteran z Wietnamu Llewelyn Moss (świetny Josh Brolin), jak co dzień, tropi po spalonych kamieniach prerii dzikie stado, jednak tym razem zamiast świeżego zwierzęcego mięsa odnajduje stos zmasakrowanych trupów wraz ze wszystkimi akcesoriami gangsterskiej jatki i dwoma milionami "zielonych". Zabiera czarną walizkę spod uschniętego drzewa - w tej scenie coś z genezyjskiego momentu skosztowania zatrutego jabłka. Moss zrywa owoc i jego istnienie zostaje wytrącone z formy; Eden spokoju i miernego życia wali się w gruzy, zaś papierki, które miały ziścić marzenia, ściągają gniew okradzionej mafii i cichą, metodyczną pogoń zawodowego zabójcy. Myśliwy staje się zwierzyną, na którą szykują obławę.

Bracia Coen w obsypanym najważniejszymi Oskarami „To nie jest kraj dla starych ludzi” na pierwszy rzut oka zdają się powracać do tego, co przez ostatnie dwudziestolecie stanowiło o ich sztuce, do oryginalnej i przekornej gry z filmową konwencją. Tym razem jednak prezentują coś więcej nad kolaż stylów: prostotę egzystencjalnej przypowieści, której daleko do radosnej brawury pastiszu. Na najbardziej zewnętrznym poziomie historia Mossa jest świetnie skrojonym, emocjonującym thillerem, z duszącą atmosferą zagrożenia i moralnej ambiwalencji. W tej modernistycznej wariacji na tematy z kina noir i westernu, wszystkie elementy filmowej roboty są wykonane pierwszorzędnie, od mrocznych i surowych zdjęć Deakinsa, poprzez scenariusz z hitchcockowską intrygą nie dającą momentu wytchnienia i mocnymi postaciami antagonistów, aż po reżyserię, cynicznie zimną, oszczędną i precyzyjną. Ale duet twórców nie zatrzymuje się na szczycie, dostępnym czysto rozrywkowemu rzemiosłu, on tę granicę przekracza, czyniąc ze schematycznej fabuły i westernowych dekoracji tło dla gorzkich dociekań egzystencjalnych. I na tym właśnie polega fenomen najnowszych Coenów: w ich stylu krwawa sensacja Tarantino spotyka się z metafizyką, dając szansę na zadanie iście bergmanowskich pytań.

Na tym drugim poziomie mamy nihilistyczny moralitet o człowieku, który w rozpadającym się po kawałku świecie, dostał się w tryby brutalnej walki monstrualnie rozpasanego zła z dobrem, które znalazło się na krawędzi unicestwienia. Bieguny tej gigantomachii, toczącej się nad głową nieszczęsnego Mossa, wygrywają w symbolicznych kreacjach aktorzy w wielkiej formie. Bijący demoniczną charyzmą Javier Bardem przybiera tu nieruchomą maskę diabła bez uczuć i balastu sumienia; jego Chigurh jest bezwzględnym, przerażająco zimnym mordercą – myśliwym, zabija ludzi pneumatyczną bronią do uboju bydła i ten jeden fakt obnaża prawdę o jego stosunku do ofiar. Abstrakcyjny prawie w swoich postępkach, ściga Mossa z powodu walizki dolarów, ale nie ma w nim ani chciwości, ani żądzy bogactwa, dokonuje po drodze wielu bezsensownych egzekucji, ale czyni to bez nienawiści czy porywów psychopatycznej namiętności. Pozbawiony realnych motywów uosabia w swoim zabijaniu raz przerażający pragmatyzm, innym razem zaś – wraz ze swoim groteskowym kodeksem honorowym – staje przed nami jako ponury wysłannik fatalizmu ludzkich losów. W obu przypadkach to postać o olbrzymiej sile przyciągania: fascynuje hipnotycznym mrokiem kryjącym się w lekko drwiącym spojrzeniu, uwodzi cynizmem słów kierowanych do ofiar; w filmie Coenów kolejnymi zbrodniami wyznacza rytm opowieści. Stanowi przy tym punkt spotkania przemocy współczesnego świata z Coenowską metafizyką absurdu, jest tajemnicą. Czego? - egzystencjalnej sytuacji człowieka, naznaczonej dwoma destrukcyjnymi piętnami: złem i śmiercią. Jest też Chigurh paradoksalnie najsurowszym sędzią ludzkiej rzeczywistości początku tysiąclecia. W drugiej części filmu pyta śledzącego go detektywa, na którym zaraz dokona mordu, czym są jego moralne zasady, skoro doprowadziły go przed lufę strzelby. I uśmiecha się przy tym z najstraszliwszym szyderstwem, demaskując tym uśmiechem ostatnie aksjologiczne i eschatologiczne złudzenia. Nasz świat to piekło. Nie ma praw, które mogą ocalić.

Jaka pada odpowiedź na cyniczne konstatacje Złego? Dobro ma w „To nie jest kraj...” zmęczoną, przeoraną bruzdami twarz starego człowieka, który z pozycji swojej tradycyjnej, prawomyślnej moralności odczuwa przerażenie światem, którego postępującej choroby nie potrafi zrozumieć. Doskonały Tommy Lee Jones gra tu szeryfa Bella, policyjnego wygę, który wiele już w życiu widział, ale który w mrocznych zawiłościach najnowszego śledztwa czuje się boleśnie zagubiony. Począwszy od miejsca krwawej, pustynnej rzeźni, przemierza cały Teksas szlakiem zbrodni Chigurha i jest to dla niego iście dantejska pielgrzymka do ostatniego kręgu ludzkiego szaleństwa. Wciąż jeszcze posiada niezawodny instynkt, wciąż z biegłością wiąże ze sobą krwawe zdarzenia, skrępowany jednak siecią moralnych skrupułów i kodeksem karnym nie potrafi zatrzymać absurdalnej lawiny okrucieństwa. Nie ma szans, by stanąć z bandytą do równej walki. Uzyskuje w swoich wysiłkach wymiar głęboko tragiczny i jest tego zupełnie świadomy. Kłamie, gdy przestraszonej żonie Mossa obiecuje ratunek, jako reprezentant przegranych porządków wystawia tylko czeki bez pokrycia. Chigurh jest silniejszy, zaś zrezygnowany, niewiele już rozumiejący szeryf staje się celebransem społecznej i egzystencjalnej apokalipsy naszej współczesności, która wobec ekspansji zła nie ma żadnych argumentów.

Najnowsze dzieło Coenów dubluje wiele motywów z wcześniejszego o 11 lat „Fargo”. Stary Bell posiada kilka rysów dzielnej policjantki Marge Gundersson, towarzyszy im obojgu równie nierozgarnięty młody glina, z którym rozgrywają te same farsowe dialogi. Ścisła więź łączy oba filmy także na poziomie fabuły: mamy tu podobną grę z sensacyjną konwencją, równie absurdalną intrygę i tę samą, instynktowną przemoc, przy której krew leje się zupełnie bez sensu. Doprowadzając jednak to porównanie głębiej, jasno spostrzegamy, z o ile bardziej pesymistyczną refleksją mamy do czynienia w „To nie jest kraj...” „Fargo” było dość ponurą powiastką o zbrodni i karze, obrazem świata, który wraca do normy po wypadnięciu ze swych kolein, i w którym naruszenie porządku moralnego ściąga na winnego przekleństwo. Dobra i mądra Marge doznawała tam bezpiecznego domowego szczęścia w małżeństwie, które pozostawało ostoją elementarnych wartości, nadzieję zaś na przyszłość dawało będące w drodze dziecko. W nowej grotesce Coenów nie ma żadnych przesłanek do optymizmu, pustynia rodzi tylko martwe kamienie, a sprawiedliwości broni samotny, bezradny starzec. To on układa w ostatniej, melancholijnej scenie epitafium rzeczywistości w stanie pełzającej agonii. W naszym kraju Bóg milczy, mówi, w naszym kraju nie ma już miejsca dla ludzi żałosnego miłosierdzia i bezbronnego prawa. Ten świat, jak ustami Bella szyderczo konstatują Coenowie, nie jest już dla nikogo, i to właśnie w nim - na mocy jakiegoś niewytłumaczalnego absurdu - przyszło nam żyć.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

Lucy, tylko wiesz
w prasie branzowej też jest wymóg co do ilości znaków;]

Komentarz został ukrytyrozwiń

Oczywiście wielki plus! Byłam dwa tygodnie temu na filmie Coenów i wywarł na mnie bardzo duże wrażenie. (+)

I osobista refleksja skierowana do autora: piszesz tak dobre recenzje, że powinieneś wysyłać je do prasy branżowej. Internauci, co wynika ze statystyk, nie doceniają w dużej mierze tekstów trudnych mających ponad 1500 znaków. Pozdrawiam serdecznie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

trochę przeintelektualizowane, przegadane i niepotrzebnie nachalnie apokaliptyczne.
Ale kunsztowne, i w dodatku mozesz mieć racje;]

a więc plussss

Komentarz został ukrytyrozwiń

dobra recenzja, wybieram się na ten film ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.