Facebook Google+ Twitter

Betty Q: "Na wysokich obcasach też możesz być silna"

O burlesce, kobiecości i sile z Betty Q rozmawia Mirka Wakulik.

 / Fot. Jola SkóraZ królową polskiej burleski Betty Q spotkałam się w jednej z małych warszawskich kawiarni. Betty zaskoczyła mnie jak tylko ją ujrzałam. Siedziała skromnie w kąciku, ubrana w szare, za duże ciuchy i crocsy, bez piór ani żadnych świecidełek, tak przecież bliskich burlesce. Powitał mnie jej czarujący uśmiech i zniewalające oczy - jedyne stałe w obrazie Betty Q, znanej polskiej widowni z burleskowych performansów na scenie i w telewizji. Było południe, sączyłyśmy kawę, której Betty zazwyczaj w ogóle nie pija - jednak po wymagającym nocnym show każdemu przyda się poranna dawka kofeiny. Przez ponad godzinę rozmawiałyśmy o burlesce i nie tylko.

 / Fot. Dariusz BreśBetty, co to jest ta cała burleska? Coraz więcej się o niej mówi...
Ogólnie rzecz ujmując to styl performansu scenicznego. To nie jest styl tańca ani żadna technika taneczna. Wszystkie kursy burleski, które wysypały się po Polsce to najczęściej forma Sweet Broadway Jazzu, który nie ma żadnego związku z kanonicznie pojmowaną burleską. Jedyne skojarzenie to być może forma kabaretowa tego typu wystepów. Dla mnie jednak burleska jest przede wszystkim performansem i formą sceniczną, gdzie z jednej strony masz kostium, scenografię i całą estetykę show, a z drugiej: pewną historię opowiadaną przez performera czy performerkę. W burlesce oczywiście istotnym jest element pewnej prowokacji erotycznej i czasami rzeczywiście wszystko kończy się striptizem. Natomiast w tym, co ja robię i co uznaję za najfajniejsze, rozebranie się nie jest celem, ale jedynie środkiem wyrazu takim samym jak muzyka czy kostium. Taka jest moja burleska. Na świecie wygląda to bowiem trochę inaczej. Jakieś 80 procent numerów, które możesz obejrzeć na festiwalach, Youtubie czy gdziekolwiek indziej to występy czysto striptizowe. Upraszczając, chodzi o to, by w ładny sposób zdjąć z siebie ładny kostium. I to jest ten obrazek, który znasz z mediów i który jest najbardziej rozpowszechniony (np. Dita). Dla mnie to trochę za mało. Burleska jest dla mnie formą ekspresji, w której i przez którą ja czuję, że mogłabym dać więcej od siebie, pokazać coś więcej niż tylko erotykę. Ucząc dziewczyny, pracując nad ich numerami lub moim własnym show, szukam więc jakiejś narracji. Rzeczywiście, często pokaz kończy się tym, że coś jest odsłonięte, ale tak naprawdę nie tylko o to chodzi, to tylko jedna płaszczyzna...

Kliknij, by obejrzeć Betty Q na castingu do programu "Mam Talent"

A nie jest tak, że całą tą historią usprawiedliwiasz sobie striptiz?
Być może. Niemniej, dla mnie najważniejszym elementem w pracy nad danym numerem jest to, co chcę powiedzieć. Mam na przykład taki kawałek "Make love, not war", w którym rzeczywiście pokazuję cycki, ale chodzi tam głównie o inne przesłanie. Jest to przewrotne, ale prawdziwe. To, co ja robię jest nazywane "neoburleską".

Kliknij, by obejrzeć Betty Q i jej burleskę z przesłaniem

Skąd wzięło się tak szerokie zainteresowanie tą formą sceniczną?
Sama historia burleski odzwierciedla przewrót obyczajowy. Wywodzi się z zabawy formą, przekraczania granic zarówno w literaturze jak i w sztukach scenicznych. To wszystko zaczęło się już pod koniec XIX wieku w brytyjskich i francuskich kabaretach, gdzie numery komiczno-muzyczne - bardzo bliskie tego, co teraz proponuje np. Michał Walczak w swoim projekcie "Pożar w burdelu" - przeplatane były pokazami rozbierających się tancerek. Wiesz, kultura wysoka i kultura ludyczna zawsze funkcjonowały równocześnie. Ludzie lubili przychodzić na te kabarety, głównie dla dziewczyn, które pokazywały coraz więcej. Potem burleska powoli uniezależniała się od kabaretu. W latach dwudziestych ubiegłego wieku przeniosła się do Stanów, gdzie na “Dzikim Zachodzie” przeżywała ogromny rozkwit. Tam też mówi się o typowo klasycznej burlesce, dziś do zobaczenia w show absolutnej królowej sceny Lou Lou D'vil. W latach czterdziestych i pięćdziesiątych, było bardzo gorąco, wręcz wulgarnie... Potem, wraz z rozwojem mediów i łatwym dostępem do wizualnych rozrywek, burleska wygasała. Zaś w Europie z przyczyn polityczno-społecznych burleska nie żyła pełną gębą. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych, w tej ponowoczesności końca wieku, zaczęto starać się o przywracanie pewnych skarbów z przeszłości. Co ciekawe, mówi się, że Francja jest kolebką burleski, ale gdybym ja miała wskazać na mapie najgorętsze miejsca to na pewno byłaby to Wielka Brytania, USA i Skandynawia.

 / Fot. Dariusz Breś Skandynawia?
To, co dzieje się na scenach w Sztokholmie czy w Helsinkach to absolutne szaleństwo! Nie wiem jak oni to robią, ale osiągają sukces na całym świecie. Wspomniana wcześniej Lou Lou D'vil pochodzi właśnie z Finlandii!

A jak to się znalazło u nas? Czy Polska jest odpowiednim krajem dla burleski?
Wydawałoby się, że żaden kraj nie jest odpowiedni (śmiech). Ale tak naprawdę to, co dzieje się od dziesięciu lat w Skandynawii, w Berlinie i od trzech lat u nas, to coś wciąż świeżego.

Jak w twoim życiu znalazła się burleska?
Ciężko powiedzieć. Na pewno było to spore wyzwanie i ryzyko, żeby w tak poukładanym i zamkniętym kraju jak Polska odważyć się w ogóle o burlesce pomyśleć. Ja przez zupełny przypadek zaczęłam w tym grzebać jakieś sześć, może siedem lat temu. Od lat zajmowałam się teatrem, potem przyszła kolej na taniec. A w tańcu zawsze brakowało mi swoistej teatralności, performansu. Tańczyłam w rewii tańca arabskiego, prowadziłam zajęcia z belly dance, ale w tym samym czasie szkoliłam się na przeróżnych kursach: latino, standardy, boogie, hula, baratha natyam. Pewnego dnia trafiłam na styl zwany "tribal belly dance", który jest istną fuzją fuzji, dzieckiem postmodernistycznych procesów szukania siebie w tańcu. Gdy natomiast zobaczyłam w Internecie dziewczyny łączące tribal z kabaretem, to dało mi do myślenia, że to jest moje, że ja to przecież umiem... Ułożyłam parę prostych choreografii w stylu pin-up z połączeniem charlestona, fokstrota, rock&rolla i świetnie się w tym czułam. Chciałam pociągnąć w tym kierunku innych ludzi. Przecież czegoś takiego w Polsce nie było! Wiedziałam, że sama nie będę miała takiej siły przebicia. Dokładnie trzy lata temu napisałam pierwszy scenariusz zajęć dla zaprzyjaźnionej szkoły tańca i rozpoczęłam uczenie dziewczyn. Chciałam tak naprawdę sprawdzić czy moje fascynacje będą w stanie kogoś zarazić. I okazało się, że zaraziły! Po jakichś dwóch miesiącach zaczęłyśmy robić krótkie - póki co bardzo grzeczne - numery, które sfilmowałam i porozsyłałam gdzie się dało. Wzbudziłyśmy spore zainteresowanie tą nowością, choć cycków nie pokazywałyśmy! (śmiech)

Nie byłyście na to gotowe?
Skądże! To publiczność nie była jeszcze gotowa! Na początku, nasze show były lekko podsycone energią erotyczną, ale nikt spoza Polski nie zakwalifikowałby wtedy tego jako burleskę. Potem zaryzykowałam robiąc to, co chciałam i wyszło!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.