Właśnie liczba wygranych głosowań jest podstawowym argumentem, jakiego Berlusconi używa odpowiadając centrolewicowej i centrowej opozycji, apelującej do niego od miesięcy o to, by ustąpił z powodu zgorszenia, jakie wywołał na świecie w rezultacie skandalu obyczajowego z udziałem prostytutek, ale także dlatego, że zdaniem przeciwników politycznych jego gabinet nie radzi sobie w obliczu poważnego kryzysu finansów państwa.
Premier odpowiadając opozycji powołuje się zawsze na wynik wyborów, w rezultacie których utworzył w 2008 roku trzeci już swój rząd, i mówi adwersarzom, że poda się do dymisji tylko wtedy, gdy otrzyma wotum nieufności.
Tym samym wotum zaufania stało się dla Berlusconiego zdaniem komentatorów sposobem sprawowania władzy i demonstracji siły jego koalicji. Chociaż jej przewaga w parlamencie kurczy się, premier nie waha się uciekać do wniosku o udzielenie kolejnego wotum zawsze przy okazji głosowań nad kluczowymi ustawami. Ostatnio ubiegał się o nie w połowie września podczas parlamentarnych prac nad programem oszczędnościowym rządu, który ma doprowadzić do zrównoważenia zadłużonych finansów publicznych w 2013 roku.
Rok ten premier Berlusconi wskazuje bardzo często także z innego powodu. Regularnie powtarza, że to wtedy, zgodnie z wyborczym kalendarzem, odbędą się następne wybory parlamentarne. Jest on bowiem przekonany, że jego rząd przetrwa do końca kadencji, choć wątpliwości co do tego nie kryje koalicyjna Liga Północna Umberto Bossiego.
W czwartkowym wystąpieniu w parlamencie premier mówił, że "nie ma wiarygodnej alternatywy" dla jego rządu, a tzw. gabinet techniczny nie byłby w stanie sprostać wyzwaniom związanym z kryzysem wewnętrznego zadłużenia oraz całej strefy euro. Jednocześnie szef rządu zarzuca opozycji, że scala ją jedynie "antyberlusconizm", podczas gdy w innych kwestiach, jak twierdzi, jest ona całkowicie podzielona i niezdolna do rządzenia. Elementy tych wewnętrznych pęknięć można było dostrzec podczas czwartkowej debaty, gdy zasiadający w ławach lewicy razem z Partią Demokratyczną przedstawiciele Radykałów nie wyszli jako jedyni przedstawiciele centrolewicowej opozycji z sali obrad w czasie przemówienia premiera.